Archive for the 'Uncategorized' Category

28
cze
14

-Podróż II, V, VII, X, L – Alpbach

 Podróż II, V, VII, X, L

Byliśmy w Alpbachu

.

Czwartek, 19 grudnia. Stało się! Po wielu, wielu latach postanowiliśmy pojechać znowu do Alpbachu w Austrii.

http://www.alpbachtal.at

Alpbach, był naszym pierwszym, alpejskim „kurortem” i jeździliśmy tam przez wiele, wiele kolejnych lat.

Po raz pierwszy byliśmy tam w połowie lat dziewięćdziesiątych (ubiegłego wieku, rzecz jasna), ostatni raz, z dziesięć, może jedenaście lat temu. Chociaż, jakieś dwa lata temu, w marcu, wracając z Hintertuxu, wpadłem tam na jeden dzień, a raczej na kilka godzin.

W tamtych czasach, miejsce to jawiło się nam jako najcudowniejsze miejsce na ziemi i byliśmy szczerze zachwyceni wszystkim tym, co wówczas tam doświadczaliśmy. Niewątpliwie, w porównaniu z naszą ówczesną, siermiężną rzeczywistością, było się czym zachwycać. Począwszy od przytulnych i wygodnych apartamentów, połączonych z niekłamaną gościnnością ich właścicieli, poprzez baseny z widokiem na zachodzące słońce, aż po dobrze przygotowane stoki i całkowity brak kolejek do wyciągów, które to kolejki były zmorą, dla ówczesnych narciarzy w Polsce. Nawet koszmarnie uciążliwy dojazd, nie był w stanie nas zniechęcić, do spędzenia tygodnia ferii zimowych w Alpbachu.

No właśnie, dojazd. Tak naprawdę jeździ się na nartach w Alpbachu (i Inneralpbachu), ale mieszka w Reith lub w Hygnie i to do tych miejscowości trzeba dojechać. Sam Alpbach jest małą miejscowością, usytuowaną na stromym zboczu, raczej z hotelami niż apartamentami. W okolicach Reith jest znacznie większy wybór miejsc noclegowych, a i ceny za apartamenty – znacznie niższe.

Centrum Reith. W dali widać stok narciarski w Reith.

Centrum Reith. W dali widać stok narciarski w Reith.

Między Bielskiem-Białą a Cieszynem, w zasadzie nie było wówczas drogi (najpierw była – wąska, kręta, z koleinami, po której bez końca, wolno ciągnęły ciężarówki, potem – przez wiele lat ją przebudowywano), jeździliśmy więc przez Mikołów i Żory (81), a potem lokalną drogą 938. Jak nad ranem, w sobotę spadł śnieg, to do granicy jechało się i ponad trzy godziny (z Krakowa). Potem, na samej granicy kolejka do kontroli, czasami pół godziny, czasami półtorej, albo i dwie. Czesi potrafią być upierdliwi, a w tamtych czasach wychodziło im to nadspodziewanie dobrze. Potem przejazd przez centrum Czeskiego Cieszyna, przez Frydek Mistek, cały czas z maksymalną prędkością 50 km/h. I polscy kierowcy i czescy policjanci, lekko naciągali przepisy. Ci pierwsi w górę, ci drudzy w dół, tak że często zdarzały się „pokuty” i to niemałe.

Tak, że nic dziwnego, iż przeważnie wyjeżdżaliśmy w piątek po południu i zazwyczaj nocowaliśmy niedaleko Wiednia, u Pani Raczew. 48.457665,16.399411

Pani Raczew i jej pensjonat, a raczej schronisko, to osobny temat. (+43 2263 6647, +43 222 312 2022) http://www.dasschnelle.at/index/siteentry/7002043337

Pani Ania jest Polką i wówczas prowadziła w budynku po starej szkole, schronisko, z piętrowymi łóżkami, łazienkami na korytarzu, wielką salą jadalną i stojącym w rogu fortepianem, ale też ze wspaniałą atmosferą i trudną do zapomnienia gościnnością, że o bardzo atrakcyjnych cenach (10,- do 15,- eur ze śniadaniem) nie wspomnę. Zazwyczaj przyjeżdżaliśmy koło północy, a mimo to Pani Ania czekała na każdego. Dzieci częstowała herbatą, a zmęczonych drogą kierowców, kieliszeczkiem czegoś na wzmocnienie. My, oczywiście odwdzięczaliśmy się jej, zakupionymi w strefie wolnocłowej trunkami, tak że zazwyczaj na drugi dzień, nie udawało się nam nigdy wyjechać wcześniej, jak po dziewiątej. Sama strefa wolnocłowa, znajdująca się na granicy czesko-austriackiej, budziła również w nas zachwyt, graniczący nawet z uwielbieniem, gdyż wówczas ceny ekskluzywnych trunków i perfum wynosiły tu zazwyczaj trzecią część tego, co w Polsce, pomijając fakt, że w Polsce nie zawsze można było kupić owe trunki.

Potem, jechało się przez uśpione austriackie wsie i miasteczka, aż do autostrady A1,

Dzisiaj, dojazd do Alpbachu (tak naprawdę, to do Reith) zajmuje około osiem, góra dziesięć godzin, jeśli doliczyć postoje na kawę i tankowanie paliwa. Jeździmy, jak zwykle ostatnio, na Gliwice (A4 i A1) potem na Brno, Krems, Salzburg, w sumie 900 km. Patrz: http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ i poniższa mapka. Oszczędnym, polecam stację benzynową w Oed ( 48.117138,14.731237 ), gdzie można zatankować paliwo w dużo niższej cenie, niż wzdłuż całej autostrady, a diesla to nawet w „polskiej” cenie. Jest tam też Kingburger z bardzo dobrymi kingburgerami, jeśli w ogóle hamburgery mogą być dobre.

.

Podczas naszego pierwszego przyjazdu, mieszkaliśmy u rodziny Astner’ów http://www.gasteighof.at/ Wysoko, wysoko, gdzieś już nawet za Hygną, w okolicach Kolber ( 47.392517,11.90788 ), wśród szumiących lasów, tuż pod samym niebem. Cisza. Zapach siana, drewna i mleka. Dom z bali drewnianych, czyściutko, rano świeże bułeczki, wspaniały bimber własnej produkcji, przemiła gospodyni. No, zostaliśmy powaleni na kolana. Trzeba pamiętać, że cały czas mówimy o połowie lat dziewięćdziesiątych. Dzisiaj, pewnie uważalibyśmy to wszystko za oczywistą, oczywistość.

 

W jednym z domów na Reither Almen

W jednym z domów na Reither Almen

Kolejnym razem poszliśmy na całość i wynajęliśmy wraz z przyjaciółmi, kilka domów w Reither Almen  (http://www.reither-almen.at/en) ( 47.411298,11.875027 ), na peryferiach Reith. Zespół kilkunastu przepięknych, stylowych, oczywiście drewnianych domów, położonych na zboczu, pod lasem. Wewnątrz kominki, rustykalne meble, codziennie dostawa świeżych bułeczek. No, było pięknie. Markowi, to nawet dziewięć miesięcy później urodziła się córeczka… Chyba, jakoś tak…

Potem kilkakrotnie mieszkaliśmy u Ludwiga Margreiter’a w Hygnie. ( http://www.alpbach-apartments.at/ ) ( 47.402521,11.890272 ) Jakoś polubiliśmy tego Ludwika, miał (i chyba ma, do nadal) dobre ceny (6-ścio osobowy apartament, wynajmowaliśmy wówczas za równowartość 60,- eur, plus końcowe sprzątanie), łatwy dojazd, bułeczki, również doskonałe napitki i w końcu duży wybór samych apartamentów.

Tak więc i tym razem, zdecydowaliśmy się pojechać właśnie do niego. Przywiozłem mu zgrzewkę żywca, ale podobno przepada za żubrówką, przynajmniej tak twierdzi szwagier, który od lat też do niego jeździ. Oczywiście, już pierwszego dnia wypiliśmy kilka kieliszeczków znakomitego Enzianschnaps’a, potem było już tylko z górki… Naprawdę, było świetnie, a i pies czuł się tutaj bardzo dobrze.

.

Piątek, 20 grudnia. Jedziemy samochodem na darmowy parking w Inneralpbachu. 47.376667,11.959357 Jakoś zawsze wolałem jechać na ten parking, choć jest dalej do niego, niż na parking pod „starą” gondolkę. Ponadto, jeszcze jest bezpłatny. Na dodatek, wracając już z nartowania, można tutaj podjechać prawie pod samo auto i nie trzeba wykonywać kilkusetmetrowego spaceru z nartami w ręce.

Kupujemy karnety. Na trzy dni, niestety, tylko na trzy dni. http://www.alpbachtal.at/de/winter/skigebiet-alpbachtal/preise-skipaesse

.

widok na Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.) i tereny narciarskie Alpbachu

widok na Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.) i tereny narciarskie Alpbachu

Oczywiście, wiemy, że ten ośrodek nie jest specjalnie duży i wystarczy jeden, dwa dni, żeby go całego objechać. Obecnie i tak jest świetnie, bo jakieś dwa lata temu, połączyli tereny dostępne z Auffach, z tymi w Alpbachu i powstał „Skijuwel”… patrz mapka tras: http://skimap.skijuwel.com/

.

Wjeżdżamy na górę, wybudowaną kilka lat temu gondolką W12-W13, Poglbahn (dawniej były tu dwa, niemiłosiernie wolne krzesła). Jedzie ona, widoczną na środku powyższego zdjęcia przecinką, prawie na sam szczyt Gmahkopf (1900 m n.p.m.). Na górze nic się nie zmieniło. Pięknie.

Czerwona 44, gdzieś tam na samej górze widać dolną stację orczyka W8

Czerwona 44, gdzieś tam na samej górze widać dolną stację orczyka W8

Od razu pognaliśmy w dół, do Inneralpbachu, widoczną na prawo od gondoli, czerwoną 44 (Ast Abfahrt) i 47 (Inneralpbach). To kawał góry, przewyższenie wynosi tu prawie 900 m. To sporo, jak na dość mały i dość nisko położony ośrodek. Trasa ma wschodnią orientację i poprowadzona jest leśnymi przecinkami, wzdłuż linii spadku stoku. Najpierw nasłoneczniony górny odcinek (widoczny na powyższym zdjęciu), potem krótki trawers i znowu szeroki stok, tym razem już wśród drzew i znowu trawers i znów stok.  Świetna jazda. Twardo, dość stromo, tylko kilka osób na trasie.  Znowu do góry i powtarzamy. Kolejny raz do góry. Przemieszczamy się do najdalej położonego krzesła W5 (Hornbahn 2000).

Kamil poza trasą. To już archiwalne zdjęcie z 2003 r

Kamil poza trasą. To już archiwalne zdjęcie z 2003 r

Z tego krzesła poprowadzone są czarne i czerwone trasy. Nic specjalnego, ale w dobrych latach, kiedy to było dużo śniegu, jeździliśmy tam poza trasami, w dół, do okrężnej, widokowej 66 (Schiroute Baumgarten nach Inneralpbach). Fajna jazda, przez polanki, między niewielkimi świerkami, przez zapadliska wypełnione kilkoma metrami nieważkiego puchu. Fajna jazda, ale nie zawsze i nie dla wszystkich.

A to Maciek... Piękna była wówczas zima... Śniegu po uszy... (2003 r)

A to Maciek… Piękna była wówczas zima… Śniegu po uszy… (2003 r)

Właśnie tam, wiele, wiele lat temu, w taki słoneczny i mroźny dzień, jadąc do góry tymże wyciągiem i rozmawiając głośno z Maćkiem, o tym i o owym, usłyszałem wołanie o pomoc. Jakiś młody głos krzyczał rozpaczliwie – „ratunku, ratunku”. I znowu – „ratunku, pomocy”. W pierwszej chwili sądziłem, że to nasze dzieci, jadące jedno krzesełko powyżej, tak wrzeszczą (głos wołał wszak po polsku), ale w tym głosie była taka autentyczna trwoga i rozpacz, że nie tyle same słowa, co ich intonacja zwróciły moją uwagę. Zacząłem się rozglądać i nagle zobaczyłem na zboczu, jednego z niewielkich żlebów, tuż obok przesuwającego się krzesła, jak się potem okazało, jedenastoletniego chłopca. Był na desce. Trzymał się kurczowo krzaków. Pod nogami nie miał oparcia. Nie widział, co jest poniżej i zapewne bał się, że jak się puści to poleci gdzieś w dół, może z lawiną. Ja, patrząc z krzesełka, z góry, mogłem ocenić, iż daleko nie poleci, najwyżej wpadnie do niewielkiego strumienia, znajdującego się pod nim. Niemniej jednak krzyknąłem – Nie ruszaj się, przyjedziemy po ciebie.

Był przerażony i należało do niego się dostać i pomóc mu.

Zanim dotarliśmy do miejsca wypadku, upłynęło trochę czasu (trudno było przecież skakać z krzesełka), tak że zdążył się tam zebrać, już spory tłum gapiów. Stało też tam dwóch, może trzech instruktorów z miejscowej szkoły narciarstwa, ale jakoś nikt nie kwapił się pojechać w dół, do owego chłopca. Krzyknąłem więc tylko do Maćka – Jedziemy! I pojechałem.

Musiałem objechać sporą bulę, po jej prawej stronie, by nieco niżej, wtrawersować się w lewo, w zbocze, porośnięte młodymi krzakami. Śniegu było tam mnóstwo, tak że spociłem się niemiłosiernie. Jechałem, zapadając się w śniegu po pachy. Przez chwilę myślałem, że to mnie ktoś będzie musiał ratować, bo utonę w tym śniegu. Na szczęście miałem wówczas, takie, trochę pozatrasowe Salomony X-SCREAM i jakoś dałem radę. Skonstatowałem, że nie ma Maćka. Pomyślałem, że utonął w tych śniegach. Trudno, podczas akcji ratunkowych, ofiary zdarzają się również wśród ratowników. Przy nieszczęśniku był już jakiś człowiek (a więc, znalazł się jednak ktoś, kto nie pozostał obojętny na wołanie). Ów ktoś, rozmawiał z chłopakiem po angielsku. Może Holender? Spytał, czy to mój syn. Odpowiedziałem, że nie, że jestem z Polski, usłyszałem wołanie po polsku, więc przyjechałem. Pomogłem mu wyciągnąć delikwenta z potrzasku. Był przerażony (chłopiec oczywiście, nie Holender). Trząsł się cały, nie mógł utrzymać się na nogach, nie było mowy, żeby założył deskę i pojechał sam, ale ucieszył się na dźwięk polskiej mowy. Okazało się, że już wielokrotnie przejeżdżał podobnym żlebem, z czarnej (obecnie 54 – Horn), na czerwoną 53 (Horn). Tym razem pomylił sobie czarną z czerwoną i wylądował w krzakach. Pogadaliśmy chwilę, żeby się trochę uspokoił, że w końcu nic się przecież nie stało, że mój syn właśnie dwa dni wcześniej złamał rękę (w samej rzeczy, złamał wówczas rękę), że zaraz go zabierzemy w bezpieczne miejsce, itd. I faktycznie, z chłopcem na plecach, jego deską i plecakiem owego Holendra, pojechaliśmy w dół, przez polanki, między niewielkimi świerkami, przez zapadliska wypełnione kilkoma metrami nieważkiego puchu, aż do okrężnej, widokowej 66… Fajna jazda…

W pewnym momencie poczułem, że wypina mi się narta, ale udało mi się, jakimś cudem, wpiąć ją ponownie, nawet bez zatrzymywania się. Byłoby wstydu co niemiara, gdyby trzeba było ratować, ratującego. W tych śniegach, nie znalazłbym narty i przez rok.

 

To gdzieś w okolicy tego miejsca dojechaliśmy do nartostrady. Chyba... (2003 r)

To gdzieś w okolicy tego miejsca dojechaliśmy do nartostrady. Chyba… (2003 r)

Na nartostradzie, rozstaliśmy się z owym, domniemanym Holendrem, dziękując mu gorąco, w imieniu wszystkich polskich narciarzy (i deskarzy) za okazaną pomoc. Założyliśmy w końcu deskę i powoli, trzymając się za ręce, pojechaliśmy prawie płaską w tym miejscu nartostradą, w dół, ku dolnej stacji krzesła i nadchodzącemu z przeciwka, ojcu chłopca… Chyba, jednak obyło się bez lania. Przynajmniej, tak mi się wydaje.

 

Takie to miewaliśmy przygody. Znalazłem i teraz to miejsce, ale jakoś wypłaszczyło się, zmalało, aż dziw, że wówczas wydawało się takie groźne dla owego chłopca. Może przez te lata, woda naniosła kamienie i ziemię, do owego żlebiku, czyniąc go płytszym, łagodniejszym… Zmienił się też trochę układ nartostrad od tamtego czasu. Wówczas nie było 56-ki, przynajmniej oficjalnie. Taak, minęło sporo lat od tamtych wydarzeń, ów chłopiec ma dziś pewnie grubo ponad dwadzieścia lat…

 

Wieczorem – spacer z psem. Nad lasem, górującym na Hygną, widać jasną łunę. To światła reflektorów, oświetlających stok wzdłuż gondoli R1 – Reitherkogel. To niezły stok, tylko że położony na uboczu i przez to mało popularny w dzień. Albo trzeba jeździć na nim cały dzień, albo po dwóch, trzech godzinach przenieść się do Alpbachu. Ale wieczorem, jak ktoś ma jeszcze siłę, spokojnie może wybrać się na nocne jeżdżenie. http://www.alpbachtal.at/en/winter/skiing-alpbachtal/night-skiing

.

Sobota, 21 grudnia. Po przyjechaniu na ten sam parking, znowu wjeżdżamy gondolą W12 na górę, aby po zjechaniu w dół, wsiąść do gondoli J1-J2 jadącej w kierunku Auffach. Dolna stacja tej gondoli jest tak usytuowana, że trzeba by do niej podchodzić z parkingu, a tak to sobie podjedziemy do niej, jadąc z góry. Gondola ta łączy trasy narciarskie w Inneralpbachu, z tymi w kierunku Auffach. Gondola poprzez stację pośrednią (ale nie trzeba na niej wysiadać), wjeżdża na szczyt Schatzberg (1903 m n.p.m.).

Schatzberghutte

Schatzberghutte

Te tereny, są dla nas całkowicie nieznane (tę gondolę wybudowano zaledwie dwa lata temu i za naszych poprzednich pobytów tutaj, jeszcze jej nie było). Zaczynamy więc od „głównej” kotlinki pomiędzy krzesłami S3 (Gipfelbahn) i S2 (Hahnkopfbahn). Przyjemnie.

Zjazd do pośredniej stacji gondoli J1-J2 (foto by PT)

Zjazd do pośredniej stacji gondoli J1-J2 (foto by PT)

W zasadzie, jest to jeden, szeroki stok narciarski i można jechać, jak się komu podoba. Ot, takie łączki, ale przyjemne. Pod samym szczytem, jest dość ładna knajpa, z kelnerkami ubranymi w ludowe stroje. Jedzenie poprawne, ale bez euforii. Trochę powyżej tej knajpy, stoi stary hotel, czy może raczej schronisko. Taki „niealpejski”. Ma płaski dach i w ogóle wygląda jak duża szopa. Hotel wygląda na nieczynny i trochę „straszy” swoim wyglądem. Ale właśnie przez takie niedopasowanie do otoczenia, tworzy jakiś, taki surrealistyczny obraz i bardzo przyciąga uwagę. Zjazd do pośredniej stacji gondoli J2, czerwoną 13-tką (Wurmeggabfahrt) bardzo dobry.

.

Z nartostrady rozpościera się piękny widok na trasy narciarskie w Alpbachu i górujący nad nimi szczyt, Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.). Sama nartostrada, poprowadzona jest wzdłuż linii spadku stoku i ma dobre nachylenie i w dodatku we właściwym kierunku, tak że słońce ją ładnie oświetla, i w ogóle jest taka – przyjemna.

widok na Wiedersberger Horn

widok na Wiedersberger Horn

Zjazd jest możliwy tylko do pośredniej stacji. Do Inneralpbachu trzeba zjechać gondolą. No, ale my nie mamy zamiaru na razie wracać. Po wjechaniu ponownie na górę, przenosimy się w kierunku Auffach.

Nartostrada 5 (Verbindung Talabfahrt)

Nartostrada 5 (Verbindung Talabfahrt)

Piękny zjazd nartostradą nr 5 (Verbindung Talabfahrt), a potem nr 2 (Schatzberg Abfart) do pośredniej stacji gondoli S1 (Schatzbergbahn). Tutaj znajduje się rozległa, pławiąca się w słońcu polana, idealna dla młodych matek z małymi dziećmi. Płasko, zacisznie, bezpiecznie. Nartostrada 1 (Talabfahrt) do samego Auffach też bardzo dobra, tylko że Auffach leży na wysokości 875 m n.p.m, i śnieg na tej nartostradzie jest wyraźnie gorszej jakości, jeśli w ogóle jest ona otwarta. To trochę dziwne, gdyż nartostrada ta ma taką samą orientację, co czerwona 44 (Ast Abfahrt) i 47 (Inneralpbach) do Inneralpbachu. Inneralpbach leży na prawie tej samej wysokości co Auffach, a warunki śniegowe bywają na nich krańcowo różne. Może ci z Auffach mają gorsze armatki?

gdzieś na Gernalm, podczas zjazdu z Schatsberg'u

gdzieś na Gernalm, podczas zjazdu z Schatsberg’u

Niewielka kotlinka, obok orczyka S5 (Thalerkogllift), taka sobie. Przyjemna, ale jazdy tu nie ma.

Wracamy na „naszą” stronę.

Na Gmahkopf. Nad wsią chmury, a tu, u nas, sobota...

Na Gmahkopf. Nad wsią chmury, a tu, u nas, sobota…

Wjeżdżamy znowu na górę i powoli, już nigdzie się nie spiesząc, zjeżdżamy w dół, do parkingu. Jest grudzień, o czwartej po południu, w dolinach zapada już zmierzch, tylko na szczytach widać jeszcze odblaski zachodzącego słońca.

Dawniej, po nartach, zwykle jechaliśmy na basen w Alpbachu. Basen, był jak na tamte czasy, wypasiony. Choć niewielki. Miał wyspę ze sztuczną palmą, mały wodospad, jakieś bulgoty, były też i sauny, jednym słowem było nieźle. Niestety, basen od kilku lat jest zamknięty. Podobno, nie wytrzymał konkurencji z nowym, dużym aquaparkiem, wybudowanym gdzieś koło Woergl. http://www.woerglerwasserwelt.at/          A szkoda, bo przyjemnie było po nartach popływać i poleżeć na leżakach, patrząc przez wielkie, całościenne okna, jak ratraki przygotowują nartostrady na następny dzień. Do Woergl nie pojedziemy, bo zbyt daleko i w ogóle jestem bardzo zawiedziony takim obrotem spraw. Okazuje się, że i w Austrii mogą coś popsuć. Niemniej jednak, trzeba przyznać, że ten basen w Woergl jest znacznie większy i oferuje znacznie więcej atrakcji, niż stary basen w Alpbachu. Jest tam basen relaksacyjny ( z wodą o tem. 32o C), pływacki, dla dzieci. Ponadto wstęp na ten basen, dla posiadaczy karty gościa (z Apbachu, Reith, Hygny i innych okolicznych miejscowości), w dni powszednie, na dwie i pół godziny, jest darmowy.

.

Niedziela, 22 grudnia. Dzisiaj jeździmy trochę po tej, trochę po tamtej stronie. Zjeżdżamy też do pośredniej stacji „starej” gondoli (W1, W2- Wiedersbergerhorn ), najpierw kawałkiem czarnej 41 (Fis), a potem czerwoną 43 (Unterhausalm).

Bardzo dobra trasa. Poprowadzona wzdłuż linii spadku stoku, odpowiednio stroma. Taka w sam raz. Szkoda, że dolny odcinek tej czarnej 41-Fis jest zamknięty, ale on zawsze był zamknięty. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek udało mi się tą trasą pojechać. Koło pośredniej stacji jest knajpa. Kiedyś często tu zaglądaliśmy, teraz jednak nasze wymagania wzrosły i niestety, trzeba stwierdzić, że jedyną knajpą godną tak naprawdę polecenia tutaj, jest stojąca trochę na uboczu Boglalm Hutte. Knajpa znajduje się niedaleko pośredniej stacji gondoli W12-W13, Poglbahn. Można tu naprawdę smacznie zjeść i co najważniejsze, niezbyt drogo.

Hornbodenlift

Hornbodenlift

Na samej górze, wzdłuż małego orczyka W8 (Hornbodenlift), jest pławiąca się cały dzień w słońcu, dość płaska polanka, gdzie początkujący narciarze mogą doskonalić swoje umiejętności. Pomimo wysokości, jest na niej zacisznie i ciepło. To właśnie tutaj kilkuletnia Ala i Ola, jako początkujące narciarki, szlifowały swoje umiejętności i co najdziwniejsze, pomimo całkowitej (wówczas), nieznajomości języka niemieckiego, świetnie „dogadywały” się z obsługą, uśmiechając się, gdy pomagano im złapać orczyk i piorunując wzrokiem, gdy wyciągowy się zagapił. Trzeba przyznać, że i w tamtych latach i dzisiaj obsługa wyciągów jest tutaj „pierwsza klasa” (czego nie można powiedzieć o obsłudze, np. we Francji), co ma duże znaczenie dla dzieci i początkujących dorosłych, gdyż i jedni i drudzy czują się pewniej i szybko oswajają się z techniczną infrastrukturą.

Stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift)

Stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift)

Zahaczamy też o stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift). Dobry, północno-zachodni, nie za stromy, nie za płaski stoczek. Trochę krótki.

Po piętnastej wracamy do naszego apartamentu. Szybki prysznic, coś do jedzenia i w drogę, do Polski. Koło północy jesteśmy w domu.

.

.

.

Kraków, czerwiec 2014

.

Karolina F. (2003r)

Karolina F. (2003r)

.

Ala (2003r)

Ala (2003r)

.

Kasia K. (2003r)

Kasia K. (2003r)

.

Inneralpbach. Jakiś, taki brzydki, zimny. W Reith, jest przytulniej.

Inneralpbach. Jakiś, taki brzydki, zimny. W Reith, jest przytulniej.

.

polanka przy pośredniej stacji gondoli Schatzbergbahn

polanka przy pośredniej stacji gondoli Schatzbergbahn

.

trasy pod Schatzberg 1903 m n.p.m.

trasy pod Schatzberg 1903 m n.p.m.

.

27
lip
13

-Podróż XLIX Sella Ronda cz. IV – Val Gardena

Podróż XLIX

Byliśmy w Val Gardenie

.

Sobota, 16 marca. Po kilku burzliwych naradach u Janusza, postanowiliśmy pojechać tym razem do Ortisei w dolinie Gardena. Podczas poprzednich wyjazdów, zapuszczaliśmy się co prawda aż do Ortisei jadąc poprzez Secedę, ale nigdy nie mieliśmy okazji zwiedzić Alpe di Siusi (nie mylić z Alpe Lusia koło Passo San Pelegrino) a i Secedę i Monte Pana przejeżdżaliśmy w pośpiechu i tak raczej pobieżnie. Tak więc zakładamy, że tym razem te miejsca poznamy dokładnie. Byleby pogoda dopisała. Pogodę można sprawdzić tu: http://www.snow-forecast.com/resorts/Ortisei/6day/mid W zasadzie ma być słonecznie, tylko na poniedziałek zapowiadane są obfite opady śniegu. Na miejsce jedziemy wielokrotnie opisywaną już trasą. Patrz poniższa mapa i dodatkowe informacje na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ Droga jest prosta i łatwa, tylko w końcowym odcinku, pomiędzy autostradą a Ortisei jest trochę serpentyn, ale jak na Dolomity to właściwie trudno je nazwać serpentynami. Oczywiście tankujemy w Oed ( 48.11719,14.73235 ) (chociaż, odkąd mam nowy samochód, to raczej tankuje na OMV za Mikulovem), a później dolewamy do pełna tuż przed Brennerem (przejazd przez Brenner jest płatny, obecnie 8,50 eur), dzięki czemu we Włoszech w ogóle nie musimy tankować znacznie, znacznie droższego paliwa. Za autostradę po włoskiej stronie trzeba zapłacić 4,- euro.

Na miejsce dojechaliśmy po 18-tej. Mieszkamy pod samym lasem w apartamentach Solaria. http://www.sal-solaria.it/ Na wybór miejsca miał oczywiście fakt, że przyjechaliśmy oczywiście z psem i oczywiście bliskość lasu nie jest bez znaczenia. Ale i o samych apartamentach nie można powiedzieć nic złego, dobry stosunek ceny do jakości. Janusz ma nawet zimowy ogród z przeszklonymi całymi ścianami, skąd rozpościera się widok na Ortisei i całą Val Gardenę.

Apartamenty Solaria

Apartamenty Solaria

.

Widok na Ortisei z naszego apartamentu. W dali charakterystyczne szczyty Sassolungo

Widok na Ortisei z naszego apartamentu. W dali charakterystyczne szczyty Sassolungo

Więcej informacji o samej dolinie tu: http://www.valgardena.it/it/ i tu; http://www.dolomitisuperski.com/gardena/en-US/3440-Val_GardenaEN.html i jeszcze tu; http://www.val-gardena.com/en/skiing-areas/page10.html natomiast o możliwości wynajęcia apartamentów lub hoteli tu: http://www.val-gardena.net/apartments-ortisei.asp i tu; http://www.valgardena-web.com/val_gardena/index.php?hotel-in-val-gardena-dolomites&info=hotel-val-gardena Zobacz też (prezentowaną zresztą w pierwszej części opowiadania o Sellarodzie), mapkę większości wyciągów narciarskich i innych punktów orientacyjnych : https://maps.google.com/maps/ms?msid=213629008145642127077.0004d8dc24a3179b3c84f&msa=0 . Niedziela, 17 marca. Ponieważ mieszkamy kilkaset metrów (pięć minut spacerem) od dolnej stacji kolejki terenowej na Resciese (jedne źródła podają Resciesa, inne Rasciesa) ( 46.57799,11.672228 ), postanowiliśmy przejść się dla rozgrzewki (większość w butach narciarskich). Kupujemy karnety. http://www.dolomitisuperski.com/en-US/prezzi_skipassen.html Korzystamy z oferty Dolomiti Super Sun, w której mamy 6-cio dniowe karnety, w cenie 5-cio dniowych. Zresztą za apartament, też płacimy mniej o jeden dzień.

Mapka 13. Seceda-Ciampinoi-Monte Pana-Alpe di Siusi

Mapka 13. Seceda-Ciampinoi-Monte Pana-Alpe di Siusi

Wsiadamy do kolejki. Piękna, przestronna, jedzie z zawrotną, jak na tego typu kolej prędkością. Dawniej w tym miejscu był wyciąg krzesełkowy. Ze szczytu Resciesy do dolnej stacji tej kolejki nie ma nartostrady a jedynie tor saneczkowy (który też, zresztą nie prowadzi do samej stacji a bardziej w kierunku nartostrady z Secedy do Ortisei i kończy się w pobliżu restauracji Val d’Anna), tak że chcąc nie chcąc i tak musimy wrócić w inne miejsce. Zawsze chciałem przejechać z Monte Pana na Alpe di Siusi autobusem „terenowym” jadącym przez góry i las, więc mimo oporów pozostałych uczestników wycieczki zmierzamy w tak obranym kierunku. Pogoda, rano przepiękna, psuje się, więc może jest dobra okazja na taką właśnie podróż. Do Ortisei wrócilibyśmy więc gondolą nr 1, której dolna stacja znajduje się po przeciwległej stronie wsi. Liczymy więc że potem wrócimy do domu jakimś skibusem. Mam w kieszeni plan połączeń skibusowych. Z Resciesy zjeżdżamy więc do Furnes, przyjemną, poprowadzoną przez las nartostradą. Niestety, w ostatnim jej odcinku, tuż przed samym Furnes, musimy kawałek podejść pod górkę. To dość spory kawałek i dość stroma górka, tak że jeśli ktoś wybrałby się tutaj z małymi dziećmi to musi się liczyć, że się umęczą i upocą tym podejściem. Chyba nie warto. Wsiadamy do kolejki linowej jadącej na Secedę. Wagon jedzie na wyciągnięcie ręki od skalnych ścian.

W kolejce na Secedę

W kolejce na Secedę

Po wjechaniu na szczyt postanawiamy wrócić się do Orisei i zjechać do dolnej stacji gondoli (nr 2). Trasę tą znamy doskonale, zjeżdżaliśmy nią już wielokrotnie, ale nigdy o tak wczesnej porze, liczymy więc na gładziutki śnieg. I faktycznie, pierwsza polana idealna, można pociągnąć.

gdzieś tam w górze, Seceda...

gdzieś tam w górze, Seceda…

Dalej trasa zwęża się, wchodzi pomiędzy pionowe ściany wąwozów, by pod koniec znowu wyprowadzić nas na szerokie polany. Tak, jak pisałem już wcześniej, bardzo malownicza trasa.

Po ponownym wjechaniu na szczyt, zjeżdżamy na drugą stronę do krzeseł 81 i 8.

widok z Secedy na Saslong,  Ciampinoi i Sassolungo

widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Z Secedy widać lekko zachmurzony Saslong, Ciampinoi, Sassolungo. Trasy z Secedy przygotowane perfekcyjnie, równo, gładko, nie za twardo, nie za miękko. Zjeżdżamy do podziemnego kreta, który kończy swój bieg w St. Cristinie. Musimy przejść kilkadziesiąt metrów przez duży plac (lub raczej parking) aby wsiąść do gondoli jadącej na Sochers. Na górnej stacji tej gondoli, na podwyższeniu stoi piękne Porsche, jako nagroda w konkursie pt. „kto więcej razy zjedzie Saslongiem” albo jakimś podobnym. Dalej wyciągiem krzesełkowym na Ciampinoi. Oczywiście, moglibyśmy też przejść albo przejechać skibusem przez całą St. Cristinę, do dolnej stacji starego, wolnego krzesła nr 15 jadącego na Monte Pana. Będąc już na Ciampinoi, postanawiamy raz czy dwa zjechać Saslongiem. Najpierw czerwoną potem czarną trasą. Czarna zdecydowanie lepsza. Potem z Ciampinoi, wzdłuż krzesła 22 na Plan de Gralba, do dolnej stacji dużej kolejki (44) jeżdżącej na Piz Sella. Na Monte Pana można dostać się tylko i wyłącznie z Piz Sella, no albo tym krzesłem z St. Cristiny. Wagonik wjeżdża do betonowej stacji na szczycie Piz Sella. Możemy skierować się do prawego wyjścia i zjechać kilkaset metrów czarną, bardzo wąską i zawsze niemiłosiernie zmuldzoną trasą (a i kamyczki się tu zdarzają) na małą przełączkę, do górnej stacji krzesła 21 a potem wzdłuż niego dojechać do Mont de Seura (2117 m), albo skierować się do lewego wyjścia i zjechać wzdłuż krzesła 52 do charakterystycznej restauracji, białej z niebieskimi okiennicami i całej popstrzonej czarnymi wypustkami (Rif. Comici) i dalej niebieską nartostradą (niezaznaczona na mapach, z wyjątkiem mojej, oczywiście), również na Mont de Seura. Oczywiście lewe i prawe wyjście łączy się ze sobą na zewnątrz, więc te wyjścia określam tylko dla ustalenia kierunku. Z mapek mogłoby wynikać, że krzesła 21 i 19 są blisko siebie i że można się przedostać z jednego na drugie. W rzeczywistości krzesło 19 jest za granią i jest dostępne tylko od strony Saslongu.

Widok z Mt. De Seura na Alpe di Siusi

Widok z Mt. De Seura na Alpe di Siusi

Z Mt. De Seura zjeżdżamy czerwoną (dla mnie niebieską), leniwie wijącą się wśród gęstego lasu nartostradą. Nartostrada jest do tego stopnia leniwa, że pod jej koniec trzeba się trochę poodpychać kijami. To już Monte Pana. Zjeżdżamy czarnymi i czerwonymi trasami wzdłuż wyciągu 23. Wisieliśmy na tym wyciągu kilka lat temu, chyba z godzinę, kiedy to się był, popsuł. Tu też takie rzeczy się zdarzają. Trasy krzyżują się i rozjeżdżają, ale wszystkie i tak prowadzą do dolnej stacji. Obracamy kilka razy w różnych wariantach. To kawał góry, trasy są szybkie i znakomicie przygotowane. Na stoku jeździ zaledwie kilka osób. Niestety okolice Mt. De Seura i Monte Pana to kulinarna pustynia, nie dostaniemy tu raczej nic dobrego do zjedzenia. A my jesteśmy już bardzo głodni, bo zrobiło się już grubo po trzynastej, tak że o mało co nie doszło do buntu czy może raczej rejterady i zmiany planów, ale moja niezłomna postawa doprowadziła jednak do tego, że głodni, ale wsiadamy do autobusu jadącego do Saltria na Alpe di Siusi. Autobusy odjeżdżają mniej więcej co pół godziny a koszt przejazdu to trzy euro.

droga z Monte Pana na Alpe di Siusi

droga z Monte Pana na Alpe di Siusi

Autobus jedzie ponad dwadzieścia minut, krętą zaśnieżoną drogą leśną, wijąca się po górskich zboczach. Raz wjeżdżamy pod górę, raz stromo w dół, raz jedziemy przez leśne polanki, raz wzdłuż stromych urwisk. Jedziemy dość wolno, ale i tak uważam, że jazda dostarcza wrażeń. Zatrzymujemy się nieopodal wyciągu 65 (Florian) i 70 (Floralpina). Wsiadamy na krzesło Florian. Na górnej stacji tego krzesła (2100 m) jest wreszcie knajpa. Williamshutte. Raczej przeciętna i oczywiście nie najtańsza, ale jesteśmy już tak głodni, że jest nam wszystko jedno. Ale pesto, jakie podano, jest naprawdę świetne i nie jakieś znowu drogie, a domowe pierogi z serem i szpinakiem to lokalny specjał. Jemy bez opamiętania, co odbije się nam w sposób dosłowny za jakieś pół godziny… Tymczasem zrobiła się już prawie trzecia i najwyższy czas przemieszczać się do Ortisei, bo przecież mamy przed sobą jeszcze sporo wyciągów, które w końcu przecież zamkną. Niemniej jednak pozwalamy sobie jeszcze na zjazd wzdłuż wyciągu 71 (Goldknopf) i 70 (Floralpina). Trasy mocno zmuldzone, miękkie. Z górnej stacji krzesła 71 odbijamy na lewo ( i znów na większości map nie ma pokazanego tego przejazdu w sposób jasny i wyraźny), by czerwonymi trasami biegnącymi obok wyciągu 74 (Paradiso) dojechać do krótkiego krzesła 75 (Bamby) i dalej szerokimi, z początku płaskimi, potem nieco bardziej stromymi trasami aż do krzesła 60 (Monte Piz-Icaro) i 67 (Leo Demetz). Niestety mgła zaczęła robić się coraz gęstsza, widoczność pozostawiała wiele do życzenia, zaczął wiać silny wiatr, zrobiło się zimno (albo mnie zrobiło się zimno po ty obfitym obiadku), tak że trudno było określić kierunek, w którym powinniśmy się byli przemieszać. Kierowaliśmy się jedynie kierunkowskazami na Ortisei, ale one coraz częściej zaczęły wskazywać, zdawałoby się kierunek zgoła przeciwny niż leży zbawienna gondola nr 1, zwożąca narciarzy do miasteczka. Na szczęście tylko – zdawało się. Choć na górnej stacji krzesła 67 trochę nam miny zrzedły, gdyż drogowskaz z napisem „Ortisei” wyraźnie pokazywał kierunek przeciwny do spodziewanego. A wszystko dlatego, że nartostrady na mapkach są źle narysowane i wprowadzają narciarzy w błąd. Na mapce powyżej wiele błędów zostało skorygowanych, co powinno ułatwić czytelnikowi ewentualną orientację w terenie. W każdym razie nartostrada z tego krzesła faktycznie początkowo idzie na zachód, aby po zatoczeniu łuku, skręcić na spodziewany kierunek wschodni (na mapkach idzie od razu na wschód). Kiedy już wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu, Karolina, która jechała pierwsza i to znacznie wyprzedziwszy pozostałych, skręciła w prawo do dolnej stacji wyciągu 68 zamiast w lewo do wyciągu 69 (Mezdi). A czasu coraz mniej. Janusz i Piotrek pognali za nią, usłyszałem tylko w radiu „jedźcie dalej”, więc z pozostałymi kobietami pojechałem jednak do przodu.

Ala na trasie

Ala na trasie

Ala jeździ na desce i traciła sporo czasu na jej zakładanie po wjechaniu każdym wyciągiem, więc rozdzielenie się było rozsądne. Ponadto, gdyby faktycznie zamknęli im wyciągi, to może przyjechałbym po nich samochodem (obok wyciągu 60 były hotele, obok których stały samochody i to takie z napędem na jedną oś, więc pewnie by się dało). Wszystkie wyciągi tutaj są czynne do 17:00, gondola do miasteczka jeździ nawet dłużej (do 18:00), ale może się zdarzyć, że któryś z wyciągów „po drodze” będzie czynny tylko do 16:45 (a nawet do 16:30 – zwłaszcza w styczniu). W połowie krzesła 69 można wysiąść i zjechać do krzesła 59, które dojeżdża już do gondoli jadącej do Ortisei. Jednak jedziemy do samej góry, gdyż spodziewamy się, że będzie tam bezpośredni zjazd do gondoli. I faktycznie był. Praktycznie nie oznaczony w terenie i nie pokazany na mapkach, ale kierowali się tam prawie wszyscy, którzy wyjechali tym wyciągiem, więc i my też. Po kilkuset metrach jazdy przez las, wzdłuż żółtych tyczek zobaczyliśmy stację gondoli. Zawiadomiliśmy przez radio grupę pościgową o tym skrócie i spokojnie wsiedliśmy do kolejki. Mając w kieszeni mapkę połączeń autobusowych w Ortisei, z której wynikało, że pod nasz dom jeździ linia 4+5 czyli żółta. (patrz połączenia autobusowe w dolinie: http://www.val-gardena.com/en/time-table/page16.html ) i ponieważ, tuż przed drzwiami dolnej stacji gondoli zaczyna się wiadukt dla pieszych prowadzący do centrum miasteczka, gdzie jak z mapki wynikało również, winien znajdować się odpowiedni przystanek tej linii, więc poszliśmy. Poszliśmy w butach narciarskich. Do przystanku jest jednak więcej, niż się spodziewaliśmy, ale jest. Niestety, odczytanie, o której godzinie powinien przyjechać odpowiedni skibus i po której stronie ulicy jest ten właściwy co do kierunku przystanek, przekraczało nasze możliwości intelektualne. Oczywiście o niczym to nie świadczy, ale wśród nas byli informatycy, studenci i absolwenci ekonomii, prawnicy, prezesi dużych fabryk, dyrektorzy tego i owego, że o autorze już nie wspomnę i nikt nie mógł się połapać. Jednakże mam nieodparte wrażenie, że połapywanie się w czymkolwiek, było raczej zbędne, gdyż wystarczyło wsiąść do pierwszego lepszego busa (bo te skibusy, to takie białe, niewielkie busy), pokazać na mapce gdzie się chce dojechać i z pewnością za te trzy albo siedem euro, dowieźli by nas szybko i sprawnie. I pewnie do końca nie miałoby znaczenia czy to skibus linii żółtej, czy niebieskiej. Bo taki skibus jest płatny ekstra. 3,- euro za dzień (a więc można za jedną opłatę pojechać rano w jedną stronę i wrócić po południu a ponadto można się przesiadać z linii na linię) albo 7,- euro za cały tydzień. Chyba te koszty przelały czarę goryczy, więc poszliśmy do domu na piechotę. Był to bardzo zły pomysł. Droga dotychczas w miarę równa, od centrum wznosi się stromo pod górę. Moje paznokcie u nóg źle to zniosły. Chyba trzeba było iść w dopiętych butach.

.

Poniedziałek, 18 marca. Już dnia poprzedniego wieczorem zaczęło sypać i sypie dalej obfity, gęsty śnieg. Na szczęście chmury są wysoko i widoczność jest całkiem niezła. To znaczy, jest szansa, że nie porzygamy się natychmiast, tylko nieco później. Postanawiamy pojechać przez Secedę gdzieś na Saslong i tam coś poskręcać. Nie próbujemy już jednak korzystać z terenowej kolejki na Resciese, bo już mamy dość chodzenia w butach narciarskich, skibusów za trzy lub siedem euro i innych takich atrakcji. A sam zjazd do Furnes z uciążliwym podejściem, też nie jest aż tak atrakcyjny, żeby się męczyć. Więc chcemy zostawić samochód pod dolną stacją gondoli na Secedę, z butami do przebrania w środku, rzecz jasna. Pod stacją jest wygodny, kryty parking, niestety płatny. To tylko kilka euro (parkingi tutaj kosztują od 6,00 do 8,50 euro za cały dzień), ale zawsze. ( 46.576618,11.675098 ) Ponieważ Janusz ma bardzo szybki samochód znanej niemieckiej marki, z napędem tylko na jedną oś i to na dodatek tylną, więc nawet nie próbuje nim zjechać w dół do gondoli. Ja mam za to z napędem na obie osie, więc biorę wszystkie narty, buty, plecaki, kaski i owszem, próbuje zjechać. Włączam wszystkie napędy, jakie mogę włączyć (dużo tego nie ma) i samochód bardzo ładnie zjeżdża po kompletnie zasypanej i na dodatek bardzo stromej drodze. Pozostali schodzą sobie spacerkiem. To tylko jakieś dziesięć minut.

Zjazd wąwozami do Ortisei

Zjazd wąwozami do Ortisei

Trochę kręcimy się po Secedzie i z tej i z tamtej strony, trochę po Salongu, dotarliśmy nawet do Col Rodelli, gdzie w naszej ulubionej knajpce Friedrich August zjedliśmy małe cocnieco.

Friedrich August

Friedrich August

Ale najwięcej pojeździliśmy na krześle 19, trochę w bok od Saslongu, gdzie było mnóstwo gładkiego, nieprzejeżdżonego i mięciutkiego śniegu. A to ma ogromne znaczenie przy kiepskiej widoczności. Jeździliśmy tam chyba przez dwie albo i trzy godziny, będąc jedynymi klientami wyciągu.

Niektórzy stoją lub jeżdżą...

Niektórzy stoją lub jeżdżą…

Zapadaliśmy się powyżej kolan, by chwilę później wyskoczyć ponad śnieg, a chwilę potem znów zapaść się i tak raz za razem. Oczywiście nie obywało się bez „incydentów”, co chwilę komuś udawało się fiknąć jakiegoś koziołka. Jedni fikali małe, inni duże, wielofazowe, takie malownicze. www-IMG_0648

www-IMG_0650www-IMG_0651www-IMG_0652

Pomimo kiepskiej pogody, muszę przyznać, że bawiliśmy się w tym głębokim śniegu znakomicie. Kto by pomyślał, że tyle radości sprawi nam sypiący, gęsty śnieg i fikanie koziołków…

Wieczorem idziemy na spacer do centrum miasteczka.

http://www.valgardena.it/download/gardena/pdf/maps/piantina_ortisei2011.pdf Chcemy też kupić coś do zjedzenia. Ortisei, to naprawdę jedna z ładniejszych miejscowości narciarskich, jakie widziałem. A już po (a w zasadzie, podczas) obfitych opadach śniegu wyglądała naprawdę bajkowo.

Centrum Ortisei

Centrum Ortisei

W centrum miasteczka jest sporo sklepów z pamiątkami, z butami, z dziełami sztuki, oczywiście sportowych, a także z pięknie opakowanymi, niby lokalnymi przysmakami i alkoholami, w pięknych cenach, rzecz jasna. W zasadzie można się na te sklepy natknąć na każdym kroku, niemniej jednak, jak by ktoś miał problem z ich znalezieniem, jest strona: http://www.val-gardena.net/shopping_en.htm .

Główny deptak w miasteczku

Główny deptak w miasteczku

Natomiast, zwyczajnych sklepów spożywczych nie znajdziemy już tak łatwo. Jeden w zasadzie tylko z jarzynami jest koło kościoła ( 46.575783,11.67163 ). Dwa supermarkety są przy głównej drodze, a raczej deptaku – Via Rezia, z czego jeden schowany w bocznym zaułku ( 46.572702,11.676423 ), drugi nieco dalej od centrum ( 46.571828,11.676986 ). W supermarketach ceny raczej zwyczajne, wybór dość duży. W restauracjach ceny też umiarkowane, w ogóle jakby Ortisei nie była miejscowością turystyczną.

Kościół w centrum Ortisei

Kościół w centrum Ortisei

Naprzeciwko malutkiego, starego, drewnianego kościołka i stojącego obok, nowego, murowanego (tego na powyższym zdjęciu), znajdujących się przy tejże, głównej ulicy Via Rezia, jest mała uliczka, na końcu której zaczynają się ruchome schody i ruchome chodniki prowadzące do dolnej stacji gondoli na Secedę. Ponieważ cała miejscowość leży na stromym stoku, takie schody to duże ułatwienie. Patrz mapa dojazdu do Ortisei.

.

Wtorek, 19 marca. Ranek wstał przepiękny. Słońce jak wymyte. Wszędzie dookoła zwały śniegu, temperatura raczej poniżej zera. No pięknie.

Słoneczny poranek w Ortisei.

Słoneczny poranek w Ortisei.

Postanawiamy w końcu dogłębnie zwiedzić Alpe di Siusi. (nie mylić z Alpe Lusia koło Moeny) http://www.dolomitisuperski.com/seiseralm http://www.alpedisiusi.info http://www.seiser-alm.it/ i jeszcze mapki 2D i 3D, jeśli komuś nie wystarczałby ta powyżej: http://www.dolomitisuperski.com/seiseralm/en-US/skimap-alpe-di-siusi-1845EN.html Jedziemy więc na parking pod dolną stacją gondoli nr 1 na Alpe di Siusi. ( 46.573012,11.670479 ) Tym razem i Janusz zdecydował się pojechać. Nie miał zresztą wyboru, albo samochód, albo skibus za trzy euro od osoby. Jeden parking jest pod stacją, ale jakiś niski, wjeżdżam więc na ten obok stacji. Obydwa płatne, coś po pięć albo sześć euro za cały dzień, rzecz jasna. Wjeżdżamy na górę. Tak, w piękny słoneczny dzień, wygląda to o wiele lepiej, niż dwa dni temu we mgle.

Alpe di Siusi. Widok z Monte Piz 2109 m n.p.m.

Alpe di Siusi. Widok z Monte Piz 2109 m n.p.m.

Po obfitych opadach śniegu, trasy są mięciutkie, choć nie można powiedzieć, wyratrakowane na sztruksik a przecież jeszcze w nocy padał gęsty śnieg. Wziąłem więc dzisiaj K2 RICTOR. Jedziemy za porządkiem, przejeżdżając po kolei wszystkie trasy, kierujemy się z wolna na zachód, do Compatsch (1980 m), gdzie jemy mały lunch, w wypasionej (w sensie wystroju) samoobsługowej knajpie. Nawet robią tam pizze z prawdziwego pieca, jednakże robią ją na zapas, więc można sobie kupić po kawałku tylko takiej wyleżanej, zmiękłej, gumiastej. Obejdzie się. Jemy więc tylko jakieś sałatki i zupki. Wszystkie trasy szerokie niezbyt strome, ale przyjemne. Ciepło, zacisznie. Takie miejsce dla karmiących matek.

Szałasy na Alpe di Siusi

Szałasy na Alpe di Siusi

Niewątpliwie idealne miejsce na rodzinny wyjazd z małymi dziećmi. Prawie z każdej góry jest poprowadzony sporej długości tor saneczkowy, co może być doskonałym urozmaiceniem, zwłaszcza właśnie dla dzieci. Również, ci co wędrują na piechotę albo na turach nudzić się tu nie będą. Ponadto, można powiedzieć, że jest to płaskowyż (bo raczej płaskowyż niż dolina) tysiąca szałasów. Wiele z nich można wynająć, nawet zimą. Niektóre są komfortowe inne bardziej siermiężne. Ale wszystkie są w górach, z dala od świateł miast, tak że może to być całkiem ciekawa alternatywa dla hoteli czy apartamentów. Np. taki: http://www.mooshuette.it/it/Default.asp fajny, nie? Więcej tego typu ofert na; http://www.alpe-di-siusi.info/alpe-di-siusi-mountain-inns.asp?m=1&s=36

To też szałasy, ze szczytami Sassolungo i Sasso Platto w tle.

To też szałasy, ze szczytami Sassolungo i Sasso Platto w tle.

Wszędzie większe i mniejsze knajpeczki i bary. W tych większych zjemy coś, w tych mniejszych raczej tylko wypijemy. Za to te mniejsze są bardziej kameralne, pijąc więc jakieś bombardino, możemy podziwiać przepiękne widoki, otaczających nas skalnych szczytów, lasów, dolin.

Mała, niezaznaczona na mapach, knajpka, gdzieś w połowie krzesła 64.

Mała, niezaznaczona na mapach, knajpka, gdzieś w połowie krzesła 64.

Przemieszczamy się w kierunku Saltria (1700 m). Chyba jednak najbardziej strome i najdłuższe stoki są wzdłuż krzeseł 65 (Florian), 70 (Floralpina) i 71 (Goldknopf). Zjeżdżamy z górnej stacji wyciągu 65, czerwoną trasą poprowadzoną wzdłuż toru saneczkowego. Jest raczej niebieska. Może dlatego oznaczono ja na czerwono, bo trzeba się mijać z saneczkarzami. Ale zaraz za pierwszym łukiem jest rif. Zallinger. Restauracja i mały, górski hotel zarazem. http://www.zallinger.com/landing/ Tuż obok stoi wśród białych pól śnieżnych, mały, biały kościółek. Bardzo malownicze miejsce.

mały kościółek obok rif. Zallinger

mały kościółek obok rif. Zallinger

Przed Saltrią, osiedle małych domków. Do tych na pewno da się nawet w zimie dojechać samochodem, więc mogą być interesujące dla tych, co jednak nie chcą zupełnie tracić kontaktu z cywilizacją, ale jednak chcą pomieszkać w górach.

Ortisei wieczorem. Gdzieś tam na horyzoncie Sassolungo i widać nawet kawałek Saslongu.

Ortisei wieczorem. Gdzieś tam na horyzoncie Sassolungo i widać nawet kawałek Saslongu.

Po południu cały śnieg stopniał albo został odgarnięty. Leżał już tylko na dachach domów lub na łąkach. Tak że Janusz, bez żadnego problemu mógł dojechać do domu.

.

Środa, 20 marca. Pogoda dalej przepiękna. Postanawiamy objechać całą Sellarondę dookoła, no może z dłuższym pobytem na Porta Vescovo i na dodatek w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, czyli w kierunku zielonym. Jedziemy więc samochodami na parking na Plan de Gralba. ( 46.534023,11.77199 ) Zaraz za Selvą na drodze pojawia się gruba warstwa trochę rozjeżdżonego śniegu. Zatrzymujemy się, żeby Janusz założył łańcuchy. Proces zakładania jest żmudny i trwa około pół godziny. Założenie łańcuchów na przednie koła to pikuś w porównaniu z zakładaniem tychże, na koła tylne, zwłaszcza jeśli samochód jest nisko zawieszony i jest mało miejsca pomiędzy oponą a nadkolem. Powiem tylko tyle, że w pewnym momencie przyszedł nam do głowy pomysł, żeby podnieść samochód podnośnikiem używanym przy zmianie koła. Ja tam specjalnej różnicy nie czułem, jadąc po asfalcie i po zaśnieżonej drodze, ale Janusz twierdził potem, że bez łańcuchów nie dojechałby do parkingu.

Gruppo del Sella.

Gruppo del Sella.

Rozgrzani zakładaniem łańcuchów, wjeżdżamy funivą na Piz Sella (2248 m) i od razu zjeżdżamy w kierunku Piz Seteur. Zostajemy tu trochę by popajacować na szerokich i niezbyt stromych stokach wzdłuż krzeseł 51 i 53 oraz orczyka 50. Jest tam też duży funpark ze ślimakami i tunelami, skoczniami i pokręconymi torami, więc pajacowanie jest jak najbardziej słusznym określeniem.

Mapka 14 – sellaronda

Mapka 14 – sellaronda

Potem przemieszczamy się dalej w kierunku Col Rodelli. Przed Passo Sella mijamy malownicze kamienne miasto utworzone z setek wielkich, prostopadłościennych brył skalnych. Na samym passo straszy nieczynny o tej porze roku śmieszny wyciąg kubełkowy, jeżdżący tyko latem na Forcella Sassolungo pod schronisko Demetz. Jest tu sporo szlaków i ferrat dostępnych latem.

kamienne "miasto" przed Passo Sella

kamienne „miasto” przed Passo Sella

Zatrzymujemy się chwilę na Col Rodelli (2485 m). Jest tu sporo szerokich, świetnie przygotowanych i stromych stoków, ale ja jakoś nie do końca lubię to miejsce. Choć właśnie tu stoi moja ukochana knajpka Friedrich August. No cóż, życie pełne jest sprzeczności. Może to wszystko dlatego, że tu jakoś zawsze jest cień, wieje dość silny wiatr a dwa krzesła na Col Rodelle (151 i 152) są stare i wolne i zawsze mnie na nich wywieje. Po kilku rożnych zjazdach w okolicy Col Rodelli zjeżdżamy na Passo Lupo Bianco, czyli Przełęczy Białego Wilka. Tu jest znowu ciepło i słonecznie. Długą gondolą wjeżdżamy na Belveder. Duża zaklęsła misa z mnóstwem tras i wyciągów. W zasadzie Belveder (2377 m) to jeden ze szczytów, zamykających od południowego-wschodu ową kotlinę, ale ja nazywam tak cały ten obszar pomiędzy Pecolem (1926 m), Belvederem i Sasso Becce (2538 m). Znajdujemy nawet odcinek czarnej, nieprzygotowywanej trasy prowadzącej w kierunku Pecol’a . Stok jest południowy, no może południowo-zachodni, mordujemy się więc, jadąc po miękkim i mocno zmuldzonym stoku. Na dole jesteśmy solidnie spoceni, ale jakże dumni z siebie. Stoki są tu szerokie, nie za strome, kotlina jest przez cały dzień skąpana w słońcu. Pięknie, chociaż jak dla mnie jest za bardzo zindustrializowana, dużo tu ludzi, wyciągi krzyżują się w trzech poziomach, brakuje tu jakiejś, takiej podstawowej intymności. Chyba i inni też tak sądzą, bo dość szybko przenosimy się dalej, by prawie płaskimi nartostradami dojechać aż do Arabby.

Gdzieś, pomiędzy Passo Pordoi a Pont de Vauz. Widok na strome zbocza Sasso Cappello.

Gdzieś, pomiędzy Passo Pordoi a Pont de Vauz. Widok na strome zbocza Sasso Cappello.

Lubię ten odcinek. Pomimo że czasami trzeba się odepchnąć parę razy kijami, jest tu przyjemnie. Nartostrada najpierw poprowadzona jest małymi polankami, praktycznie wzdłuż drogi prowadzącej na Passo Pordoi, potem już za Pont de Vauz (gdzie trzeba zdjąć narty i przejść przez drogę) wchodzi pomiędzy wysokie sosny, w cień drzew, by znowu tuż przed dolnymi stacjami kolejek na Porta Vescovo (2500 m) wyprowadzić nas na zalane słońcem polany. Na Porta Vescovo jeździ kolejka linowa i duża gondola. Kolejka przewozi 700 osób na godzinę i jedzie na szczyt (a w zasadzie pod szczyt) w 5 minut. Gondola przewozi 3000 osób na godzinę, ale jedzie na górę aż 16 minut. Na początek wybieramy kolejkę. Faktycznie, jedzie znacznie szybciej, choć trzeba czekać na wagonik.

Marmolada widziana z tarasu restauracji na Porta Vescovo

Marmolada widziana z tarasu restauracji na Porta Vescovo

Z Porta Vescovo widać piętrzącą się na ponad trzy tysiące metrów Marmoladę. Piękna góra. Na grani widać słupy kolejki linowej. Szkoda, że chyba tym razem nie uda się na niej pojeździć, choć gdybyśmy się uparli, byłoby to do wykonania. Jest już po południu, więc większość tras jest dość mocno zmuldzona. Szkoda. Jednak trzeba tu przyjeżdżać wczesnym rankiem, wtedy trasy są gładziutkie i można pociągnąć. Chociaż ja lubię jeździć po muldach, stanowią niewątpliwie wyzwanie dla technicznych umiejętności jadącego po nich narciarza. Są muldy i muldy. Niekiedy są oblodzone i tych nie lubię, choć też muszę sobie z nimi radzić. Te tutaj są miękkie, dobrze ułożone, można powiedzieć – fajne muldy, tak że wystarczy dość znacznie obniżyć pozycję i balansując ciałem, wykorzystywać fakt, że za muldą narty są zupełnie odciążone i można łatwo wykonać skręt. W zasadzie jestem zwolennikiem stosowanie w takiej sytuacji tzw. Jet’u na muldach (ci, co robili kursy instruktorskie w latach 70-tych (ubiegłego wieku oczywiście), będą wiedzieli o co chodzi), choć mój pesel nie pozwala mi na zbyt długotrwałe wprowadzanie tej koncepcji w czyn i niestety, co kilkaset metrów muszę się zatrzymać dla załapania oddechu. Ale i tak lubię jeździć po muldach. Zawsze powtarzam – z muldami nie można walczyć, z muldami trzeba się zaprzyjaźnić, zaprzyjaźnić i wykorzystać je do własnych celów…

Fruppo del Sella widziana z Arabby

Gruppo del Sella widziana z Arabby

Jedziemy dalej. Gdzieś w okolicach rif. Burz wybucha panika wśród naszych dzieci (ha, dzieci!), które już nauczyły się trochę orientować na mapie. Ala lamentuje, że nie dojedziemy do samochodów, gdyż jesteśmy dokładnie po przekątnej Selli, a już dawno minęło południe. Tłumaczymy, że my razem z „wujkiem” Januszem zjedliśmy tu zęby i znamy każdy kamień. Dla uspokojenia nastrojów, robimy ostentacyjnie czarną trasę wzdłuż krzesła 05. Porażka. Na trasie same zamarznięte kalafiory. Poprzez Passo Compolongo i Corvarę dojeżdżamy do Colfosco. Lubimy to miejsce. Głęboka kotlina odchodzi w kierunku północnym od głównego kola Sellarondy. Czarna trasa z Col Pradat jest bardzo dobra. Stok jest tutaj szeroki, przy lewej stronie bardzo stromy, po prawej, czyli północnej stronie wręcz sielankowo łagodny. Jadąc bliżej lewej strony, trzeba się przykładać, nie można się obijać. Pomimo późnej pory, stok jest gładki i niezbyt twardy. Można pociągnąć szerokim carvingowym skrętem, wejść na krawędzie poczuć wibrację nart, tylko że wówczas nabiera się sporej prędkości. Obracamy na tej trasie kilka razy. Potem przemieszczamy się do drugiej odnogi dolinki i kilka razy zjeżdżamy wzdłuż krzesła 50. Też fajnie. Stok jest szybki z niewielkimi muldami. Fajna jazda, można na dużej prędkości przeskakiwać z muldki na muldkę.

Zieleń drzew kontrastuje z bielą śniegu

Zieleń drzew kontrastuje z bielą śniegu

Pomimo, że jest druga połowa marca, na dachach starych szałasów piętrzą się malowniczo całe góry śniegu. No ale trzeba się zbierać, gdyż musimy jednak zdążyć przed siedemnastą na gondolę z Selvy na Ciampinoi. Ta gondola jest dla nas „trzymająca”, potem z Ciaminoi możemy już zjechać na parking na Plan de Gralba. Oczywiście, najpierw musimy przejechać przez Passo Gardena, skąd roztacza się piękny widok na skąpane w popołudniowym słońcu Gruppo del Sella.

Widok z Passo Gardena na Gruppo del Sella

Widok z Passo Gardena na Gruppo del Sella

.

Czwartek, 21 marca. Po całym dniu spędzonym na nartach gdzieś w okolicach Colfosco, wracając przez Secedę do Ortisei, zatrzymaliśmy się w malowniczo położonej, tuż przy nartostradzie, knajpce Val d’Anna.

Val d'Anna

Val d’Anna

Zawsze mijaliśmy ją w pośpiechu, patrząc na ludzi wygrzewających się w marcowym słońcu na leżakach i fotelikach rozstawionych wokół restauracji. Powiem więcej, specjalnie przyjechaliśmy tutaj nieco wcześniej, aby trochę posiedzieć. Siedzimy tak więc, pijemy piwo, bombardini i inne takie tam, lokalne specjały, patrzymy na przejeżdżających w pospiechu narciarzy. Nigdzie nam się nie spieszy.

Kurnik przed restauracją Val d'Anna

Kurnik przed restauracją Val d’Anna

Patrzymy na kury siedzące na pobliskim kurniku i nigdzie się nam nie spieszy. Czasami dobrze jest tak usiąść sobie i nie spieszyć się. No, ale pies czeka w domu, trzeba go wziąć na spacer, kupić coś na kolację, więc mimo wszystko zbieramy się i zjeżdżamy do dolnej stacji gondoli w Ortisei, gdzie zostawiliśmy samochody. W miasteczku ani śladu nie zostało z całych gór śniegu, jakie leżały jeszcze dwa dni temu. Wszystko zostało wysprzątane, a reszta się stopiła.

Główny deptak w Ortisei -Via Rezia

Główny deptak w Ortisei -Via Rezia

W padającym śniegu miasteczko wyglądało bajkowo, ale i teraz jest malownicze. Robimy małą, zwyczajową rundkę, zahaczając po drodze o sklep. Jakieś prosciutto, jakieś winko, jakieś warzywa. Wracamy przez ruchome schody. Pies boi się stać na poroszających się schodach i chodnikach, więc i tak idę z nim po wykładanych gumą tradycyjnych stopniach.

Hotele w centrum Ortisei. Na grani widać reflektory zapalone na górnej stacji gondoli na Alpe di Siusi.

Hotele w centrum Ortisei. Na grani widać reflektory zapalone na górnej stacji gondoli na Alpe di Siusi.

.

.

.

Kraków, lipiec 2013

.

.

kolejka na Secedę

kolejka na Secedę

.

na Alpe di Siusi

na Alpe di Siusi

.

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi, w chmurach Sassolungo

www-IMG_1318

szałas na Alpe di Siusi

www-IMG_1327

Sassolungo, górujące nad Alpe di Siusi

.

droga terenowego autobusu z Monte Pana do Alpe di Siusi

droga terenowego autobusu z Monte Pana do Alpe di Siusi

.

Alpe di Siusi, wyciąg 61

Alpe di Siusi, wyciąg 61

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi, Saltria

Alpe di Siusi, Saltria

.

27
lip
13

-Podróż XLI Sella Ronda cz. III – Civetta

Podróż XLI

Byliśmy w Civettcie

.

Tak, było fajnie w Vigo di Fassa, czas na jakąś zmianę. Chcemy trochę więcej komfortu. Może jakiś pensjonat z wyżywieniem i sauną, a może i basen by się znalazł. Szukamy. Znaleźliśmy coś ciekawego w rejonie Passo Campolongo, pomiędzy Arabbą a Corvarą. Ceny dobre, koło 35,- euro (chyba zbyt dobre…) od osoby z wyżywieniem, za dzień. Jest też sauna. Ale w piątek zadzwoniła Ania, że są wolne miejsca w pensjonacie w St. Fosca. To rejon Civetta. Tam jeszcze nie byliśmy, trzeba spróbować. Mamy tam jechać z kilkorgiem znajomych.

Zobacz:   http://www.valfiorentina.it/     lub

http://www.dolomitisuperski.com/civetta/de-DE/skiurlaub-civetta-388DE.html

.

Czwartek, 15 marca. Zadzwonił Robert i oświadczył, że wyjeżdża w sobotę o szóstej rano. Ja trochę z przekory i wobec faktu, iż on tam jeszcze nie był, a ja już tyle razy, stwierdziłem, że ja wobec tego o siódmej. Potem pomyślałem, że trochę późno, zwłaszcza jeśli kolacja ma być o dziewiętnastej, ale cóż, słowo się rzekło…
.

Sobota, 17 marca. Zerknąłem jeszcze na prognozę pogody dla Civetty. http://www.snow-forecast.com/resorts/Civetta

W niedzielę ma być piękne słońce, ale pod wieczór ma się zachmurzyć i dość solidnie posypać. Dobre prognozy są na maksymalnie trzy dni, więc sprawdzam je w ostatniej chwili. Zbieramy się tak aby o tej siódmej ( siódmej, trochę późno…) już jechać. Mój samochód ma napęd 4×4, co w górach jest zbawienne, ale na autostradzie niestety gorzej mu idzie. Okazało się jednak że samochód naszych przyjaciół (też 4×4) zepsuł się i muszą jechać innym, ale nie mają do niego bagażnika na narty i przydałoby się, żebym to ja wziął również ich sprzęt narciarski. No pewnie, od czego są przyjaciele. Koniec, końców wyjechaliśmy grubo po ósmej. Razem. Fatum jakieś czy co? A kolacja o dziewiętnastej. Jechałem pierwszy, więc jakoś odruchowo pojechałem przez Graz, Villach, Spittal i dalej na kierunek Brunico, by jednak wcześniej skręcić do Cortiny d’Ampezzo na drogę 51 a potem na drogę 48 w kierunku na Passo Falzarego, by z tej drogi skręcić w lewo na drogę SP251 i przez Passo Giau dojechać do St. Fosca. Zobacz też dodatkowe informacje o kupowaniu winietek na Czechy i Austrię na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

.

Pozostali uczestnicy wycieczki nie byli tam jeszcze, a droga ta jest wyjątkowo malownicza, więc czemu im nie pokazać czegoś, co jest godne zobaczenia. Tylko że droga przez Passo Giau w ostatnim swym odcinku, składa się z niekończącej się liczby zakrętów, co nie każdy może znieść. Niedobrze robi się już od patrzenia na mapę. Po dojechaniu na miejsce na kilka minut przed kolacją, Ela była w kolorze betonu i wyglądało, że i tak nie będzie miała ochoty na kolację. Coś za coś. Jechała za to piękną drogą…

Widok z hotelowego okna

Widok z hotelowego okna

W pensjonacie warunki raczej siermiężne, nie wyszło nam z tą odrobiną komfortu, że o luksusie już nie wspomnę. W każdym razie głodni nie chodzimy, pokoje są z łazienkami, woda w kranie gorąca, towarzystwo przemiłe, zima za oknem przepiękna. Ponadto, przyjechaliśmy tu w końcu na narty. http://www.agosti.it/ospita/SFosca.htm

Przy kolacji opowiadam, że co prawda następnego dnia będzie piękne słońce, ale po południu zachmurzy się i zdrowo sypnie i że będzie sypać cały poniedziałek i dopiero we wtorek pogada poprawi się… Niestety, spotyka mnie niedowierzanie. Ludzie odwracają się z niechęcią, co ten wariat plecie, przecież widać, jaki piękny jest wieczór…
.

Niedziela, 18 marca. Piękne słońce. Ciepło. Do wyciągu mamy kilkaset metrów, no ale trzeba podjechać samochodem. ( 46.436393,12.069851 )

Mt. Civetta

Mt. Civetta

Kupujemy karnety. Tym razem kasa jest w pobliżu wyciągu. Jak zwykle do wyboru są tańsze karnety, ważne tylko w rejonie Civetty lub trochę droższe, ale z opcją 4 dni w Civettcie + 2 dni w dowolnym miejscu Dolomitów lub na 6 dni w dowolnym miejscu Dolomitów, tzw. Dolomiti SuperSki. Z mapy wynika, że ta Civetta to niezbyt rozległy rejon, więc decydujemy się na najbardziej wypasioną wersję. Będziemy jeździć też na Selli albo w Cortinie.

Patrz strona z mapami: http://www.dolomitisuperski.com/civetta/en-US/skimap-civetta-1912EN.html albo taka, gotowa;

Mapka 12 - Civetta

Mapka 12 – Civetta

Wjeżdżamy na Fernazze ( ledwie 2100 m n.p.m.) i w dół do pośredniej stacji. Widoki piękne. W koło widać pionowe ściany M. Pelemo (3168 m n.p.m.) i M. Civetta (3218 m n.p.m.). Śnieg książkowy, górka całkiem, całkiem, można poszaleć.

leniuchujemy

leniuchujemy

Mam nowiutkie Salomony Equipe sc. Świetna narta, aż trochę się boję przy wychodzeniu z łuku, tak oddają energię. Choć to banie się mija po kilku zjazdach. Więc jeszcze raz i jeszcze. Aklimatyzujemy się. Siedzimy w knajpie, coś jemy, opalamy się i tak w ogóle to leniuchujemy. Parę osób tu już było, więc korzystamy z ich znajomości terenu i zwiedzamy. Do Alleghe nie można zjechać, braki śniegu na trasie. Przemieszczany się w kierunku Zoldo. Bardzo urokliwa okolica, ludzi niewiele. Już przy końcu rejonu Civetty znajdujemy fajne trasy, wzdłuż wyciągu 39, 35 i 37, czerwona, oświetlana trasa wzdłuż gondoli 31 też fajna, ale zrobiło się już ciepło, śnieg miękki i jest to rozgarnianie bryi.

Wieczorem zaczął padać śnieg. Przy kolacji najbliżej siedzący sąsiedzi z uznaniem komentują moją wczorajszą prognozę pogody. Słyszę, jak Robert z poważną miną mówi; “… tak, to Kaziu, meteorolog…” Zostałem Kaziem.

.

Poniedziałek, 19 marca. I kto powiedział, że trzeba jeździć na Selle na początku marca? Już któryś raz okazuje się, że po połowie marca są znaczne opady śniegu i robi się prawdziwa zima. Sypie jak diabli. Ktoś przy śniadaniu proponuje, żeby jechać do Zoldo, podobno to tylko kilka kilometrów. Jedziemy. Faktycznie, to tylko kilka kilometrów, ale w pionie. Miedzy St. Fosca i Zoldo jest przełęcz o wysokości ponad dwa tysiące metrów. Po pół godzinie jesteśmy w Zoldo. ( 46.391138,12.100257 )

Gdzieś na Selli...  foto by BG

Gdzieś na Selli… foto by BG

Zostawiamy samochody na parkingu przy gondoli 31. Powtarzamy te same trasy co w dniu poprzednim. Tu nie ma zbyt wielu alternatyw. Dodatkowo jeszcze czerwona przy wyciągu 21, fajna. Sypie coraz bardziej. Koło czternastej z uwagi na duże opady wyłączają większość wyciągów! Wracamy do samochodów, które tymczasem zamieniły się w bałwany. Ponieważ jest jeszcze wcześnie, postanawiamy wpaść do sklepu sportowego. Są trzy. Jazda po wsi nie nastręcza problemów, pługi jeżdżą bez przerwy. Kobiety kupują kaski, rękawiczki… Koło siedemnastej postanawiamy wracać. Na pierwszym zakręcie za wsią, samochód naszych przyjaciół odmawia dalszej jazdy. Okazuje się, że pługi jeżdżą tylko do końca wsi i zawracają. No cóż, jest sporo śniegu, a to bardzo, bardzo szybki samochód. Nawet bardzo, bardzo, bardzo szybki i na dodatek z tylnym napędem. Oczywiście kolega wziął łańcuchy od tego, który się był, zepsuł, ale tamten ma zupełnie inne, mniejsze koła. Po półgodzinnych próbach nałożenia mniejszych łańcuchów na większe koła i dialogach (a właściwie monologach Roberta) jak z filmu „Psy 6″, wracamy do wsi, na parking. Śnieg sypie w tempie jednego centymetra na jedną minutę. Jedziemy moim samochodem na stację benzynową po łańcuchy. Ja w ogóle nie mam łańcuchów, ale mam 4×4. Jest stacja…

-Ich kaufen Schneeketten für das Rad 17x220R65 möchten
– ?
– für BMW
– ah jaa, für BMW! Ich haben Ketten für BMW, du sind schon der Vierte heute
für die Ketten für BMW…

Łańcuchy są, ładne, dwa razy tańsze jak w Polsce, a jakże. Grubo po osiemnastej łańcuchy są na kołach, ruszamy. A kolacja o dziewiętnastej. Po ponad półgodzinnej jeździe, tuż przed dziewiętnastą jesteśmy w naszym pensjonacie. Uff. Podczas kolacji jestem zasypywany pytaniami: kiedy przestanie sypać, ile śniegu jeszcze spadnie… Odpowiadam, że jutro o ósmej już nie będzie padać, a słońce wyjdzie między trzynastą a czternastą…

.

Wtorek, 20 marca. Po siódmej śnieg przestał sypać. Sąsiedzi przy śniadaniu patrzą na mnie jak na szamana. Może boją się, żebym nie rzucił na nich uroku, czy co… A to tylko technika – internet w telefonie komórkowym, połączenie kosztuje majątek, ale wrażenia, niezapomniane, za resztę można zapłacić kartą…

Cherz

Cherz

Jedziemy do Malgi Ciapelli, ale tam napadało tyle śniegu, że wyciągi nie działają. Więc do Arabby. Odwiedzamy stare kąty. Colfosco, Corvara. Koło czternastej wychodzi słońce…

widok z Sass Pordoi na szosę z Passo Pordoi i Belveder, foto by BG

widok z Sass Pordoi na szosę z Passo Pordoi i Belveder, foto by BG

Postanawiamy więc w końcu wjechać na Sass Pordoi (2950 m n.p.m.) (powyżej widok z Saas Pordoi na rejon Belveder. Drogą, którą widać na zdjęciu, jechaliśmy kiedyś samochodami, jak zeszła lawina na Passo Fedaia). Narty bierzemy ze sobą, bo boimy się je zostawić na dolnej stacji bez opieki (teraz są już tam zamykane na kluczyk szafki), więc wygląda, że będziemy chcieli wracać na nartach. W kolejce faktycznie jedzie paru gości z nartami i widać, że ci będą zjeżdżać na nartach. Mają dredy, wyglądają niechlujnie, patrzą flegmatycznie na skały pod kolejką…

karmimy ptaszyska, foto by WG

karmimy ptaszyska, foto by WG

Widok z góry jest niesamowity. Faceci z dredami pomknęli na dół. Śniegu mało, ciężko wywnioskować, którędy da się zjechać. My robimy zdjęcia, karmimy wielkie ptaszyska…

.

.

Kraków, lipiec 2013

23
lip
13

-Podróż XXXIII, XXXV Sella Ronda cz. II – Vigo di Fassa, Latemar, Passo San Pelegrino

Podróż  XXXIII, XXXV

Byliśmy w Vigo di Fassa i Pera di Fassa

.

Postanowiliśmy pojechać do Vigo di Fassa, aby pojeździć w rejonach niedostępnych z rejonu Corvary, czyli na Ciampedie, Passo San Pellegrino, Latemarze, Penii itd. Zobacz: http://www.fassa.com/ albo http://www.dolomitinetwork.com/

Ponieważ Vigo di Fassa leży po “drugiej” stronie Sella Rondy, pojechaliśmy, jak zwykle ostatnio: A4, potem A1 i już w Czechach D1, na Brno, a potem na Wiedeń ( więcej informacji o przejeździe przez A1, winietkach, stacjach benzynowych, na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ ). Jak zwykle też, zatrzymaliśmy się w Oed ( 48.11719,14.73235 ) aby zatankować tańsze paliwo, mam na myśli, rzecz jasna olej napędowy, benzynę należy tankować raczej  jeszcze w Czechach. Potem przez Brenner i na wysokości Bolzano na drogę S241. Pierwsze kilometry tej drogi, utwierdziły nas w przekonaniu, że to właśnie tu kręcono Władcę Pierścieni, a nie jak podawano, gdzieś na antypodach. Droga posadowiona na słupach, wije się serpentynami, pomiędzy pionowymi ścianami skalnego wąwozu, pod drogą huczy potok, a że jest wczesna wiosna i w górach topnieją śniegi, potok niesie ogromne masy wód, które na zakolach wytryskują na skalne ściany, drogę i jadące samochody. Widoki zapierające dech w piersiach.

Raz mieszkaliśmy w Vigo, a raz obok, w Pera. W Pera polecam http://www.residenceholiday.net/ Niedrogi, ładny, dobrze położony, blisko głównej drogi, ale cicho, jest sauna i małe bulgoty, do wyciągu na Ciampedie jakieś 50 m, przed domem duży parking, co we Włoszech nie zawsze jest takie oczywiste. Powyższa mapa pokazuje drogę właśnie to tego apartamentu.

Nie polecam natomiast http://www.laroggia.com/en/index.htm Nietanio, przy samej głównej drodze, tak że ciężko zasnąć przy otwartym oknie, łazienki jak w hotelach Formuła1, kłopoty z ciepłą wodą, kłopoty z ogrzewaniem, kłopoty z internetem, ciasne pokoje, za kiepską pościel trzeba dopłacać. Tyle że też blisko do wyciągu i jest parking.

.

Niedziela, 30 stycznia. Jedziemy na Latemar.

http://www.obereggen.com  

http://www.visitfiemme.it

http://www.dolomitisuperski.com/obereggen/en-US/4312-ObereggenEN.html

Z Vigo czy Pery najlepiej jechać do Predazzo, to zaledwie 16 km i 20 min jazdy

( 46.327891,11.600511 ).

Łatwo tam trafić, gdyż już z daleka widać skocznie narciarskie. Nie są one, co prawda, tak okazałe, jak nasza Wielka Krokiew w Zakopanem, ale są niemniej słynne i na tyle duże, że nie można ich przegapić.

Dolna stacja gondoli na Alpine Coaster znajduje się pomiędzy skoczniami a dużym parkingiem. Trzeba pamiętać, że wzdłuż tej gondoli nie ma nartostrady i musimy tą gondolą wrócić. W czasie naszego pobytu, gondola kursowała do 17:15.

mapka 8 Latemar

mapka 8 Latemar

Pogoda rano przepiękna. Słońce, lekki mrozik. Z górnej stacji gondoli niewiele widać. Wjeżdżamy więc kolejnym krzesłem na Passo Feudo. Na zachodzie jakieś pasma chmur, ale nad nami świeci piękne słońce. Na północnym-wschodzie szczyty Gruppo dell Latemar, wzdłuż którego wybudowano większość wyciągów pomiędzy Pampeago a Obereggen. Powyżej, mapka tras narciarskich, jakiej (śmiem twierdzić) nie znajdziecie w internecie, a nawet nie dostaniecie, będąc już na miejscu, gdyż jest to tzw. graniówka z numerami zarówno wyciągów, jak i nartostrad. Sam ją robiłem.

Gdzieś na Latemarze

Gdzieś na Latemarze

Dla rozgrzewki z powrotem do gondoli, czerwoną 35. Pięknie. Szybka trasa.

Potem przemieszczamy się dalej, do dolinek o pięknych nazwach Angello i Caserina.

Bardzo fajne miejsce. Same czerwone trasy wzdłuż krzeseł 15 i 16, krzyżują się i rozchodzą, tworząc jeden wielki stok, po którym można jeździć jak kto chce. Niestety trasy mają orientację na północ, więc panuje tutaj dość głęboki cień.

Pala di Santa, 2500 m n.p.m.

Pala di Santa, 2500 m n.p.m.

Bardzo dobry zjazd jest z Pala di Santa. Trasa 20a wzdłuż orczyka 18, bardzo przyjemna a zjazd czarną trasą 20 wzdłuż krzesła 27 to prawdziwe wyzwanie. W trudnych warunkach śniegowych raczej tylko dla dobrych narciarzy, gdyż nachylenie stoku jest bardzo duże, wręcz ekstremalne, no może przesadzam…

przytulna knajpka

przytulna knajpka

Na szczęście jest objazd nibyczarną trasą 21, więc jak nawet niewprawny narciarz się tu zapędzi, to jakoś przeżyje. Taki zjazd od górnej stacji orczyka 18, trasami 20a, 20, 20b, 9 i 7, poprowadzonymi najpierw odsłoniętym stokiem, a następnie wśród gęstego lasu, nad małymi stawami, czy też zbiornikami wody do naśnieżania, aż do dolnej stacji krzesła 21, to piękna, wielokilometrowa przejażdżka o przewyższeniu 690 m. To już coś.

W samym Obereggen też jest gdzie pojeździć. Trasy 2, 2a i 2b są o północno-zachodniej orientacji, więc cały dzień w słońcu. Bardzo przyjemna, choć w cieniu, trasa 3 wzdłuż gondoli 22.

Co kawałek są przyjemne knajpki, jednakże czuje się tu pewną „prowincjonalność” – wybór potraw jest mniejszy niż w centrum Selli, knajpki też mniejsze, słońce świeci tu jakby leniwiej, ale przyjemnie.

Z górnej stacji gondoli 22 do centrum Obereggen, poprowadzony jest wspaniały tor saneczkowy.

tor saneczkowy w Obereggen

tor saneczkowy w Obereggen

Tor jest oświetlony i można tam jeździć zarówno w dzień, jak i wieczorami. Fajne urozmaicenie i uzupełnienie nart. Zwłaszcza jak ktoś mieszka w pobliżu i może pojeździć właśnie wieczorem.

Na koniec dnia zjeżdżamy niebieską, widokową 27 do dolnej stacji powrotnego krzesła 32 i potem do transportowej gondoli ( 30 ) czarną 38-mką. Kawał góry. Pusto.

Bardzo przyjemne miejsce ten Latemar, warto tu przyjechać na jeden dzień. A może nawet na dwa.

W drodze powrotnej warto przed Moeną, jeszcze przed tunelami, na rondzie zjechać pierwszym zjazdem w prawo, tak aby pod wiaduktem przejechać na lewo od drogi, gdzie jest EUROSPIN ( N 46.36944° E 11.65083° ) – dyskont spożywczy, w którym Brunello di Montalcino ze znakomitego 2004 roku, można było kupić za 14,99 euro (fakt, że nie Reserva, ale mimo to wyborne, warte tych pieniędzy) a Proseco za 2,49 euro, Grappę Chardonnay 0,7 l za 5,70 euro. Cóż więcej można dodać… A, może jeszcze, że kawę ziarnistą o nieznanej nazwie za 3,99 euro za 1 kg. W pobliżu sklepu jest stacja benzynowa ESSO z najtańszym w okolicy paliwem… Tylko, że tak naprawdę lepiej tam jechać w dzień powszedni, bo w niedzielę to ten Eurospin jest dość krótko otwarty.

.

Poniedziałek, 14 marca. Znowu marzec. Jak dobrze, nie ma to jak Sella w marcu.

Rano pod samochodem zauważyłem czerwoną plamę. Czerwony to wspomaganie kierownicy. Powinno “dotrzymać” do powrotu do Polski, tylko muszę kupić flaszkę takiego płynu. Obok był warsztat samochodowy. Podjechałem. Właściciel spytał: naprawić czy dolać? Odpowiedziałem; dolać.

http://www.dolomitisuperski.com/valfassa/en-US/3658-Val_di_FassaEN.html

Jeździmy na Ciampedie.  ( 46.421233,11.671788 ) Czarna trasa wzdłuż krzesła 223 z Pramartia, niczego sobie. Czerwona też niezła. Twarda, szybka. Większość tras tutaj leży w sosnowym lesie, jest zacisznie, ciepło, jak to we Włoszech w marcu.

mapka 9 Vigo di Fassa

mapka 9 Vigo di Fassa

Po kilku zjazdach przemieszczamy się w kierunku Rualp, spokojną, leniwie wijącą się nartostradą wzdłuż wyciągów 218 i 217. Wsiadamy do skibusa, który zawozi nas do dolnej stacji gondoli na Buffaure. Stąd kolejnym krzesłem 206 wjeżdżamy na 2354 m n.p.m. by znowu kolejnym długim krzesłem wjechać na przełęcz Sella Brunech (2428 m n.p.m.). To już w zasadzie Ciampac.

Gdzieś pod Ciapakiem

Gdzieś pod Ciapakiem

Zjeżdżamy czerwoną, wzdłuż krzesła 132 i dalej czarną aż do Penii.. Ta czarna trasa wzdłuż kolejki linowej, to naprawdę kawał góry. Twardo, miejscami bardzo twardo, szybka trasa, tylko dość dużo ludzi. Słabo sobie dają rade na tej szybkiej, zlodzonej trasce. Jest tutaj raczej wąsko i trzeba uważać.

Małe “conieco” w knajpce na Ciampac-u i w drogę powrotną. Zjeżdżamy z Buffaure w dół do Pozza di Fassa czerwoną, a w końcówce niebieską nartostradą. Właściwie to ona cała jest niebieska, wije się wśród lasów i jazda nią w ciepłe marcowe popołudnie, to naprawdę duża przyjemność. Jest czas, żeby powdychać pachnące żywicą i sosnowym igliwiem powietrze, porozglądać się, nacieszyć oczy słońcem, śniegiem i zielonymi drzewami. Potem znowu transport do dolnej stacji krzesła 217, tym razem jest to jakiś traktor z doczepionymi wagonikami i wszystko stylizowane na pociąg. Znowu jesteśmy na Ciampedie. Do zamknięcia wyciągów czarna i czerwona z Pramartia, potem czerwoną w dół do dolnej stacji funiwy, gdzie czeka samochód. Chyba trzyma to wspomaganie, bo jakoś żadnych wycieków nie widać.

.

Wtorek, 15 marca. Pod samochodem wielka kałuża. Dolewam resztkę płynu, jaki miałem w butelce i pokornie udaje się do warsztatu obok. Tym razem mówię “naprawić”, niestety samochód będzie gotowy na popołudnie. Więc, gdy wszyscy wybierają się zwiedzać Predazzo (na szczęście w Predazzo i na Latemarze byliśmy też innym razem, co opisałem powyżej) my dalej ćwiczymy czarną na Ciampedie, bo to „za rogiem” i można obyć się bez auta. Wieczorem odbieram samochód. Zrobiony. Trzeba było wymienić gumowy przewód, wężyk wygląda jak przecięty szlifierką kątową. Mam wrażenie, że przy ostatnim przeglądzie w Krakowie, ktoś uszkodził ten przewód, nie będę tu podawał, który to był serwis, trzeba być litościwym, ale winowajca zapewne przeczyta ten tekst wcześniej czy później, też zdarza mu się jeździć na nartach. Ale jak sobie przypomnę, jakimi serpentynami jechałem w sobotę, po ciemku, z dziećmi, jak by wtedy ten wąż strzelił…

Dla poprawy nastrojów, wieczorem jedziemy do Pozza di Fassa, bo tam jest oświetlona trasa wzdłuż krzesła 205. Trasa jest dobrze oświetlona, podczas naszego pobytu była twarda i szybka, a jak wiadomo, w nocy jeździ się znacznie szybciej niż za dnia, więc jeździliśmy tak szybko, że chyba szybciej już nie można było.

.

Środa, 16 marca. Po gruntownym poznaniu Ciampedie, bardzo ucieszył nas wyjazd na Passo San Pellegrino. ( 46.377535,11.802084 )

Zobacz http://www.dolomitisuperski.com/trevalli/home.athx?ccode=it-IT

albo: http://www.visittrentino.it/pl/vacanze_a_tema/neve/ski_area/dett/ski-area-passo-san-pellegrino-falcade

Trzeba było pojechać do Moeny i tam, za pierwszym tunelem skręcić w lewo, to znaczy na rondzie w prawo i kluczką na lewo do góry, najlepiej patrzeć na znaki. Co kawałek jest drogowskaz. Dawniej nie było tunelu i trzeba było jechać przez centrum Moeny. Po drodze minęliśmy dolną stację gondoli na Alpe Lusia, ale my chcemy na passo.

mapka 10 - Passo San Pellegrino

mapka 10 – Passo San Pellegrino

Passo San Pellegrino leży na wysokości 1918 m n.p.m. Jest tu ciepło, wręcz gorąco. Wjeżdżamy funiwą na Col Margherita ( 2530 m) i póki jeszcze jest w miarę twardo, dajemy parę razy w dół. To chyba najlepsza trasa w tym rejonie. Jest nawet kawałek czarnej i to naprawdę jest czarna. Równo, dość twardo, no świetnie.

Na dolnej stacji kolejki na Col Margherite

Na dolnej stacji kolejki na Col Margherite

Trasy na lewo od drogi, na kierunek Uomo, są niby czerwone, ale tak naprawdę niebieskie i zielone, ponadto leżą na południowych stokach, więc jest koszmarnie miękko. Choć, trzeba przyznać, że jak byłem tu innym razem w styczniu, to trasy były twarde, choć znów trochę może zbyt twarde.

Tak naprawdę to wyśmienite rejony dla młodych matek z dziećmi. Ciepło, łagodnie, bezpiecznie.

Znowu wjeżdżamy na Col Margherite i zjeżdżamy aż do Falcade.

widok z Passo Valles na Mt. Civetta

widok z Passo Valles na Mt. Civetta

Wspaniały, wielokilometrowy zjazd łagodnymi nartostradami przez sosnowe lasy. Ach te zapachy! Niestety czasami trzeba się odpychać kijami, ale to dlatego, że Janusz, który prowadził, coś sobie pomylił i wybrał okrężną niebieską. Miejscami brakuje śniegu, trzeba przejść parę metrów. No cóż, zwiedzamy. Siedzimy w knajpce i zarazem hotelu na Passo Valles. Zobacz  http://www.passovalles.com/  Dobre jedzonko, miła atmosfera i widok jak na zdjęciu powyżej. To Civetta, a te trasy widoczne w lewym, dolnym rogu to zjazd do Alleghe.

Dawniej było tu więcej tras i był jeszcze jeden orczyk z parkingu pod hotelem Sussy do górnej stacji krzesła 407, no ale zlikwidowali… Wracamy na M. Pradazzo. I znów w dół, tym razem czerwonymi i czarnymi (no może nawet mogą uchodzić za czarne) do Falcade. Trasy z widokiem na pionowe ściany, chyba Gruppo Delle Pale. Widoki fantastyczne, zapachy też i to wszystko, jazdy raczej nie ma. Chyba jednak ten zjazd niebieskimi trasami przez Passo Valles przyjemniejszy, taki niespieszny… Następnym razem, jeśli tu znów przyjedziemy to, skupimy się na zjeździe z Col Margherity i do Falcade, reszta to badziewie.

Niestety rejon San Pellegrino nie ma połączenia z Alpe Lusia i jeśli chce się tam pojeździć to trzeba w Ronchi wsiąść do gondoli a potem na Valbonie (1820 m) przesiąść się do kolejki linowej na Piavac (2272 m n.p.m.). Warto zjechać ponownie do Ronchi. Trasa czerwona a potem czarna, no może ciemnoczerwona, ale fajna. Natomiast trasy na kierunek Bellamonte są bardzo niebieskie, wręcz zielonkawe, ale dla młodych matek, całkiem, całkiem.

.

Czwartek, 17 marca. Postanawiamy pojechać na Marmoladę. Zobacz: http://www.dolomitisuperski.com/marmolada/en-US/3985-MarmoladaEN.html

Na Marmoladzie byliśmy już wielokrotnie, ale być w Rzymie i papieża nie widzieć… Jedziemy samochodami do Canazei, a stamtąd na Passo Fedaia.

( 46.453736,11.888273 )  Jakieś 30 do 40 minut jazdy. Zostawiamy samochody na parkingu i już na nartach zjeżdżamy do Malgi Ciapela. Cały dzień jeździliśmy na Marmoladzie ( wtedy, był czynny zarówno orczyk, jak i krzesło z Passo Fedaia- przyp. autora ).

lawina poniżej Passo Fedaia

lawina poniżej Passo Fedaia

Ale prawdziwa przygoda spotkała nas w drodze powrotnej. Ruszamy z parkingu i po kilkuset metrach jazdy okazuje się, że zeszła lawina i zasypała drogę (zdjęcie wyżej). Kupa śniegu nie jest duża, ale piętrzy się na jakieś dwa, może trzy metry w górę i na całą szerokość drogi. Stoimy tak i czekamy, może zaraz przywiozą helikopterami pługi i otworzą przejazd. Droga wżyna się tu w dość stromy stok po prawej (Prati Padon), po lewej jezioro Lago di Fedaia. Nagle na samochód stojący kilkanaście metrów przed nami schodzi kolejna lawinka, urywa mu prawe lusterko a wyjść z samochodu można tylko przez lewe drzwi. Fajnie. Wycofuje samochód w bardziej bezpieczne miejsce. Ale tu nie ma naprawdę bezpiecznego miejsca. Ludzie wysiadają z samochodów, ktoś gdzieś dzwoni, może zgłaszają służbom drogowym. Chyba jednak nie liczą, że przyjadą pługi, bo wszyscy, czym kto ma, zaczynają rozgrzebywać górę śniegu. Problem dla nas polega na tym, że tą drogą mamy pół godziny do domu, każdą inną kilka godzin i to po niesamowitych serpentynach. Zabieramy się do roboty, nawet to jakoś idzie. I gdy wydawało się już, że za 20 minut przekopiemy przejazd, a terenówki przejdą pierwsze, torując drogę dla reszty, nadleciał helikopter. Niestety nie przywiózł pługów. Zawisł tylko nad lawiniskiem na wysokości może metra, może dwóch, po czym wyskoczyło z niego kilka osób z psem i długimi sondami. Kazali się wszystkim cofnąć i zaczęli sprawdzać, czy w środku nie ma samochodu albo ludzi.

Akcja na Passo Fedaia

Akcja na Passo Fedaia

Faktycznie, kupa śniegu była na tyle duża, że spokojnie mogła zasypać samochód. Potem przyjechała policja i powiedzieli, że droga będzie zamknięta i tyle. No cóż, chcąc nie chcąc musieliśmy pojechać dookoła. Wówczas miałem najlepszy wzrok, więc dostałem najlepszą mapę okolicy (była to jeszcze epoka przed GPS’owa, a może raczej mapy GPS-owe nie były jeszcze wystarczająco dokładne), jaką mieliśmy i pojechałem jako pierwszy. Trasa wiodła z Passo Fedaia przez Malge Ciapella, Rocca Pietore, Arabbe i wzdłuż wyciągów narciarskich na Passo Pordoi, Pecol, na Przełęcz Białego Wilka i do Canazei. Już od patrzenia na mapę może zrobić się niedobrze. Jechaliśmy chyba ze dwie godziny albo lepiej. Góra, dół, w lewo, w prawo, w dół w lewo. Rollercaster. Po drodze zgubił się Michał, zniknął gdzieś, nawet nie zadzwonił, potem się okazało, że złapał gumę i skręcił do Caprile szukać warsztatu. No cóż jakieś ofiary muszą być.

.

Piątek, 18 marca. Jedziemy samochodami do Canazei, a stamtąd na Passo Luppo Bianco, czyli przełęcz Białego Wilka. ( 46.491435,11.781968 ) Wjazd jest kręty, ale krótki, a tam jest parking, do którego potem łatwo dojechać na nartach. To zaledwie 15 km i nieco ponad 15 minut jazdy. Oczywiście, można na Col Rodellę (2414 m) wjechać kolejką linową z Campitello, ale potem trzeba by tą samą kolejką zjechać na dół, gdyż do Campitello nie ma nartostrady. Ponadto rano do tej kolejki zazwyczaj czeka dziki tłum narciarzy, tak że i ponad godzinę potrzeba na wejście do wagonika.

Wsiadamy do gondoli na Col Rodelle, by przez Plan de Gralba oraz Piz Sella, dostać się na Ciampinoi i w dół Saslongiem do St. Cristiny. Spieszymy się, bo dzisiaj chcemy pojeździć w rejonie Secedy.

mapka 11 - Col Rodella, Mont de Seura, Monte Pana, Seceda

mapka 11 – Col Rodella, Mont de Seura, Monte Pana, Seceda

Kiedyś dostęp do Secedy był trudny, bo z dolnej stacji Saslongu trzeba było skibusem przejechać do dolnej stacji gondoli na Secedę. Skibusy, jak to skibusy we Włoszech, odjeżdżały lub nie, jechały długo i często stawały, podróż trwała długo, potem trzeba było jeszcze wrócić i wszystkimi wyciągami dostać się do samochodu. Tak że trzeba było mieszkać w St. Cristinie lub okolicy, żeby bez stresu zaliczyć Secedę.

Zobacz: http://www.dolomitisuperski.com/gardena/en-US/3440-Val_GardenaEN.html

Teraz jest lepiej. Wybudowana została piękna, podziemna kolej, która łączy te dwa tereny narciarskie, a czas przejazdu wynosi zaledwie kilka minut. Bomba. Po wyjechaniu gondolą 14, pozwalamy sobie na zjazd czarną trasą wzdłuż krzesła 12. Piękna trasa. Niezbyt długa, ale poprowadzona wzdłuż linii spadku stoku, stroma, szeroka. Trzeba na niej pojeździć rano, gdyż potem marcowe słońce ją zmiękczy, a późnym popołudniem, gdy słońce skryje się za drzewami pobliskiego lasu, mróz zetnie rozjeżdżony śnieg w kalafiory i inne lodowe formy i raczej przyjemności z jazdy nie będzie. Na górnej stacji gondoli znajduje się duża, samoobsługowa restauracja z dość przyzwoitymi cenami. Z tarasu widać jak na dłoni górny odcinek Saslongu, Ciampinoi, Sassolungo.

Widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Choć ja polecałbym pizzerie Fermeda, znajdującą się trochę powyżej dolnej stacji krzesła 8. Można tam za kilkanaście euro dostać dużą i dobrą pizzę, którą najedzą się spokojnie dwie osoby. A jak ktoś zapragnąłby trochę luksusu, wyszukanych potraw i smacznych win, to zapraszam do restauracji Sofie. Patrz: http://seceda.com/

Wjeżdżamy wiec krzesłem 8 na Secedę (2518 m n.p.m.). Tam trochę zjeżdżamy po czarnej trasie wzdłuż krzesła 81 i po czerwonej wzdłuż krzesła 8. Przyjemnie.

Naszym celem jest jednak wielokilometrowy zjazd do St. Urlich (Ortisei). Jedziemy. No faktycznie chyba z dziesięć km. Pięknie. Na górze świszcze wiatr i jest dość chłodno, ale po kilku chwilach zjeżdżamy w dolinę, gdzie jest cicho i ciepło.

Restauracja Val d'Anna

Restauracja Val d’Anna

Po drodze mijamy restauracje Val d’Anna, przed którą siedzi chyba ze dwieście osób, w strojach raczej plażowych niż narciarskich, no ale my nie mieszkamy tutaj i jeszcze musimy wrócić, a na to trzeba czasu. Zjeżdżamy do Ortisei i wsiadamy do gondoli. Teoretycznie można by było, dla urozmaicenia, przejść (to jakieś 3 min spacerem), albo podjechać skibusem, do dolnej stacji terenowej kolejki wjeżdżającej na Resciese, ale zajmuje to dość dużo czasu, a i zjazd do Furnes czerwoną trasą nie jest aż tego wart. (więcej o Resciesie, Secedzie, lodospadach i wąwozach w opowiadaniu o wyjeździe do Val Gardeny) potem następna kolejka linowa i jesteśmy na Secedzie. No, piękny był to zjazd, głównie wśród lasów, dolinami, można wybrać się z dziećmi, nawet małymi. Jadąc, mijaliśmy zamarznięte wodospady, wiszące na pionowych ścianach krętych wąwozów, wjeżdżaliśmy na małe polanki, trasa rozdwajała się i łączyła. Warto tu przyjechać.

Gruppo del Sella, widziana z Passo Lupo Bianco

Gruppo del Sella, widziana z okolic Piz Sella

Zjeżdżamy do podziemnej kolejki. Potem w odwrotnej kolejności, poruszamy się za zielonymi strzałkami, czyli robimy odcinek Sellarondy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; Ciampinoi, Plan de Gralba, Rodella.. Właśnie tam polecam stojącą na uboczu knajpkę i zarazem hotel Friedrich August. Patrz  http://www.friedrichaugust.com/   oraz inne recenzje i opinie.

Friedrich August

Friedrich August

Jest ona położona pomiędzy Col Rodellą a górną stacją krzesła 155 i z obu tych miejsc można dojechać do niej. Cicha, przyjemna, wieczorami tam ładnie grają. Można tam posiedzieć dłużej, bo mały orczyk, którym należy wydostać się na nartostradę wiodącą na Passo Białego Wilka (działa do 17:00 – czasem 17:10), nie jest niezbędny, można odepchnąć się kilka razy „z łyżwy” i minąwszy niedawno postawionego, olbrzymiego, drewnianego Jaka, dojechać też do nartostrady.

wieczorem w Friedrich August

wieczorem w Friedrich August

Zjazd, gdy jest już pusto i cicho, gdy powoli zapada zmierzch, zaczyna prószyć drobny śnieg i robi się bajkowo, jest bardzo przyjemny. Bardzo lubię taką jazdę pustymi nartostradami, ale trzeba uważać i znać teren, bo jak się źle skręci, to można wyjechać w sąsiedniej wsi, albo zjechać do dolnej stacji, nieczynnego już od pół godziny wyciągu i wówczas można nocować w zaspie. Na szczęście, nartostrada na Przełęcz Białego Wilka jest prosta i trudno się zgubić. Tylko tuż przed parkingami, nartostrada się rozwidla, gdyż jej prawa odnoga prowadzi do Canazei. Ale z tego rozwidlenia widać już parking, więc trudno o pomyłkę.

stoki na Monte Pana

stoki na Monte Pana

Będąc w St. Cristinie i mając trochę czasu, koniecznie trzeba wjechać krzesłem nr 15 na Monte Pana a stamtąd krzesłem 23 na Mont de Seura (2117 m n.p.m.). Czarna trasa wzdłuż tego krzesła jest wyśmienita, a czerwona jeszcze lepsza, a ponadto wyciąg ten leży poza głównym kołem Sella Rondy i jest tu pusto. Kto tu nie był, niech żałuje. Z Monte Pana, a raczej z Mt. Seura można wrócić wsiadając na wyciąg 21, jadący na przełęcz poniżej Piz Sella, skąd można zjechać np. na Plan de Gralba. Można też oczywiście z tej przełęczy dojechać do Monte Pana piękną, czerwoną (tak naprawdę raczej niebieską) nartostradą. Mało kto wie, że z Monte Pana można przejechać do Saslongu. Istnieje taka raczej turowa trasa, czy może ścieżka, ale można nią przejechać na nartach zjazdowych. Jadąc w dół, do dolnej stacji krzesła 23, należy wybrać najbardziej na „prawo” biegnącą nartostradę i skręcić w prawo zaraz po wyjechaniu z lasu (jest tam zresztą mały drogowskaz z napisem „Saslong”). Na mapce, zaznaczona jest ona czerwonymi kropkami, jako właśnie ścieżka. Czasami może się przydać. O Monte Pana więcej w opowiadaniu o Val Gardenie.

.

Kraków, lipiec 2013

.

widok  z Canazei na Belvedere

widok z Canazei na Belvedere

.

Latemar

Latemar

.

zjazd z Secedy do Ortisei

zjazd z Secedy do Ortisei

.

.

21
lip
13

-Podróż XXV, XXIX, Sella Ronda cz. I – Alta Badia, Sella Ronda, Cortina d’Ampezzo i Kronplatz

Podróż XXV, XXIX

Byliśmy na Selli Rondzie, Cortinie d’Ampezzo i Kronplatz’u

.

Sobota, 12 marca. Jedziemy na Sella Rondę. Tym razem mamy mieszkać w La Villi.

Na Selli, we włoskich Dolomitach byliśmy już tak wiele razy, że po prostu wsiadamy w samochód i jedziemy, choć jest to około 1050 km. Ponieważ zwykle jeździmy tam w marcu, kiedy to już zdąży napadać wystarczająco dużo śniegu, aby było mięciutko, miejsce to kojarzy się nam z ciepłym, słonecznym, przesączonym zapachem igliwia, wiosennym dniem w dolinach, z twardym śniegiem i mrozem na szczycie Marmolady, z zapierającym dech w piersiach widokiem ośnieżonych po nocnych opadach, szczytów Gruppo del Sella, jaki można oglądać rano z rejonu Colfosco, kiedy to widać welony świeżego, zmrożonego śniegu zwiewane ze skalistych grani i ciągnące się setkami metrów w powietrzu. Ale Sella Ronda, to przede wszystkim możliwość objechania Gruppo del Sella dookoła, tak że w ciągu jednego dnia można nigdy nie jechać dwa razy tą sama trasą czy wyciągiem, a mimo to wrócić w miejsce, z którego się wyruszyło.

La Villa

La Villa

Żeby pojeździć na Sella Rondzie, można mieszkać w jednej z wielu miejscowości położonych koliście, wokoło Gruppo del Sella. Można mieszkać w Canazei, Campitello di Fassa, Pozza di Fassa, Pera lub Vigo di Fassa, Selvie czy Santa Cristina albo Ortisei, w Arabbie, Corvarze czy też w Colfosco. Każda z tych miejscowości ma swoje wady i zalety, każda ma też swoich zwolenników. Na poniższej mapce zaznaczone są te miejscowości, a także ważniejsze wyciągi narciarskie we wszystkich tych miejscach, które są opisywane zarówno tutaj, jak i w kolejnych częściach opowiadania o Selli Rondzie.

.

Moim zdaniem najlepszy dostęp do terenów narciarskich położonych wokół Gruppo del Sella jest z miejscowości położonych w tzw. regionie Alta Badia, czyli z Colfosco, Corvary lub Arabby (choć sama Arabba nie należy już do tego regionu). Apartamenty w tych miejscowościach są jednak drogie, więc najczęściej mieszkaliśmy w La Villi (patrz zdjęcie wyżej) kilka kilometrów od Corvary, albo w Badia (patrz zdjęcie poniżej)

Badia koło La Villi. Foto by WG

Badia koło La Villi. Foto by WG

Mieszkanie tutaj, daje największe możliwości wyboru, gdzie w danym dniu będziemy jeździć. Stąd jest blisko i na samą Sella Rondę, jak i do Cortiny i na Kronplatz i na Marmoladę, choć zapewne Valgardena jest bardziej urokliwa, a okolice Vigo di Fassa trochę tańsze.

Na miejsce można jechać na kilka sposobów. Dawniej jeździliśmy zwykle przez Cieszyn i to drogą nr 81 przez Mikołów i Żory, a potem 938. Inne praktycznie wówczas nie istniały. Dalej też nie było lepiej. Na pograniczu austriacko-czeskim trzeba było jeździć wąskimi drogami przez tamtejsze wsie i miasteczka, że o kolejkach na granicach nie wspomnę. Obecnie jeździmy przez Gliwice nową autostradą A1, która łączy się z autostradą D1 po czeskiej stronie ( więcej o kupowaniu winietek, przejeździe przez Czechy i stacjach benzynowych na: http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ ). Pozwala to skrócić czas przejazdu o prawie godzinę w porównaniu z jazdą przez Cieszyn.

Na wysokości miejscowości Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem jest Oldtimer, a w zasadzie Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami za paliwo, niż na całej autostradzie. Cena za diesla jest na tej stacji porównywalna z ceną tegoż, w Polsce. Benzyna też na tej stacji jest tańsza, niż na innych stacjach przy autostradzie, ale droższa niż w Czechach, więc tym, co jeżdżą na benzynie, polecam jedną z kilku stacji na wyjeździe z Brna. Dodatkową atrakcją stacji w Oed jest to, że można na niej zjeść smacznego hamburgera, jeśli hamburgery mogą w ogóle być smaczne, ale te hamburgery, jak na hamburgery, to na tej stacji faktycznie są smaczne. Nie polecam za to kupowania innych dań w restauracji. Są, mówiąc oględnie, kiepskie. Potem należy jechać na Salzburg, Insbruck, aby po przejechaniu przez przełęcz Brenner skręcić na drogę 49 (E66) do Brunico, gdzie należy skręcić w prawo na drogę 244, którą dojedziemy już do samej La Villi. Za przejazd przez Brenner i włoskie autostrady płaci się na bramkach. W zależności czy jedziemy w okolice La Villi, czy do Valgardeny, czy też do Vigo di Fassa, za autostrady zapłacimy od około dwóch do sześciu euro, oraz ekstra za przejazd przez Brenner – osiem i pół euro. Ostatnio ceny paliw we Włoszech są znacznie wyższe niż w Austrii, więc opłaca się zatankować gdzieś w okolicach Insbrucka, nawet przy autostradzie. Różnice w cenie oleju napędowego mogą dochodzić nawet do ponad dwudziestu eurocentów na litrze.

.

Droga jest prosta, łatwa, w końcowym odcinku biegnie doliną, wzdłuż potoku, tak że jest praktycznie zawsze przejezdna, choć gdy nią jechałem po raz pierwszy, mijanie się na zakrętach z autobusami jadącym z przeciwka było dużym przeżyciem. Obecnie na tym odcinku wybudowano kilka tuneli, tak że droga stała się bezpieczna i wygodna, nawet po dużych opadach śniegu. Jadąc właśnie tędy, przejedziemy niecałe 1070 km.

Można też pojechać tak jak na Wiedeń, ale odbić w lewo na Graz, Villach i Spittal. Patrz mapka:

.

Cały czas należy kierować się na kierunek Saltzburg, a zaraz za Spittalem należy zjechać w lewo na drogę nr 100 (E66), którą dojedziemy do Brunico. Droga od Spittala jest jednopasmowa, ale bardzo malownicza, gdyż prowadzi przez ciche miasteczka i wsie, wzdłuż dolin rzek i raczej nie należy spodziewać się na niej korków, choć średnia prędkość jaką można na niej uzyskać, to około 60 km/h. Ta trasa jest nieco krótsza i wynosi około 1030 km. Ponadto zaoszczędzimy około dwanaście i pół euro na opłatach za włoskie autostrady. A kto ma trochę więcej czasu, to proponuję, żeby skręcił jeszcze przed Brunico w lewo, na drogę 51 do Cortiny d’Ampezzo, skąd drogą 48 dojedzie do Passo Falzarego, gdzie należy skręcić w prawo, na drogę 24/37 do La Villi. Patrz mapka:

.

Z pozoru, droga ta wygląda na krótszą, ale cały czas jedzie się serpentynami i raz wjeżdża na przełęcze, położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m, a raz zjeżdża w doliny, tak że jedzie się znacznie dłużej niż przez Brunico. Za to widoki i zapachy – nie do opisania. Droga jest raczej pusta i wiedzie sosnowymi lasami, wzdłuż szumiących potoków, a z przełęczy otwierają się widoki na ośnieżone Dolomity. Zwłaszcza w słoneczny, marcowy dzień, kiedy to w dolinach jest już ciepło i zielono, warto sobie nią pojechać. Nie polecam natomiast, jazdy drogą SS243 poprzez Passo Gardena, gdyż ta droga jest bardzo kręta, przechodzi przez wysoko położone przełęcze, a na dodatek bywa, że jest zamknięta z uwagi na zagrożenie lawinowe.

gdzieś na Selli,  foto by BG

gdzieś na Selli, foto by BG

.

No właśnie, Dolomity. Te góry są inne niż Tatry, czy Alpy. Wyglądają jak powiększone Góry Stołowe, albo jak grzyby stojące grupami na nogach o tej samej grubości co kapelusze. Niewiarygodnie wyglądają wieczorami, kiedy to na ich obłych kapeluszach widać setki światełek ze znajdujących się tam domów, a przecież pionowe “nogi” sugerują, że dotrzeć tam można tylko wspinając się po linach. No cóż, kiedyś było tu ciepłe, płytkie morze i najpierw woda a potem wiatry i deszcze uformowały te kształty. Dolomity zawdzięczają swoją nazwę francuskiemu mineralogowi Déodat Tancrède Gratet de Dolomieu (1750 – 1801), który w czasie swoich badań geologicznych w tym rejonie, odkrył, że tutejsze skały składają się głównie z podwójnego węglanu wapnia i magnezu, co decyduje o specyfice Dolomitów. Zobacz www.dolomitisuperski.com

W La Villi mieszkaliśmy zwykle w willi Col Cuch (zob: www.colcuch.it ), do której wiedzie kilkusetmetrowa stroma i kręta droga, dzięki czemu jest tam cicho i spokojnie, choć standard nie jest tam zbyt wysoki. Raz mieszkaliśmy tuż przy głównej drodze, w apartamentach Pre da Nai (zob: www.predanai.com ), gdzie mieliśmy do dyspozycji saunę, basenik, prysznice z olejkami eterycznymi etc. etc. Raz, w ładnych i niedrogich Ariadbosch (zob: http://www.ariadbosch.eu ). Warto też zastanowić się nad ofertą http://www.rosra.it/index.php/en  Maja oni niedaleko kościoła w La Villi, domek Ciasa Alfred, który może być dobrą propozycją dla sześcio-, ośmioosobowej rodziny lub grupy znajomych.

Więcej apartamentów, pensjonatów i hoteli, oraz informacji o regionie znajdziemy tutaj: http://www.altabadia.org i tutaj; http://www.alta-badia.net i tutaj; http://www.alta-badia.org i tu; http://www.miaaltabadia.it

Jeżeli jednak, ktoś szuka nieco tańszych ofert, a ponadto ciszy i spokoju, to powinien poważnie zastanowić się nad wynajęciem apartamentu w La Val. Kilka propozycji tutaj: http://www.altabadia.org/3445.pdf

.

Niedziela, 13 marca. Zwykle w niedzielę trzeba kupić karnety (można zrobić to jeszcze w sobotę, ale kasy czynne są maksymalnie do 19-tej). Karnety kupuje się w kasach, położonych przeważnie w pobliżu dolnych stacji głównych wyciągów, choć dawniej, kasy były w centrach wsi. W La Villi, kasa jest obecnie przy gondoli na Piz La Villa, tak że łatwo ją znaleźć. Niestety, w niedzielę rano, trzeba zwykle postać ze dwadzieścia minut w kolejce. My kupujemy karnety Dolomiti Superski, dające możliwość jeżdżenia bez ograniczeń po całej Sellarondzie i we wszystkich okolicznych ośrodkach. Niestety, są one zdecydowanie najdroższe. Można też kupić karnety tylko na Alta Badię, lub kombinowane, które umożliwiają jazdę w jednym (lub więcej niż jednym), wybranym dniu, w niektórych innych dolinach. Więcej na  http://www.dolomitisuperski.com/en/ski-pass/assortment-of-ski-passes 

mapka 1 – trasy w La Villi, Lagazuoi, 5Tori

mapka 1 – trasy w La Villi, Lagazuoi, 5Tori

Na pierwszy dzień polecam wjazd właśnie na Piz La Villa (2077 m n.p.m.). Samochód można zostawić na płatnym parkingu (opłata za cały dzień wynosi kilka euro), nieopodal dolnej stacji gondoli. 46.581732,11.902258 Dawniej jechało się na szczyt dużą funivą. Teraz jest tam gondola. Czarna trasa (o gorącej nazwie Gran Riza), jest prawdziwym wyzwaniem. Czerwona zresztą też. Dajemy nią kilka razy. Niestety, tylko do południa jest tam twardo. (zob. mapka)

na szczycie Piz la Villa

na szczycie Piz la Villa

.

 

zjazd w kierunku Passo Campolongo i Cherz'a

zjazd w kierunku Passo Campolongo i Cherz’a

.

"malinowe" stoczki w okolicy Pralongia

„malinowe” stoczki w okolicy Pralongia

.

widok gdzieś z Pralongia, na górną stację gondoli na Boe i Valon

widok gdzieś z Pralongia, na górną stację gondoli na Boe i Valon

Potem można zjechać sobie z Piz Sorega, np. czerwoną trasą do S. Casiano – przyjemnie. I to w tym rejonie w zasadzie wszystko. Trasy w kierunku Corvary i Passo Campolongo są zawsze “pod górkę”, a poza tym są niebieskie. Jest też przyjemna trasa z Cherz’a i można tamtędy dojechać do głównego koła Sella Rondy, przejechać sobie do Corvary, a nawet dalej do Colfosco albo Arabby. Nie polecam tego jednak tym, co słabo znają teren, gdyż zabiera to dużo czasu i można potem wracać na piechotę do domu. Należy sobie wyraźnie powiedzieć: tutaj zamykają wyciągi najpóźniej o 17:00 i nie gwarantują powrotu do domu. Skibusy, przewożą narciarzy na nielicznych tylko trasach i trzeba, planując wielokilometrowe wypady na nartach, tak je zaplanować, aby wyciągami móc wrócić do domu lub samochodu.

Widok z Rifugio Punta Trieste, na Gruppo del Sella

Widok z Rifugio Punta Trieste, na Gruppo del Sella

Zamiast więc jeździć na nartach, można posiedzieć w jednej, z bardzo licznych w tym rejonie knajpek, zjeść coś dobrego i nacieszyć oczy pięknymi widokami.

Może to być np. Rifugio Bioch ( http://www.fornata.it/rifugio/il-rifugio-uetia-de-bioch.htm ), albo Rifugio Punta Trieste, gdzie polecam żeberka. ( http://www.miaaltabadia.it/rifugi/punta-trieste/ ).

Rif. Bioch, nie sprawi nam zawodu. Dobry wybór, smacznie podane, choć na pewno nie najtaniej. Oczywiście, przesadzam z tym brakiem możliwości dobrego jeżdżenia. Trasy są tu łagodne, szerokie, jest dość nisko, więc na pierwszy dzień jest to dobra propozycja. Można się rozruszać.

kolejka na Lagazuoi

kolejka na Lagazuoi

Dla żądnych wrażeń, polecam wycieczkę na Lagazuoi (patrz zdjęcie powyżej) i Cinque Torri. Wycieczkę można zacząć z La Villi, wjeżdżając na Piz La Villa (ale wówczas trzeba ją zacząć bardzo, bardzo wcześnie, np. o 8:25?!) i poprzez Piz Sorega, zjechać do Armentaroli. Można też pojechać samochodem na wygodny parking w San Cassiano, znajdujący się pod dolną stacją gondoli nr 11. ( 46.56648,11.938554 ) Ogólnodostępnego, wygodnego parkingu w Armentaroli nie ma. Są parkingi przy okolicznych hotelach i parking przy przystanku skibusów, ale raczej trudno z nich skorzystać. Tak więc, San Cassiano. W takim przypadku należy wjechać gondolą na Piz Sorega i również zjechać do Armentaroli. My wybraliśmy właśnie taki wariant, dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na pojeżdżenie na Lagazuoi i Cinque Torri.

Zjeżdżamy do Armentaroli

Zjeżdżamy do Armentaroli

Mimo wczesnej pory, w Armentaroli czeka już spory tłum chętnych na transport na Passo Falzarego (2109 m n.p.m.). Jednakże, autobusy i busy podjeżdżają co kilka minut, obsługa wpuszcza każdorazowo odliczoną ilość narciarzy, tak że nikt się nie pcha i wszystko idzie sprawnie. Więc, już po kilkunastu minutach jedziemy krętą drogą, a z okien autobusu otwierają się widoki na pionowe ściany okolicznych szczytów, skąpane w porannym słońcu. Dawniej busy był darmowe, teraz trzeba zapłacić kilka euro (ostatnio było to 5,- ) od osoby. Po kilkunastu minutach jazdy, stajemy na parkingu przed kolejką na Lagazuoi. Kolejka jest dość stara i w dodatku, na trasie nie ma podpór, tak że ostatnie metry wagonik jedzie niemal w pionie.

widok ze szczytu Lagazuoi, na parking i trasy narciarskie znajdujące się przy Passo Falzarego.

widok ze szczytu Lagazuoi, na parking i trasy narciarskie znajdujące się przy Passo Falzarego.

Po wjechaniu na szczyt (2750 m n.p.m.), obowiązkowa seria fotek. Parking, budynki, ludzie, samochody tam w dole, wyglądają jak zabawki. Pogoda wspaniała. Słońce, lekki mrozik. Na południowym-zachodzie: Marmolada, jak na dłoni, na wschodzie; Tofana. Bomba.

Marmolada widziana z Lagazuoi.

Marmolada widziana z Lagazuoi.

Dajemy w dół czerwoną dwójką (na jednych mapkach trasa oznaczona jest jako czerwona, na innych, jako czarna). Trasa świetna. Jest jeszcze wcześnie, górny odcinek, to poemat. Szeroko, twardo. No pięknie. Czuć, że jesteśmy w górach i to na znacznej wysokości, jest tak, majestatycznie. Potem robi się węziej i bardziej miękko, gdyż trasa skręca na południe. Obracamy jeszcze raz i w dolnym jej odcinku, skręcamy na lewo (na wschód), aby przerzucić się na wyciągi znajdujące się po przeciwnej stronie drogi przechodzącej przez Passo Falzarego.

Miejsce przyjemne. Szeroko, niezbyt stromo. Stoki o nachyleniu północnym, więc twardo, gładko, można pociągnąć szerokim skrętem. Po kilku zjazdach, skręcamy na nartostradę prowadzącą na 5Tori. Nartostrada poprowadzona jest wzdłuż drogi do Cortiny. Wije się leniwie poprzez niewielkie laski, wśród malowniczych skałek.

5Tori

5Tori

Po paru minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Najpierw jedno krzesło, potem drugie (4 i 5) i jesteśmy na przełęczy, pod szczytem Averau (2649 m n.p.m.). Dajemy w dół, z powrotem na północ. Miejsce przepiękne. Trasy w dolnej części, poprowadzone małymi wąwozami, czy może raczej kotlinkami wśród drzew, dość kręte, puste. Bajka. Powtarzamy.

małe conieco w Rif. Sciattoli

małe conieco w Rif. Sciattoli

Koło południa, małe „conieco” w Rif. Scoiattoli ( http://www.rifugioscoiattoli.it/ ). (2280 m n.p.m.) Wyborne jedzonko, miła obsługa, nie tanio, ale wszystko warte swojej ceny. Mają tam również pokoje do wynajęcia, a lokalną atrakcją jest możliwość wynajęcia wieczorem, olbrzymiej, stojącej na zewnątrz, drewnianej wanny z gorącą wodą, dla max. sześciu osób… Taak, dla sześciu osób… Tak, o czym to ja pisałem? Aha, że jedzonko dobre, taak, i widoki też ładne.

Widok na 5Tori. To największa z pięciu wież, jakie tam są.

Widok na 5Tori. To największa z pięciu wież, jakie tam są.

W ogóle ładnie. Słońce, ciepło, śnieg dookoła. Taak. W każdym razie, po wybornym obiadku pchamy się dalej. Postanawiamy pojechać na południe, trasą 90, w kierunku Passo Giau. Trasa poprowadzona szeroką doliną, wśród nagich skałek. Jakoś tak, pustynnie. Widokowo, to jakoś mnie to miejsce nie zachwyciło, natomiast sama trasa bardzo dobra, niestety bardzo miękka (choć kilka lat wcześniej, również w marcu było tu dość twardo) i to pomimo że nie schodzi ona poniżej 2000 m n.p.m.. No cóż, marcowe słońce robi swoje, a ta trasa skierowana jest dokładnie na południe. Wracamy na północną stronę. Tu dalej twardo i jakoś tak, bardziej malowniczo.

Niestety, czas biegnie nieubłaganie, a przecież przed nami jeszcze główny cel naszej wyprawy, czyli zjazd z Lagazuoi do Armentaroli. Musimy ponownie wjechać na przełęcz pod Averau, gdyż odbicie do powrotnego krzesła (nr 8) znajduje się w połowie trasy 90. Znowu taplamy się w brei. Krzesło jedzie wąwozem, wśród kamiennych baszt i szańców, prawie ocierając się o nie.

Lagazuoi w całej okazałości.

Lagazuoi w całej okazałości.

Z przełęczy rozpościera się widok na Lagazuoi. Dopiero z tej perspektywy, możemy zobaczyć cały ogrom tej góry i całą trasę, którą kilka godzin temu zjeżdżaliśmy. Jedziemy długą, łagodną nartostradą. Przyjemnie, choć cały czas w cieniu szczytów Averau (2649 m n.p.m.) i Croda Negra (2518 m n.p.m.). Pomimo, iż z dostępnych mapek wynika, że aby dojechać na Passo Falzarego (pod dolną stację kolejki na Lagazuoi), należy skorzystać z krzesła 2, to jednak w dobrych warunkach śniegowych, da się dojechać tam bezpośrednio. Trzeba się trzymać lewej strony i przetrawersować w kierunku dolnej stacji orczyka 3. Jakoś się dojedzie. Co prawdo to „jakoś” działa tylko przy dobrej widoczności. Nam się udało i w parę minut dojeżdżamy do dolnej stacji kolejki linowej.

Ostatnie spojrzenie na 5Tori, ze szczytu Lagazuoi.

Ostatnie spojrzenie na 5Tori, ze szczytu Lagazuoi.

Znowu gapimy się ze szczytu Lagazuoi na okoliczny świat. Pięknie. Słońce świeci pod ostrym kątem, podkreślając kształty okolicznych szczytów i dolin. Doskonale widać 5Tori, choć zlewają się, ze ścianą skalną znajdującą się za nimi.

Ala i Karolina, zwarte i gotowe do zjazdu...

Ala i Karolina, zwarte i gotowe do zjazdu…

Ale robi się jednak późno, więc, ruszamy w dół. Tym razem czerwoną jedynką. Już pierwszy odcinek powala z nóg. Jedziemy dobrze przygotowaną i dobrze oznakowaną trasą, wijącą się po szerokiej dolinie, okolonej pionowymi ścianami, oświetlonymi popołudniowym słońcem. Gdzieś, w dalekiej perspektywie, widać zbiegające się ku sobie ściany skalne, pozostawiając jednak między sobą, niewielką szczelinę z błękitem nieba, niczym wrota wodospadu. Nasza trasa prowadzi właśnie w tamtym kierunku.

Widok z Lagazuoi na trasę do Armentaroli.

Widok z Lagazuoi na trasę do Armentaroli.

Niemniej jednak, trasa jest łatwa, wydaje się, że powinna być oznaczona na niebiesko, ale jedzie się przyjemnie, gdyż jest w sam raz nachylona. Śnieg perfekcyjny. Jest raczej pusto. W sumie, na całej trasie, mijamy się z zaledwie kilkoma narciarzami. Wszyscy, co chwilę zatrzymują się i robią dziesiątki zdjęć. Komórkami, małymi i dużymi aparatami fotograficznymi, ale tak naprawdę, zdjęcia nie oddają dokładnie tego, co było tam widać. Może gdyby mieć szerokokątny obiektyw, no ale ciężko wozić całą „szklarnie” ze sobą, coś też trzeba poskręcać na nartach.

Zjeżdżamy w głąb doliny.

Zjeżdżamy w głąb doliny.

.

ściany skalne są coraz bliżej...

ściany skalne są coraz bliżej…

.

Po drodze, mijamy malowniczą knajpkę.

Po drodze, mijamy malowniczą knajpkę.

Im niżej tym trasa zwęża się i robi się nieco bardziej stroma, skalne ściany przybliżają się. Zupełnie jakbyśmy płynęli jakąś rzeką i zbliżali się do wodospadu. Odstani odcinek to dość wąski, lejkowaty żlebik nie sprawiający jednak jakichkolwiek trudności. Śnieg jest tu już miękki. Nic dziwnego, Armentarola leży na wysokości zaledwie 1615 m. Zjazd rozpoczęliśmy na wysokości prawie 2800 m, czyli pokonaliśmy niecałe 1,2 km różnicy poziomów. Sporo.

koński wyciąg

koński wyciąg

W końcu dojeżdżamy do słynnego końskiego wyciągu. Jest już dobrze po czwartej, a wyciąg czynny jest do 16:30. (od 9:30 do 16:30) Wyciąg, to sanki zaprzężone do dwóch koni i długa lina z pętlami, której może się złapać ze dwadzieścia osób. Woźnica ociąga się z odjazdem, czekając zapewne na maruderów, to już ostatni kurs w dniu dzisiejszym.

jazda świetna...

jazda świetna…

W końcu, z kilkuminutowym opóźnieniem, ruszamy. Woźnica, pewnie chcąc zapracować na owe 2,- (które bierze od każdego z góry), pogania konie, które przechodzą na chwilę w lekki kłus. Zabawa przednia, czuje się prędkość.

...wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni

…wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni

Dalej jest nieco pod górkę, więc zwalniamy i już noga za nogą dojeżdżamy do Armentaroli. To zaledwie nieco ponad dziesięć minut jazdy, może piętnaście. Taki mały kulig. Fajnie. My, mamy samochód w San Cassiano, więc musimy jeszcze zdążyć na orczyk 12, który co prawda jest czynny do 17-tej, ale obsługa czeka na narciarzy z ostatniego kursu „końskiego wyciągu”. Zapewne jednak, nie czeka w nieskończoność, więc łyżwujemy i mocno pracujemy kijami, żeby jednak zdążyć. Od końca kuligu do wyciągu, jest kilkaset metrów, raczej płaskiego terenu. Zdążamy. Od górnej stacji orczyka, zjeżdżamy łagodną nartostradą do San Cassiano.

Przepiękny dzień, wspaniała pogoda, dużo wrażeń, niezapomniane widoki i ta jazda za sankami. Bezdyskusyjnie polecam każdemu, jak ktoś tej trasy nie przejechał, niech żałuje.

Opisywane miejsca, są częścią długiej (bardzo długiej) trasy Grande Guerrera Ski Tour.

Patrz: http://www.dolomitisuperski.com/en/ski-more/ski/ski-tours

Jednak, zrobienie całej tej trasy jest bardzo trudne, ze względu na jej długość i aż dwa lub trzy (w zależności od kierunku) odcinki, które trzeba pokonać skibusem. Tak, że trzeba by chyba wystartować o 8:30 i przeć cały czas do przodu, nie patrząc na widoki, nie jedząc, ani nie pijąc nic po drodze. To chyba nie dla nas. Zaprezentowana tutaj „pętelka”, jest moim zdaniem, w sam raz. Nawet mniej wprawni narciarze i rodziny z dziećmi, mogą się na nią wybrać.

Oczywiście, na Passo Falzarego i 5Tori, można w pół godziny dojechać samochodem z La Villi, ale to już nie to samo.

.

Poniedziałek, 14 marca. Wsiadamy w samochody i jedziemy na parking do Corvary. ( 46.549033,11.871071 ) Niestety, obecnie prawie wszystkie parkingi są tutaj płatne. Zazwyczaj trzeba zapłacić za cały dzień od pięciu do ośmiu euro. Pogoda taka sobie. Od niedzieli wieczór sypie śnieg, choć koło południa ma przestać i wyjść słońce. Nie wierzymy jednak w to za bardzo. Wsiadamy do gondoli nr 19 na Boe (2200 m n.p.m.). Wyciąg 20 na Vallon (2527 m n.p.m.) jeszcze stoi, kompletnie zasypany. Dajemy w dół po świeżym. Patrz mapka.

mapka 2

mapka 2

Niewiele widać. Jeszcze raz do góry. Na górze mówią, że Vallon chyba dziś nie ruszy. Cała Sella Ronda zresztą stoi. Na dole były komunikaty, że wyciągi na Passo Pordoi stoją. Sypie jak diabli. Idziemy do knajpy. Ta na Boe jest obrzydliwa, wygląda jak bar szybkiej obsługi w latach siedemdziesiątych, na rondzie przed Kuźnicami. Olbrzymie, całościenne, aluminiowe drzwi i okna, po wszystkim od wnętrza cieknie skroplona para wodna. Herbatka. Coś jakby się jaśniej robiło na zewnątrz. Zjeżdżamy w dół. Może do Colfosco? Wsiadamy na transportowe krzesło 34, potem na jeszcze jedno 36, bo jesteśmy kilkadziesiąt metrów poniżej dolnej stacji gondoli 46. Z górnej stacji tej gondoli (46) można zjechać do krzesła 50 lub do kolejnej gondoli 45 na Col Pradat (2044 m n.p.m.). Wybieramy gondolę na Col Pradat. Prawie już nie pada. W krótkim czasie pokonujemy nieco ponad 300 m różnicy poziomów. Za oknami z każdą sekundą robi się jaśniej i jaśniej, w pewnym momencie zalewa nas czysty, słoneczny blask. Jesteśmy ponad chmurami. Wysiadamy. Na górze stoimy, patrzymy, robimy zdjęcia, stoimy, patrzymy i patrzymy… To jest jeden z tych widoków, który będziemy pamiętać na długo. (patrz zdjęcie poniżej)

widok z Col Pradat na Gruppo del Sella

widok z Col Pradat na Gruppo del Sella

U naszych stóp białe, skrzące się chmury, przed nami Gruppo del Sella, na czystym błękitnym niebie widać welony śniegu zwiewane ze szczytów, drzewa wokół uginają się pod jego ciężarem. Narciarzy prawie nie ma, siedzą na dole w knajpach, albo w ogóle nie wyszli z domu. Tylko tacy zapaleńcy jak my, mogą podziwiać ten widok. Jedziemy w dół po białym polu, prawie jeszcze bez śladów nart. Rejon Colfosco jest bardzo przyjemny, choć niewielki, a ta czarna trasa z Col Pradat naprawdę świetna. Powtarzamy.

Szałasy w Colfosco po dużych opadach śniegu.

Szałasy w Colfosco po dużych opadach śniegu.

Już na dole też świeci słońce. Chmury gdzieś odpływają. Potem jeszcze krzesło 50, ze dwa razy. Dobra, znudziło się nam. Jest jeszcze wcześnie, więc w dół do głównego kręgu Sella Rondy, do krzesła 36. Przesiadka na nową gondolę 39-40. Dawniej były tu ciągnące się bez końca orczyki.

Gondola na Passo Gardena

Gondola na Passo Gardena

Do gondoli, oprócz nas, wsiadły jeszcze dwie, trochę starsze od nas, panie mówiące po rosyjsku. Ponieważ były ubrane raczej skromnie i nie „kapały” od złota, nie wytrzymałem i zagadnąłem:

- о! здравствуйте, откуда вы приехали? – zdziwione i zaskoczone, odpowiadają:

- Ну здравствуйте, из Москвы, а вы откуда?

- Мы из Кракова, из Польши.

– Из Польши? – jeszcze większe zdziwienie, nie spodziewały się, że ktoś tu będzie mówił po rosyjsku, jeszcze z Polski…

- Да.

Rozmawiamy o tym i owym. Rozmowa schodzi na tematy bardziej polityczne i społeczne. W pewnym momencie pada z ich strony pytanie:

- Вам нужна виза, чтобы здесь приехать?

– Нет, нам даже паспорт не нужен, здесь нет границ, нет контроля.

– О! Нам пришлось покупать эту экскурсию в ноябре, чтобы успеть с визам.

– А мы решили приехать здесь несколько дней тому назад. Мы взяли машину и приехали…

Widzę w ich oczach raczej smutek, niż jakąś zazdrość. Zapewne wiedziały, że Polska, Włochy i inne europejskie kraje są w strefie Szengen, ale zapewne co innego wiedzieć, a co innego rozmawiać z kimś, kto nie dość, że nie potrzebuje wizy, to jeszcze paszportu, żeby tu przyjechać…

widok z Passo Gardena na Gruppo Sella

widok z Passo Gardena na Gruppo Sella

Wysiadamy z gondoli, jakbyśmy wysiedli z innego świata, no cóż, polityka… Jeszcze jedno krzesło (42) i jeszcze jedno (41) i jesteśmy na Passo Gardena. Stąd długi, łagodny zjazd do Selva (Selva Gardena), można pojechać czerwoną albo czarną trasą. Jeśli pojedziemy czarną, no to może zjazd nie będzie już taki łagodny, ale za to możemy skręcić w prawo na czarną trasę wzdłuż krzesła 25, a to warto zrobić. Trasa, choć nie jakaś długa, to warta zahaczenia o nią. Leży na uboczu, jest na niej pusto, ponieważ jest pusto, to śnieg gładziutki. Można poszaleć. Po kilku zjazdach, jedziemy dalej w dół, do Selvy. Trasa w końcowym odcinku biegnie pomiędzy domami i wjeżdża do centrum miasteczka. Zdejmujemy narty, żeby przejść przez ulicę, policjantka zatrzymuje samochody (teraz są tu światła i specjalne bramki, pozwalające przejść przez jezdnię tylko przy zielonym świetle, ale jeszcze kilka lat temu, faktycznie policjantka zatrzymywała samochody-przyp. autora). Wsiadamy do gondoli 29 i jedziemy na Ciampinoi (2254 m n.p.m.). Dajemy w dół czarną trasą do St. Cristiny (Santa Cristina Valgardena). To słynny Saslong. Na tej trasie rozgrywane są Mistrzostwa Świata. W St. Cristinie wsiadamy do gondoli 17 (na dolnej stacji ładne toalety – zwiedzamy) i do góry. Przesiadka na krzesło 18 i znów w dół, tym razem czerwoną. Czarna chyba lepsza. Znów gondola.

Kiedyś stało tu czerwone Porsche...

Kiedyś stało tu czerwone Porsche…

Na górnej stacji, stoi na podwyższeniu, wśród śniegu, piękne Porsche. To nagroda w jakimś konkursie. Fajny widok. Przywieźli go tu chyba helikopterem. Koło górnej stacji gondoli jest knajpa, lubimy tam chwilę posiedzieć i coś zjeść i wypić. Jeszcze raz krzesło do góry i jedziemy czarną trasą z Ciampinoi do Selvy. Na górze trochę drobnych kamieni i w ogóle jakby tu nie padało. Trzeba wracać. Przechodzimy przez ulicę. Policjantka zatrzymuje samochody. (teraz tu jest kładka nad ulicą, ale jeszcze niedawno faktycznie policjantka zatrzymywała samochody – przyp. autora) Krótkie 4-osobowe krzesło nr 31 i już jesteśmy przy gondoli ( 30 ) na Passo Gardena. Sprawdzamy, o której zamykają tę gondolę, tak na przyszłość. To newralgiczny wyciąg dla powrotu do domu. Z Passo Gardena długi, łagodny zjazd. Trochę się spieszymy, żeby zdążyć na transportowe krzesło 34 z Colfosco do Corvary, bo tam mamy samochody. Ale to krzesło chodzi dość długo. Jakoś nie czujemy się zmęczeni, więc pada propozycja, aby tylko kierowcy przebrali buty i pojedziemy na Passo Gardena. Jedziemy. Sporo serpentyn, ale po niecałych dwudziestu minutach jesteśmy na przełęczy. Wyładowujemy narty i pozostałych uczestników wycieczki. Kierowcy wrócą na parking w Colfosco samochodami, ale dzieci mają uciechę, jest już pusto, cicho, powoli zapada zmrok. Zupełnie inna jazda. Niby nie wolno już jeździć, ale…

widok z gondolki jadącej na Passo Gardena

widok z gondolki jadącej na Passo Gardena

.

Wtorek, 15 marca. Wsiadamy w samochody i jedziemy na parking do Colfosco. ( 46.550863,11.856351 ) To zaledwie kilka minut jazdy. Samochody zostawiamy na parkingu, koło górnej stacji transportowego wyciągu 34, z i do Corvary. Staramy się stać w bramkach jeszcze przed jego otwarciem, czyli koło 8.30, żeby mieć jak najwięcej czasu, bo dziś robimy żelazny punkt programu, czyli całą Sella Rondę. My lubimy ją robić w kierunku clockwise (czyli w kierunku pomarańczowym). Jest to kierunek lepszy dla startujących z Colfosco, gdyż ostatni wyciąg, na który musimy zdążyć, to gondola z Selvy na Passo Gardena. Stamtąd mamy już tylko długi zjazd do Colfosco. Ostania gondola odchodzi o 17:00, więc mamy trochę czasu. A ponieważ, ta gondola jedzie chyba z pół godziny, w dół będziemy jechali już pustymi nartostradami.

mapka 3

mapka 3

Wyciągiem dojeżdżamy do dolnej stacji gondoli (19) na Boe. Na górze okazuje się, że chodzi już krzesło (20) na Vallon. Robimy raz czarną traskę, tak dla rozgrzewki i od razu wykręcamy w kierunku Arabby. Z Boe do Arabby jedzie się powoli, prawie po równym, ale można w połowie odbić w lewo na Cherz i zjechać z powrotem czerwoną przyjemną trasą.

Arabba – jedziemy na Porta Vescovo (2500 m n.p.m.) . Z dolnej stacji idzie wielka gondola (20-21), zabierająca prawie trzydzieści osób do każdego wagonika i stara funiva (01) zabierająca tak ze sto osób (teraz jest już nowa, ładniejsza, większa – przyp. autora). Zwykle wybieramy gondolę. Zawsze wprawia mnie w zdziwienie, widok olbrzymiej hali, w której kłębi się tłum narciarzy. W kolejce do gondoli stoją setki osób, a pomimo tego jedziemy już po kilku minutach. No, ale ta gondola i kolejka mają przepustowość 3700 osób na godzinę. To chyba tyle, ile wszystkie wyciągi w Polsce. Żartowałem…

widok na Marmoladę z Porta Vescovo

widok na Marmoladę z Porta Vescovo

Z Porta Vescovo widać jak na dłoni Marmoladę, skrząca się w słońcu lodowcami (zdjęcie powyżej).

Tutaj, z Vescovo jest najwięcej czarnych i czerwonych tras w tym rejonie. Na początek czarna i czerwona w dół, do gondoli. Jest jeszcze wcześnie, słońce jeszcze nisko, chłodno, więc trasa jest gładziutka jak styropian i twarda. Ludzi jeszcze niewiele, można trochę poszaleć. Szeroko, gładko, tylko wiatr świszcze w uszach.

Szeroko, gładko, ludzi jeszcze niewiele, można coś powycinać... Marek wycina piękne łuczki...

Szeroko, gładko, ludzi jeszcze niewiele, można coś powycinać… Marek wycina piękne łuczki…

.

a to Ala, też coś tam wycina...

a to Ala, też coś tam wycina…

.

Powtarzamy kilka razy. Ale trzeba jechać dalej. Odbijamy w lewo i z Pont de Vauz, jedziemy krzesłem (126) na Passo Pordoi. Z Passo Pordoi, jedzie kolej linowa na Sass Pordoi (2950 m n.p.m.) (120). W zasadzie, jest to tylko wjazd w celach widokowych, ale jeśli jest dostatecznie dużo śniegu, to można zjechać stamtąd na nartach tzw. pozatrasową nartostradą. Ale o tym później.

restauracja "Maria"  foto by BG

restauracja „Maria” foto by BG

Na Passo Pordoi jest kilka dość tanich knajpek, więc można zrobić przerwę i coś zjeść, choć trochę dalej jest kilka ładniej położonych. Tuż za górną stacją wyciągu 126, jest w szarym budynku knajpeczka, bardzo niepozorna, nazywa się „Maria”, ale podają tam lazanie, taką jak nigdzie, uuch… O tym, że dają tu dobre jedzonko, świadczy fakt, że w porze obiadowej trudno tu znaleźć miejsce, ale warto poczekać czasami kilka minut na stolik. Tylko zamawiając trzeba pamiętać, aby zamówić lazagne, a nie lazanię… Jeśli się komuś śpieszy, to z Passo Pordoi można zjechać najpierw niebieską a potem czerwoną trasą bezpośrednio na przełęcz Białego Wilka, ale przejadą wówczas zaledwie skrajem rejonu Belvederu, a to trzeba zobaczyć. Trzeba więc wrócić się kawałek z powrotem, za pomarańczowymi znakami i wyciągiem krzesełkowym nr 124, wjechać na szczyt Sas Bece (2430 m n.p.m.).

Belveder widziany od strony przełęczy Białego Wilka

Belveder widziany od strony przełęczy Białego Wilka

Wystarczy odepchnąć się kilka razy kijami, żeby stanąć na grani. Widok, jaki się stąd rozpościera, może każdego polskiego narciarza przyprawić o zawrót głowy. W dole leży olbrzymia dolina w kształcie misy, a wewnątrz niej widać mikroskopijne postacie tysięcy narciarzy, kierujących się w różne strony, jadących, stojących w kolejkach do wyciągów, siedzących w restauracjach, jadących wyciągami, które tutaj krzyżują się w trzech poziomach, tak że zawsze przypominają mi się sceny z obrazów Boscha. Fabryka narciarstwa. Będąc tam po raz pierwszy, tylko na kilka sekund skupiłem się na robieniu zdjęcia, by, gdy już oderwałem oko od aparatu, stwierdzić, że nie ma śladu po reszcie mojej grupy. Już po kilku sekundach, stali się kolorowymi punkcikami, niemożliwymi do zidentyfikowania na tle innych narciarzy. Musiałem zadzwonić do nich, żeby ustalić, w którym kierunku pojechali. Dlatego warto mieć ze sobą małe walkie-talkie, żeby zaoszczędzić na połączeniach telefonicznych. Dolina jest na tyle duża, że nie czuje się tu ścisku, choć w tym rejonie, do niektórych wyciągów trzeba chwilę poczekać. Robimy tu kilka trasek, zwłaszcza w kierunku Pecol’a, a potem z powrotem na Col Dei Rossi ( 2390 m n.p.m.).

Col Rodella, Sassolungo, a wdole przełęcz Białego Wilka - widok z Sas Bece

Col Rodella, Sassolungo, a w dole przełęcz Białego Wilka – widok z Sas Bece

W końcu ruszamy dalej, do przełęczy Lupo Bianco. Stamtąd gondolą 155 na Col Rodellę. Tutaj jest parę czerwonych tras, które należy zrobić. Zmęczonym polecam w tym rejonie kilka knajpek do wyboru (jest ich aż sześć), ale najbardziej polecam stojącą na uboczu Friedrich August. Cicha, przyjemna, często tam ładnie grają. Więcej o tym wyjątkowym miejscu, w opowiadaniach o wyjeździe do Vigo i Pery di Fassa, a zwłaszcza w opisie wyprawy na Secedę. Od Passo Sella, niebieską trasą dojeżdżamy do wyciągu 48 na Piz Seteur. Jak mamy czas, to możemy wyjechać tym wyciągiem i czerwoną trasą zjechać do Plan de Gralba. Jeśli nie, to wcześniej można skręcić na Plan. Stąd na Piz Sella (2240 m n.p.m.) rusza duża kolej linowa (44), jedziemy na górę. Dziś tylko jeden raz czerwoną trasą w dół, z powrotem do dolnej stacji, bo już późno. Przyjedziemy tu jeszcze pojeździć, a zwłaszcza na Saslongu. W ciągu kilku minut, poprzez Plan, zjeżdżamy do Selvy. Trzeba zdjąć narty i przejść na drugą stronę ulicy. Policjantka zatrzymuje samochody (teraz tu jest napowietrzna kładka – przyp. autora). Parę schodów (ale wystarczy, żeby się spocić, a to już 16.40!) i siadamy na krótkie czteroosobowe krzesło (31). Jedzie strasznie wolno. Z górnej stacji, krótki zjazd do gondoli (30) jadącej na Passo Gardena. Jest 16.53. To jest trochę igranie z czasem, bo gdyby tak komuś w grupie zdarzył się upadek, uciekła narta, to pewnie byśmy się spóźnili i trzeba by wrócić do centrum Val Gardeny i natychmiast (póki inni spóźnialscy nie wzięli wszystkich taksówek) brać TAXI na Passo Gardena, na inny transport nie ma co liczyć.

Gruppo Sella z Passo Gardena

Gruppo Sella z Passo Gardena

Gondola jedzie ponad dwadzieścia minut, tak że po wyjechaniu na górę nie ma się co już śpieszyć. W marcu o 17.30 jest oczywiście jeszcze jasno, karabinierzy już zjechali i możemy wśród nielicznych już narciarzy, spokojnie jechać niebieską trasą do Colfosco, gdzie mamy samochody.

.

Środa, 16 marca. Jedziemy do Arabby. ( 46.496177,11.875373 ) To jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodami. Chcemy je zostawić na parkingu przed stacją gondoli na Porta Vescovo, żeby mieć więcej czasu na jeżdżenie w tym rejonie a jeszcze chcemy zahaczyć o Marmoladę (3250 m n.p.m.).

nowe krzesło w Arabbie

nowe krzesło w Arabbie

Korzystając z okazji, obracamy też na nowym, chyba sześcioosobowym krześle (09), no fajnie, można ominąć ruchliwy i zawsze niemiłosiernie zmuldzony odcinek trasy od górnych stacji gondoli i kolejki linowej. Jeździmy różnymi wariantami, trasy czarne, czerwone, wszystkie prowadzą do dolnej stacji. Ponieważ, jest piękny, słoneczny i mroźny poranek i jak to zwykle o poranku, innych narciarzy prawie nie ma, to jazda dostarcza niesamowitych wrażeń. Niewiele brakowało, a zostalibyśmy na Porta Vescovo cały dzień. Ale Marmolada, to też wspaniała góra i wspaniałe trasy. A w zasadzie, jedna wspaniała trasa. Aby dostać się na Marmoladę, należy w Arabbie wsiąść do gondoli i wysiąść z niej na pośredniej stacji, a następnie wyciągami krzesełkowymi, poprzez Passo Padon i Passo Fedaia dotrzeć do Malgi Ciapeli (1460 m). Zjazd z Passo Fedaia do Malgi Ciapeli jest bardzo łagodny. Jedzie się z polanki na polankę, wśród wysokich sosen. Zwykle jest tu bardzo ciepło, czasami wręcz upalnie.

mapka 4 Arabba-Marmolada

mapka 4 Arabba-Marmolada

Marmolada to jedyna chyba prywatna góra i prywatne kolejki i jak byłem tu pierwszy raz, to trzeba było kupić sobie nowy, osobny karnet. Teraz, mając karnet Dolomiti Superski, można bez ograniczeń jeździć i po Marmoladzie.

ostatnie dni starego wagonika na Marmoladę (to już zdjęcie archiwalne)

ostatnie dni starego wagonika na Marmoladę (to już zdjęcie archiwalne)

Do niedawna, jeździły tu na trzech odcinkach, takie same wagoniki jak stara kolejka na Kasprowy (zdjęcie powyżej). Obecnie jeżdżą już nowe, piękne wagony, zabierające kilkakrotnie więcej pasażerów (zdjęcie poniżej), mimo tego w ładny, marcowy dzień, trzeba i tak postać w kolejce do kolejki, czasami nawet i godzinę.

nowa funiva na Marmoladę

nowa funiva na Marmoladę

Stojący na samym szczycie budynek stacji też przeszedł gruntowną przebudowę. Do tej pory była to najbardziej obskurna stacja, jaką widziałem. Po wyjściu z wagonika szło się w dół, stromymi schodami, a ściany były wyłożone płytami pilśniowymi malowanymi na brązowo. W połowie schodów była duża (z reguły zadymiona) sala, gdzie, jeśli się miało drobne, to można było kupić sobie w automatach herbatę, kawę itp. Na samym dole, tuż przy wyjściu, przez wiele lat stały do połowy obsypane śniegiem (bo drzwi wyjściowe były zawsze uchylone), jakieś piętrowe łóżka, czy prycze. Teraz jest tu ładna restauracja i muzeum poświęcone I Wojnie Światowej, a i samo wyjście się zmieniło, zniknęły prycze, pojawiły się automatycznie otwierane drzwi… Wychodzimy na zewnątrz. Jest minus osiemnaście stopni! Na dole było chyba plus osiemnaście, a w słońcu to pewnie było ponad dwadzieścia.

marmoladowa "kupa"

marmoladowa „kupa”

Przed nami Gruppo del Sella jak na dłoni. Parę fotek i jedziemy w dół. Dawniej działały tu dwa orczyki i krzesło z Passo Fedaia, tak że można było wjechać prawie na sam szczyt nie tylko kolejką linową. Obecnie, zarówno orczyki, jak i krzesło są rozmontowane i niestety straszą szkieletami konstrukcji. Niemniej jednak, samej górze wyszło to na dobre. Dzięki takiemu rozwiązaniu większość narciarzy zjeżdża tu tylko raz, co powoduje, że warunki na trasie są z reguły wyśmienite (dawniej zazwyczaj na trasie było mnóstwo kamieni), tak że jak się trafi jeszcze na ładną pogodę, kiedy świeci słońce i nie ma mgły, a jeszcze jak niedawno popadał śnieg, to jest to wspaniały, długi zjazd o przewyższeniu ponad 1800 m! Śmiem twierdzić, że nie znajdzie się więcej miejsc o takiej różnicy poziomów. Marmolada jest przeważnie żelaznym punktem programu. Może to te kontrasty temperatur. Może to ten zjazd do Malgi Ciapeli, w przegrzanym słońcem, pachnącym igliwiem, marcowym powietrzu, a potem mróz na szczycie. Może chęć pojeżdżenia po twardym, zmrożonym śniegu. Nie wiem, ale miejsce przyciąga. Postanawiamy wracać. Trochę poniżej Passo Fedaia jest powrotne krzesło. Znowu przełęcz, długie krzesło transportowe i wreszcie pośrednia stacja gondoli na Porta Vescowo. Do zamknięcia kolejek, czyli do siedemnastej, robimy góra – dół, góra – dół. Po szesnastej, jesteśmy w zasadzie sami na stoku. Nikt normalny nie wytrzymuje długo jazdy przez niekończące się góry i łańcuchy muld, które utworzyło marcowe słońce i tysiące narciarzy. To takie dożynki, ale ja je lubię.

.

Czwartek, 17 marca. Jedziemy do Cortiny d’Ampezzo. (Patrz: http://www.cortina.dolomiti.com     http://www.dolomiti.org ) To niestety ponad godzina jazdy, choć niewiele ponad 30 km, więc trzeba wyjechać koło pół do ósmej. Jedziemy drogą na Passo Falzarego (2105 m n.p.m.). Cała zaśnieżona. W nocy trochę znowu padało. Teraz jednak, świeci już piękne słońce. Po drodze omijamy ze trzy stojące samochody, chyba na letnich oponach. Po drugiej stronie przełęczy droga znacznie lepsza. Dziś chcemy pojeździć w rejonie Tofany, więc kierujemy się na parking pod kolejką PT25, czyli obok lodowiska olimpijskiego. ( 46.544886,12.131739 )

mapka 5 Cortina -Tofana

mapka 5 Cortina -Tofana

Ale można też postawić samochód w rejonie Pocol’u i dalej przemieszczać się już wyciągami. W Cortinie w 1956 była olimpiada zimowa i większość tras i wyciągów w rejonie Tofana pochodzi z tego okresu. Wjeżdżamy kolejką linową z tych lat, na Col Druscie (1778 m n.p.m.), by tam przesiąść się na nowoczesną olbrzymią kolej na Ra Valles (2470 m n.p.m.). Dość mocno wieje. Wagon, pomimo że ogromny, kiwa się na boki. Na dodatek w połowie drogi zatrzymuje się na kilka minut i czeka, aż wiatr ucichnie trochę. Ostatni odcinek znów prawie w pionie, gdyż na trasie nie ma podpór.

Dolna stacja kolejki na Tofanę 3130 m n.p.m. A wydawałoby się, że taki widok to może zdarzyć się tylko w Polsce...

Dolna stacja kolejki na Tofanę 3130 m n.p.m. A wydawałoby się, że taki widok to może zdarzyć się tylko w Polsce…

Dalej jest jeszcze jeden odcinek kolei na sam szczyt Tofany (szczyt ma 3244, stacja kolejki jest na 3130 m n.p.m.), ale tylko do celów widokowych i na dodatek zwykle w zimie nieczynny. Jeździmy trzema krzesłami w tym rejonie. Trasy przyjemne, długie, szerokie, śnieg perfekcyjny, można ciągnąć ile fabryka dała.

trasa wzdłuż krzesła PT30

trasa wzdłuż krzesła PT30

 

Niestety wiatr się wzmaga i obsługa informuje, że wyciągi zostaną zamknięte. Policja zamknęła również zjazd czarną trasą do rejonu Rumerlo, zaganiają wszystkich do kolejki linowej, która z uwagi na wiatr, więcej wisi niż jedzie. Nie wiemy dlaczego, ale tak długo zwlekamy, że policjant gdzieś w końcu sobie poszedł, więc my cichutko w dół. Już wiemy, dlaczego nie pozwalali zjeżdżać na nartach. Pachnie lawiną. Śnieg jest ciężki, mokry, a nartostrada biegnie w poprzek olbrzymiego śnieżnego pola.

Gdzieś na trasie z Pomedes

Gdzieś na trasie z Pomedes

Zjechaliśmy pojedynczo (no powiedzmy, że pojedynczo) i w kilka minut byliśmy przy krześle PT21 i PT22. Jeździmy krzesłem na Pomedes ( zaledwie 2303 m n.p.m.), już w jego górnym odcinku. Spokojnie, ciepło, wręcz przytulnie. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć kilka sekund później. Nagłe zatrzymanie się wyciągu, też jeszcze nie było niepokojące, ale huraganowe uderzenie wiatru, niosącego twarde drobiny lodu poderwane z ziemi, które siekły w twarze z niesamowitą zaciekłością, było tak nagłe i zaskakujące, że nikt nie zdążył się w pierwszym momencie nawet zasłonić. Ponieważ wiatr wiał praktycznie w osi wyciągu, siedzenia krzesełek pochyliły się pod kątem prawie czterdziestu pięciu stopni, względem poziomu. Musiałem chwycić się za oparcie, aby nie zsunąć się z krzesła. Jedno krzesło niżej jechała Ala, która miała wówczas chyba z 10 lat, ale jej krzesło było trochę niżej i wiatr był tam już słabszy. Siedzieliśmy tak, a w około latały czyjeś deski snowbordowe, porwane sprzed restauracji, jakiś szyld reklamowy, pozostawiony niefrasobliwie kask… Wiatr ani się nie wzmagał, ani nie cichł. Wszystko ustało równie nagle, jak się zaczęło, po może maksymalnie czterech, może pięciu minutach. Wyciąg ruszył, ale już do końca dnia siadaliśmy na krzesełka z pewną dozą nieśmiałości. Atak wiatru, jednak więcej się już nie powtórzył. Wracaliśmy płaską, niebieską nartostradą przez Colfiere, biegnącą przez las i przez to usianą igliwiem zerwanym przez wiatr z drzew i czuliśmy się, jakbyśmy wracali z bieguna. Na koniec robimy czarną trasę wzdłuż wyciągu PT24. No, kawał góry. Stromo jak diabli, zwłaszcza w górnym odcinku, twardo, gładziutko, trzeba uważać. Cała trasa leży w cieniu lasu i pomimo późnego popołudnia, słońce tu nie dotarło, a i ludzi się tutaj zapędza niewielu, mają respekt przed pucharową, czarną trasą. Widać, że mają być tu za niedługo jakieś ważne zawody, bo przy bandach zgromadzono całe góry śniegu, aby w odpowiednim momencie rozłożyć na trasie. Jazda super, powtarzamy raz i drugi. Musimy tu jeszcze wrócić.

Cortina nocą

Cortina nocą

Przed wyjazdem z Cortiny, jeszcze mały spacer ulicami i jakieś zakupy (powyżej – Cortina nocą). Cortina jest przecież jedną z najsłynniejszych miejscowości narciarskich w Europie. Kawiarnie, restauracje, sklepy, ale wszystko raczej zwykłe, nie widziałem tam jakiejś znaczącej ilości Mercedesów i Porschów i bardziej lub mniej znanych aktorek w futrach. Sama miejscowość nie sprawia też wrażenia ośrodka narciarskiego, jakie ogląda się w folderach. Jedynym miejscem, gdzie czuje się powiew wielkiego świata jest ulica Corso Italia, która przypomina swą funkcją nasze Krupówki. No, widziałem kilka bardziej malowniczych i bardziej “błyszczących” miejscowości. Choćby St. Moritz.

.

Piątek, 18 marca. Uparliśmy się na Cortinę. Chcemy pojeździć jeszcze w rejonie Falorii. Dalej jest wietrznie, choć słonecznie i ciepło. Zaparkowaliśmy samochody na parkingu przy Via Marconi ( 46.538466,12.139485 ) , jakieś 100 m od kolejki na Falorię. Sama kolejka jest podobna do tej, jaką jeździliśmy dnia poprzedniego na Tofanę. Stara, z lat pięćdziesiątych, zabierająca ze sto osób.

mapka 6 Cortina-Faloria

mapka 6 Cortina-Faloria

Najpierw jedzie się zupełnie poziomo, przecinką wśród drzew, tak że ich korony są znacznie powyżej wagonika. W pewnym momencie wjeżdża się na pośrednią stację w Mandres (1480 m n.p.m.) i przesiada się na niej do wagonika stojącego po drugiej stronie peronu, po chwili postoju kolejka rusza dalej i wówczas okazuje się, że na jednej linie są cztery wagoniki, a nie dwa jak zwykle. Taka techniczna atrakcja. Potem kolejka jedzie zupełnie pionowo, w odległości kilku metrów od pionowych skał Falorii. Wjeżdżamy na 2121 m n.p.m. Z tego miejsca nie ma nartostrady w dół. Trzeba wrócić wagonikiem albo próbować zjechać nartostradą wzdłuż drogi wiodącej na Passo Tre Croci. O tej porze roku,  może to być jednak mało realne, z braku śniegu. Dlatego taniej (parking przy stacji kolejowej jest płatny) i wygodniej jest zaparkować samochód na parkingu przy Rio Gere, przy drodze na Przełęcz Trzech Krzyży (ten, też jest już teraz płatny, ale zdecydowanie jest tańszy). No ale wówczas ominie nas ekscytująca jazda kolejką linową, z czterema wagonikami na jednej linie. Jeździmy wzdłuż wyciągów CF52, CF54, CF49, CF56. Trasy świetne, twarde, strome, w dolnych odcinkach biegnące przez lasy. Przemieszczamy się w kierunku Cristallo. Za drogą SS48 na Passo Tre Croci, jest nowe, piękne krzesło z osłonami przed wiatrem. I dobrze, bo słońce skryło się za chmurami i coraz bardziej wieje. Jak zamkną kolejkę na Falorię, to będziemy szli na piechotę… Wysiadamy na przełęczy Son Forca (2215 m n.p.m.).

żleb z Forcelli (Son Forca )

żleb z Forcelli (Son Forca )

Wyciąg CF58 jeździ tylko do mniej więcej połowy stoku. Po raz pierwszy odetchnąłem z ulgą, gdyż trasa narciarska wzdłuż tego wyciągu z Forcelli (2948 m n.p.m.) o różnicy poziomów ponad 700 m, wydawała się być tylko dla kaskaderów, zwłaszcza w jej górnym odcinku (zdjęcie obok). W pewnym miejscu żleb, którym jest poprowadzona, wydawał się być węższy, niż długość nart. Może właśnie dlatego wjazd do samej góry był niemożliwy, bo było zbyt mało śniegu, właśnie w tym żlebiku. Zjazd z połowy, nie robi większego wrażenia, co prawda wokół pionowe ściany skalne, ale ekspozycja normalna, a trasa dobrze przygotowana. Więcej wrażeń dostarcza jazda wyciągiem podobnym do starego, pojedynczego krzesła na Gąsienicowej, tylko bardziej się trzęsącego i sprawiającego wrażenie, że zaraz cały wyciąg się rozleci. Wrócimy tu jeszcze, może będzie więcej śniegu. Zjechaliśmy raz wzdłuż krzesła CF59. Katastrofa. Trasa nawet nie niebieska tylko zielona. Krzesło jak na Goryczkową, tylko że dwa razy wolniejsze. Wiatr nami majtał. Myślałem, że nigdy nie dojedzie na górę. No cóż, jedyną sensowną trasą w tym rejonie, była ta na szczyt Forcelli, ta czarna wzdłuż CF58. Wracamy niby czerwoną do Rio Gere. Potem Jeszcze parę razy na Falorii i kolejką w dół. Wiało, majtało, ale byliśmy i widzieliśmy. Po tych dwóch dniach zapamiętamy Cortinę jako groźną i wietrzną. Jakoś wolę Sellę, choć ta trasa z Forcelli… Albo te trasy na Falorii, nie mówiąc o Tofanie…

.

Sobota, 19 marca. Co prawda, w soboty zazwyczaj wraca się do domu, ale wówczas nie mieliśmy psa (pies przyplątał się do nas jakiś czas potem i tak już został), pogoda była piękna, więc postanowiliśmy pojeździć jeszcze na Kronplatz’u. To w zasadzie po drodze. Spać będziemy w Klagenfurcie. http://www.kronplatz.com/pl  Z tym, że taką wycieczkę dobrze jest zaplanować już pierwszego dnia i kupić karnety na siedem dni. Dokupywanie karnetu na kolejny dzień wypada nieco drożej.

Z La Villi czy Corvary, do pierwszych wyciągów na Kronplatz, znajdujących się w miejscowości Piculin (Piccolino koło San Martino), jest zaledwie piętnaście, dwadzieścia minut jazdy. Koło stacji gondoli jest wygodny parking, gdzie można zostawić samochód i wyciągami przez San Vigilio dojechać na sam szczyt Plan de Corones (2275 m n.p.m.) Można oczywiście pojechać dalej, do Brunico, gdzie jest olbrzymi wyasfaltowany parking, restauracje, wypożyczalnie sprzętu, gra głośna muzyka, no ale to jest ponad 30 km i około czterdziestu minut jazdy, pod warunkiem, że nie ma korków. A zwłaszcza w sobotnie poranki, korki się zdarzają.

Kronplatz

Kronplatz

Kronplatz może naprawdę zaskoczyć każdego. Nas na pewno zaskoczył. Pomimo, że wokoło było zielono, wszystkie trasy narciarskie były naprawdę wyśmienicie przygotowane.

Niektórzy, zostali kompletnie powaleni... Foto by BG

Niektórzy, zostali kompletnie powaleni… Foto by BG

Ku naszemu zdumieniu okazało się, że czarne i czerwone trasy w kierunku Brunico, czyli 1, 2, 3 i 4, są więcej jak fantastyczne.

Patrz mapka: http://www.kronplatz.com/smartedit/documents/download/12_191_faltkarte_skipistenplan.jpg

Czegoś takiego dawno nie widziałem i nie czułem pod nartami. Długie, strome, twarde, no może nawet trochę zbyt twarde, szybkie, wymagające technicznie. Jazda niesamowita. Kto by pomyślał, że koło takiego nieciekawego (nieciekawego z punktu widzenia narciarza) miasteczka jak Brunico, jest taka góra z takimi trasami.

czasami trasy poprowadzone są przez lasy...

czasami trasy poprowadzone są przez lasy…

.

...a czasami po otwartych polanach. Gdzieś na czarnej 2B.

…a czasami po otwartych polanach. Gdzieś na czarnej 2B.

Jeździmy i nie możemy się najeździć, wszyscy zaczynają żałować, że dopiero teraz tu przyjechaliśmy. Czerwone 21, 22 i 23 też niczego sobie, długie, zaczynają się leniwie jako niebieskie 5 i 6, poprowadzone łąkami, wśród młodego lasu, by z każdą chwilą stawać się coraz bardziej strome, bardziej zmuldzone i coraz trudniejsze technicznie. Trasy w kierunku na Piccolino też niezłe, choć te położone są od południowej strony i dużo niżej, tak że są miękkie i wąskie, z braku śniegu.

czarna 45 z Piz de Plaies do Piculin. Ponad 500 m przewyższenia.

czarna 45 z Piz de Plaies do Piculin. Ponad 500 m przewyższenia.

W dolnym odcinku czarna 45 jest jedynie białym dywanikiem, wijącym się wśród zielonych pól, na których, o tej porze roku pasą się już krowy. Ale jest świetna. Kawał góry. Warto nią przejechać, zwłaszcza rano, jak jest twarda i gładka. Wszystkie trasy są tutaj długie, a wiele, zwłaszcza tych niebieskich, bardzo szerokich. Przyjemnie. Obok trudnych tras, wiele łatwych, dla dzieci i młodych matek, a ponieważ góra nie jest zbyt wysoka, jest zacisznie i ciepło, każdy znajdzie tam coś dla siebie.

pożegnalna fotka na Piz de Plaies 1620 m

pożegnalna fotka na Piz de Plaies 1620 m

.

Koło szesnastej wsiadamy w samochody i jedziemy do Klagenfurtu. Na terenie uniwersytetu jest tani i o dość dobrym standardzie hostel. Jadąc przez Lienz, mamy do przejechania 230 km, co zajmie nam około trzech godzin. W sam raz. http://www.hihostels.com/dba/hostels-Klagenfurt—Universitätsviertel-004007.en.htm#tabs=0 lub http://www.oejhv.at/index.php?id=61 Jego największą zaletą (tego hotelu), oprócz tego, że łatwo tam dojechać i że jest w odpowiedniej odległości, są całkowicie wyposażone kuchnie dostępne dla gości, tak że wieczorem można przygotować sobie kolacyjkę. Zwłaszcza jak się podróżuje z dziećmi, jest to wygodne. Pokoje są z łazienkami. W cenie noclegu jest też śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Może nie jest jakieś specjalnie wyszukane, ale są świeże, chrupiące bułeczki, wędliny, dżemiki. W każdym razie, śniadanie jest nieporównywalnie lepsze jak w hotelach Formuła1 lub Etap. Nikt głodny od stołu nie odejdzie.

.

.

Kraków, lipiec 2013 – czerwiec 2014

.

z bliska żleb nie wygląda już tak groźnie... chociaż

z bliska żleb pod Forcellą nie wygląda już tak groźnie… chociaż…

.

Colfosco...

Colfosco…

.

śniegu tu nigdy nie brakuje...

śniegu tu nigdy nie brakuje…

.

gdzieś na Piz la Villa

gdzieś na Piz la Villa

.

12
lip
13

-Podróż XXI, XLVI, XLVII – Hintertux

Podróż XXI, XLVI, XLVII, XLVIII

.

Byliśmy na Hintertuxie

.

                                                                                                                                                                                                                                                                              Sobota, 21 kwietnia. Jedziemy na Hintertux. To jeden z najstarszych ośrodków narciarskich w Austrii. Na ten lodowiec jeździliśmy już wielokrotnie (ostatnio byłem tu trzy tygodnie temu), zwykle rodzinnie, z dziećmi i przeważnie na długi, listopadowy weekend. Zwykle mieszkaliśmy w Finkenbergu, gdzie chyba najbardziej polecałbym pensjonat Zellerhof. http://www.zellerhof.at/

Wynajęliśmy tam kiedyś, duży, jedenastoosobowy (a może nawet 15-osobowy) apartament, bardzo ładny, z olbrzymią kuchnią, połączoną z jadalnią, czterema sypialniami i dwoma łazienkami, pachnącą pościelą i całymi stosami białych ręczników. W piwnicach była sauna. To wszystko za 150,- eur za cały apartament, dziennie, ale poza sezonem. Ostatnio pisałem do nich w sprawie wynajęcia apartamentu na początku grudnia i cena się nie zmieniła.

Wówczas droga była trudniejsza, nie było tylu autostrad i dróg szybkiego ruchu. Droga z Bielska Białej do Cieszyna praktycznie nie istniała, gdyż była w przebudowie. O autostradzie A1 z Gliwic do Czech, nikomu się jeszcze nie śniło, a od granicy Czesko-Austiackiej do autostrady A1 jechało się wąskimi, lokalnymi drogami, przez tamtejsze wsie i miasteczka.

Tak więc przeważnie jeździliśmy autostradą A4 do Katowic, potem drogą 81 przez Mikołów, Żory, następnie 938 do Cieszyna, gdzie na granicy niejednokrotnie trzeba było nawet godzinę odpokutować. Granicę Czesko-Austriacką przekraczaliśmy w Znojmie, albo w Laa. Na pocieszenie, można było w strefie wolnocłowej kupić sobie parę butelek przedniej whisky, żonom perfumy, dzieciom słodycze, zjeść niewielki lunchszczyk w restauracyjce, zatankować też paliwo. Ceny na alkohol i perfumy, były wówczas przeważnie o mniej więcej połowę niższe jak w Polsce na te same artykuły. Nawet paliwo było tutaj tańsze, niż w głębi Austrii. Dawało to naprawdę sporo radości.

Niestety, te romantyczne czasy, kiedy to bywało, że nawet nocowaliśmy w Austrii, jadąc do znacznie bliżej położonego Alpbachu, dawno już minęły. Czas przejazdu skrócił się na tyle, że o nocowaniu w pensjonacie u Pani Raczew pod Wiedniem, nie ma co nawet myśleć, a miłe imprezy, jakie miały tam miejsce uległy zapomnieniu.

Teraz zwykle jeździmy przez Gliwice, A1 w kierunku na Ostravę. Więcej na temat przejezdności autostrady A1 pomiędzy Gliwicami a Ostrawą, kupowaniu winietek na Czechy i Austrię oraz możliwości zatankowania paliwa, na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

Na wysokości miejscowości Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem jest Oldtimer, a w zasadzie Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami za paliwo, niż na całej autostradzie. Tankowałem tam kilka razy diesla i byłem zadowolony, choć czuje się tam powiew atmosfery jak z filmów Quentina Tarantino… Zwłaszcza nocą…

Trasa liczy około 950 km, a czas przejazdu to około 10 godzin. No, z postojami to może 11 godzin

Tym razem wybrałem się z Markiem i Fredkiem. Zakładamy że będziemy jeździć trzy, cztery dni, w zależności od pogody. Jedziemy do miejscowości Juns, położonej już za Tuxem ale kilka kilometrów przed Hintertuxem (co wydaje się być jak najbardziej logiczne). Mamy tam zarezerwowane pokoje w hotelu Grunen Tor http://www.gruenentor-tux.at/  ( 47.138519,11.710042 ).

.

widok z sauny hotelu Grunen Tor, na Rastkogel. A może to Eggalm?

widok z sauny hotelu Grunen Tor, na Rastkogel. A może to Eggalm?

Mamy mieć też oczywiście śniadania i obiadokolacje. Na poddaszu są sauny, z pięknym widokiem na Rastkogel, czy też inny Eggalm. To wszystko za około 70,- euro od osoby za dzień. Taki mały wypasik. Zdecydowaliśmy się na ten hotel, gdyż słynie on z wybornego jedzenia, miłej atmosfery, oraz z tego względu, iż znajduje się niecałe 5 km od parkingu przy dolnej stacji gondoli na lodowiec, już za wszystkimi zakrętasami i serpentynami, a ich pokonanie, po nawet niewielkich opadach śniegu, może stwarzać czasem problem, kiedy to jacyś Holendrzy czy inni Belgowie próbują zakładać łańcuchy, stojąc na środku drogi. Co prawda takie sytuacje zdarzały się w listopadzie, a teraz jest kwiecień, sucho, ciepło, Holendrów chyba nie ma. No ale jednak – sicher is sicher, jak mawiają tubylcy.

jedzonko w Grunen Tor

jedzonko w Grunen Tor

.

O tej porze roku możemy jeździć tylko na lodowcu i jego okolicach, ale cały rejon składa się z kilku ośrodków (Penken, Rastkogel, Eggalm, Ahorn, czyli Zillertal3000 oraz Hoch Zillertal, Spieljoch i Zillertal Arena), położonych w jednej dolinie – Zillertal, tak że w sezonie można mieć do wyboru kilkaset kilometrów tras położonych na różnych wysokościach i o różnym stopniu trudności. Niestety, do każdego ośrodka trzeba dojechać samochodem (choć teoretycznie są one ze sobą połączone i dla tych co sobie chcą pozwiedzać a nie pojeździć, polecałbym przemieszczanie się nartostradami, wyciągami i skibusami, zwłaszcza skibusami) Nie są to duże odległości, ale drogi są tu kręte i często leży na nich śnieg. Więcej informacji na http://www.tux.at/ i tu http://www.hintertuxergletscher.at/ 

.

Niedziela, 22 kwietnia. Od rana sypie. I to solidnie. Sądząc po ilości śniegu na okolicznych dachach i drzewach, musiało sypać też przez całą noc. Drogi białe, leży na nich sporo śniegu. Wszędzie dookoła wiosna, a tu styczeń. Lodowca Hintertux nie widać. Żadna nowina, na Hintertuxie ciężko o dobrą pogodę, tu zawsze, mówiąc kolokwialnie, piździ i jest minus 200 C.

przed dolną stacją kolejki gondolowej na Hindertuxer Gletscher

Po wybornym i obfitym śniadaniu pojechaliśmy więc najpierw do pobliskiego kościoła w Finkenbergu (kiedyś, w czasie jednego z listopadowych pobytów, gospodyni z pensjonatu Zellerhof śpiewała w nim razem z lokalnym chórem), zjazd w dół był bezproblemowy ale w czasie drogi powrotnej musieliśmy omijać jakichś Holendrów stojących na środku drogi i zakładających łańcuchy. Miny mieli nie tęgie, widać że nie bardzo wiedzą jak to połączyć, żeby łańcuch był tam gdzie ma być i jeszcze dało się jechać. Kawałek dalej Belgowie, to samo. Oni tak zawsze, zobaczą trochę białego i od razu popłoch… Należy zaznaczyć, że śniegu leżało na drodze kilka centymetrów i zakładanie łańcuchów było raczej bez sensu.

Pojechaliśmy więc pod dolną stację gondoli ( 47.108122,11.675742 )  na piwo lub herbatkę, ot tak, dla zabicia czasu. Sądzimy że po południu pogoda się poprawi, chcemy więc kupić popołudniowe karnety, takie na dwa i pół dnia. Więcej informacji o karnetach na:

http://www.hintertuxergletscher.at/de/tickets-infos/preise-winter.html

Mamy wielką ochotę natychmiast wjechać na górę, ale wiemy że przy zerowej widoczności i tej wysokości, zapewne u większości z nas pojawią się objawy choroby wysokościowej, co zepsuje nam resztę dnia. Więc z rozsądku aklimatyzujemy się popijając piwko… Tak, no powiedzmy, że z rozsądku.

Marek i Fredek w knajpeczce przy dolnej stacji

I faktycznie, po dwunastej chmury się rozwiały i zobaczyliśmy szczyty. Pięknie. Na górze zimno. -180 C ! (jest koniec kwietnia!) Ale pięknie. Zdążyło nasypać sporo śniegu, więc jeździmy po świeżym.

Widok z Juns na Kl. Keserer i wyciąg Larmstange oraz Sommerbergalm

Zaczynamy od stoków na Sommerbergalm (2100 m). Patrz mapki tras:

http://www.hintertuxergletscher.at/de/skifahren/pistenplaene.html

i dość niezła, graniowa mapka: http://maps.tux.at/nefos_app/frontend/page/tux/de#overview,1323 tylko tam sobie trzeba wybrać region i zaklikać trasy i wyciągi.

Albo jeszcze taka, ciekawa mapka ale niestety są na niej same wyciągi. Muszę jeszcze popracować żeby były też trasy.

http://www.openstreetmap.org/?lat=47.0795&lon=11.6725&zoom=13&layers=M

Stoczki w sam raz na początek. Takie, raczej leniwe, raczej łagodne. Na mapkach trasy oznaczone są jako niebieskie i takie właśnie są. Można tu jeździć z dziećmi. Obecnie, jest tu orczyk na małym stoczku i wygodne, wyczepiane, 4-o osobowe krzesło z osłonami przed wiatrem.

Sommerbergalm

Po kilku zjazdach pchamy się Gletscherbusem na 3250 m. Na szczycie (Gefrorene Wand) faktycznie zimno, wieje wiatr ale świeci słońce. Tu zwykle wieje wiatr, takie miejsce…

Gefrorene Wand 3250 m n.p.m. Widok z tarasu nad stacją gondoli

Gefrorene Wand 3250 m n.p.m. Widok z tarasu nad stacją gondoli

Obok wyjścia ze stacji, jest wejście do podziemnej jaskini, a właściwie zespołu największych w Alpach, lodowych jaskiń udostępnionych do zwiedzania. Kto nie bardzo chce jeździć na nartach, może na półtorej godziny zapuścić się w podziemny świat. Koszt to 16,- euro. W cenie jest przewodnik, dostaje się też kask, ale można iść we własnym, narciarskim czy też snowboardowym, można iść też w butach narciarskich. Jest tam trochę metalowych schodów, ale spokojnie można je pokonać, nawet w butach narciarskich. Wejście do lodowych grot, znajduje się sporo poniżej górnej stacji gondoli. Zejście nie jest problemem, za to powrót, pod stromą górę, na wysokości 3200 m, powoduje lekką zadyszkę. Niektóre korytarze są wąskie i niskie, ale nie miałem tam, jakichś klaustrofobicznych objawów.

wśród lodu

wśród lodu

www-DSC_0586

czysty, żywy lód.

www-DSC_0596

niektóre korytarze są ciasne

Korytarze i sale są oświetlone i dość dobrze przewietrzane, tak że nawet osoby nieco bardziej wrażliwe, mogą pokusić się o taka przygodę. Dla wyjątkowych wielbicieli podziemnego świata, organizowane są nawet czterogodzinne wycieczki, niestety już za dużo większe pieniądze, bo aż 50,- euro od osoby, w pięcioosobowej grupie. Więcej na http://www.tux.at/en/glacier/glacier-experiences.html

 .

My jednak wolimy słyszeć w uszach świst wiatru, więc póki co, robimy trasy wzdłuż orczyków Gefrorene Wand (5, 4, 8 i 8a) i Olperer (9 i 9a) oraz 3-ką w dół, do Fernerhaus. Wszędzie wokoło nieskończone pola śnieżne, ciągniemy długimi skrętami w miękkim śniegu. Tu raczej ciężko się zgubić. Jadąc w dół i tak dojedziemy do Fernerhaus.

Widok ze szczytu, na trasy wzdłuż orczyka Olperer, po lewej widoczny wjazd na trasę nr 5

Widok ze szczytu, na trasy wzdłuż orczyka Olperer, po lewej widoczny wjazd na trasę nr 5

.

www-DSC_0625

tak samo, tylko z chmurkami…

Zapuściliśmy się też na „drugą” stronę, na trasy wzdłuż krzesła Schlegeis. Krzesło jest raczej starsze, wolne i dzisiaj niemiłosiernie na nim wieje, tak że całe się kiwa i sprawia wrażenie, że za chwile się urwie. Ale zjazd trasą ( czerwoną 5-ką ) wzdłuż niego, godny polecenia. Ten stoczek jest bardzo przyjemny, choć czasami lubi być oblodzony, ale to raczej o innej porze roku. Choć, miesiąc temu, w marcu – był. Czarna 5a w zasadzie jest zawsze zamknięta, choć jak jest wystarczającego dużo świeżego śniegu, to po prostu traktujemy przejazd nią, jak jazdę poza trasą.

widok na "drugą stronę" i krzesło Schlegeis

widok na „drugą stronę” i krzesło Schlegeis

Wracamy na „naszą” stronę. Po całonocnych i dopołudniowych opadach śniegu, trasy są miękkie i w niektórych miejscach zdążyły się potworzyć spore muldy, ale śniegu jest mnóstwo i jazda jest wspaniała. Szkoda że nie wziąłem swoich nowych K2 RICTOR , byłyby dobre na taki śnieg. Fredek, którego samochodem pojechaliśmy, marudził że ma małą „trumnę” i że się nie zmieści tyle nart, więc zabrałem swoje uniwersalne, sprawdzające się na każdym śniegu Salomony Equipe SC. I tak wykazałem więcej rozsądku, bo Marek wziął Atomicki D2 Race SL… Typowe slalomki na twardy i dobrze przygotowany stok. Potem się tłumaczył, że gdyby wiedział, że ja biorę salomonki, to on też by wziął, że nie wiedział i takie tam. Ale trzeba przyznać że dawał sobie radę na nich znakomicie.

Czas szybko mija i trzeba wracać, no ale zaczęliśmy jeździć dzisiaj dopiero koło południa. Wracamy jedyną możliwą trasą powrotną, czyli nr 2- Spannagelabfahrt i jej wariantem 2a – Morane.

Trasa 2-Spannagelabfahrt

Nie można się ociągać, gdyż aby wrócić na Sommerbergalm musimy zdążyć na poszóstne krzesło Sommerberg, które co prawda nieco dłużej jest czynne, no ale tylko – nieco. Oczywiście, tak z samego szczytu Gefrorene Wand jak i każdej pośredniej stacji gondoli można wrócić w dół kolejką, no ale to może dotyczyć matek z dziećmi na ręku i innych takich.

Wracamy na parking czerwoną, niby pozatrasową 1a – Schwarze Pfanne. Aby na nią wjechać, należy po powrocie na Sommerbergalm, wjechać krzesłem Tuxerjoch (które nie chodzi „nieco dłużej”, więc choćby z tego względu nie należy się ociągać) i potem jadąc w dół niebieską 17, trzymać się lewej strony trasy. Wjazd na Pfanne jest mniej więcej w połowie góry i jest oznaczony dość dużą, zieloną tablicą.

Jak widoczność jest dobra, to nie ma problemu. Jak ktoś nie trafi i zjedzie zbyt nisko, to albo musiałby podchodzić albo jak najszybciej zjechać do stacji gondoli, póki ta jeszcze zwozi narciarzy w dół, do parkingu. W środku zimy, pewnie można by też zjechać trasą nr 1 – Waldapfahrt, ale w listopadzie, bądź kwietniu może być trudno.

Skręcamy w lewo, na ukośnie biegnącą w poprzek zbocza ścieżkę. Z daleka wygląda jakby szła nieco pod górę i faktycznie trzeba się nieco rozpędzić wjeżdżając na nią, aby potem nie trzeba było mozolnie odpychać się kijami. Mijamy żebro grani i jesteśmy po drugiej stronie. Trasa jest jednak przygotowana i dobrze oznakowana. Trochę stoków, trochę wąskiej nartostrady, ale żadnych trudności, tak że bez przeszkód zjeżdżamy do parkingu. W samochód i do hotelu. Trzeba przyznać że mimo rozpoczęcia jeżdżenia w południe, był to udany dzień o czym świadczą zadowolone miny moich kolegów.

Marek i Fredek przed hotelem Grunen Tor, w tle lodowiec

Przed kolacją jeszcze sauna (do wyboru jest parowa i sucha), nic specjalnego ale przyjemnie się wygrzać. Sama kolacja to już temat na osobną opowieść. Poezja. W tego typu hotelikach czy też pensjonatach są zazwyczaj dwa dania do wyboru, na które trzeba się zdecydować wcześniej, np. podczas śniadania. Obiad składa się z zakąski, zupy, dania głównego i deseru, do tego bar sałatkowy, sery i wędliny bez ograniczeń. Herbata, napoje gazowane w cenie. Za wina trzeba zapłacić extra.

.

Poniedziałek, 23 kwietnia. Rano piękna pogoda, więc już przed dziewiątą (!) byliśmy na dolnej stacji gondoli Gletscherbus. Biorąc pod uwagę wyśmienitą kolację i równie wyśmienite i obfite śniadanie, jest zrozumiałym, iż nie było żadnych, ale to żadnych możliwości abyśmy dotarli tu nawet nieco wcześniej. Niestety, zanim zdążyliśmy wjechać na samą górę, pogoda zdążyła się popsuć. Wjechaliśmy więc gondolką Gefrorene Wand „tylko” na 3033 m. No, mówię wam, wszędzie dookoła kwiecień, a tu grudzień.

Marek i Fredek przed górną stacją gondoli Gefrorene Wand 3033…

Śniegu przybywa w oczach. Po paru godzinach jeździmy w puchu do kolan. Jeździmy brzegiem tras zjazdowych, bo wtedy widać tyczki i siatki, jest przynajmniej jakiś punkt odniesienia. Niektórzy jeżdżą, inni fikają koziołki… No, ale faktycznie, widoczność zerowa, błędnik reaguje obłędnie…

…i chwilę później

Zjeżdżamy więc na Sommerbergalm, gdzie jest ciepła, duża, dobra knajpa z płonącymi kominkami (teraz i w tej na Fernerhaus jest kominek, piękne toalety, ale wówczas była jakaś wymarła), co się przydaje, bo jesteśmy (mimo posiadania gorotexowej odzieży) nieco wilgotni. Zwłaszcza ci co fikali koziołki w zaspach. W czasie naszych listopadowych wyjazdów tutaj i na Fernerhaus dominował język polski, tak że zupełnie naturalnym było pytanie: „czy ten stolik będzie wolny?” Teraz tylko jedna z kelnerek okazuje się być Polką. Z uwagi na pogodę większość stolików jest zajęta, ale dominuje język niemiecki. Za tydzień będzie długi, majowy weekend i pewnie wówczas zjedzie tu więcej naszych rodaków.

Po południu, pogoda zaczyna się poprawiać. Coraz lepiej i dalej widać, zwłaszcza wyżej, więc znowu w górę. Jazda staje się naprawdę ekscytująca. Pół metra świeżego, zmrożonego śniegu, ludzi niewiele, pewnie pojechali do domu nie wierząc, że pogoda się poprawi, no bajka. Nad górami kłębią się jeszcze pojedyncze obłoki, więc raz jedziemy w pełnym słońcu, raz w cieniu.

Widok z 2-Spannagelabfahrt na dolinę

Widok z 2-Spannagelabfahrt na dolinę

Że ja nie wziąłem tych K2 RICTOR. Na trasach jest tyle śniegu że byłyby akurat. A poza trasami? Poza trasami istny raj. Cały rejon wzdłuż starego, ledwo jeżdżącego krzesła Larmstange, to jedna wielka pozatrasowa trasa. Ze skruchą muszę przyznać że jakoś nie wybraliśmy się tam, sam nie wiem dlaczego, chyba mieliśmy dość (oczywiście w sensie, dostatecznie dużo), głębokiego śniegu na samych trasach. Albo się starzejemy… Albo to przez te kolacyjki i śniadanka…

Znowu wracamy przez Schwarze Pfanne. Zanim zdążyliśmy dojechać do parkingu, pogoda znów się popsuła. W dolinach znowu zaczęły się kłębić chmury i mgły i jeszcze tylko nad szczytami widać było błękitne niebo.

Gdzieś tam pod chmurami i mgłami jest Tux i Juns

Cały czas mamy ujemne temperatury, na szczytach raczej bliżej -150 C, w dolinach tylko lekki mrozik. Tylko koło hotelu, po południu jest parę kresek powyżej zera.

Zbliżamy się już do parkingu

Tak że zjazd do samego parkingu jest bezproblemowy, zresztą przez ostanie dwa, trzy dni spadło w sumie chyba z metr świeżego śniegu.

Podczas kolacji z okien jadalni wychodzących na na północ, rozpościera się widok na oświetlone zachodzącym słońcem, nieśmiało odsłaniające się z mgieł, stoki, któregoś z nieczynnych już ośrodków nad Mayrhofen. Wydaje mi się, że jest to raczej Rastkogel, choć może też być to Eggalm. W każdym razie pogoda się poprawia a gospodyni twierdzi, że jutro będzie ładny dzień.

widok z okien naszego hoteliku

.  

a, to też widok z naszgo hoteliku, tyle że dwa lata później, w maju.

a, to też widok z naszgo hoteliku, tyle że dwa lata później, w maju.

                                                                                                                                                                                                                                                                         

Wtorek, 24 kwietnia. Istotnie rano widoki, jak z folderów reklamowych. Jest mroźno i słonecznie, śnieg porywany podmuchami wiatru mieni się i połyskuje, że aż oczy bolą. Wiatr jest momentami huraganowy, gondole pod jego ciosami zataczają się jak pijane, ale wszystkie wyciągi działają. Przy takim wietrze na Kasprowym, to nawet orczyki by wyłączyli, na szczęście na Kasprowym nie ma orczyków.

Gefrorene Wand w zawiei

Po wjechaniu na szczyt Gefrorene Wand, pokręciliśmy się trochę wzdłuż orczyków Gefrorene Wand i Olperer, a następnie trasami 8-Slalohang, 3-Tuxer Fernerhaus, 2-Spannagelabfahrt i 2-Morane dojechaliśmy do krzesła Larmstange. Chcemy dziś więcej pojeździć wzdłuż orczyków Kaserer 1 i 2. Problem w tym, że do tego miejsca można się dostać albo tak jak opisałem powyżej, albo poprzez „poziomy” odcinek trasy 11-Kaserer. Z górnej stacji orczyków Olperer nie ma możliwości tam dojechać.

Gdzieś trochę poniżej Fernerhaus

Trasy wzdłuż orczyków Kaserer, zwłaszcza niebieska 12-Hollscharte, wydawały mi się dotąd marne, ale myliłem się. Zarówno ta niebieska jak i czerwona 11-Kaserer okazały się przepiękne, szerokie, gładkie i o równym nachyleniu. Można było przemierzać śnieżne pola długimi skrętami, płynąc lekko w miękki śniegu. Ludzi tu też znacznie mniej, zaledwie kilka osób, tak że podczas większości zjazdów na stoku byłem sam. Bardzo przyjemne uczucie. Oczywiście nie są te trasy jakoś przesadnie strome, ale w końcu chodzi o przyjemność z jazdy a nie o bicie rekordów w kącie nachylenia.

Stok wzdłuż orczyka Keserer1 i 2

Stok wzdłuż orczyka Keserer1 i 2

Potem przenieśliśmy się na czerwoną 11a-Kaserereck i czarną 11b-Sonnenhang. Ta czarna to naprawdę czarna, kawał góry, bardzo stromy stok o jednakowym nachyleniu. Jest po czym pojechać. Tutaj można bić rekordy w nachyleniu stoku. Pogoda wspaniała, słońce, mięciutki, świeżo spadły śnieg, błękitne niebo usiane niewielkimi obłoczkami i nawet porywisty wiatr jakoś nie dawał się we znaki. Czy trzeba czegoś więcej?

A to orczyk Keserer2. Po jego lewej i prawej stronie, trasa 12-Hollscharte

A to orczyk Keserer2, Po jego lewej i prawej stronie, trasa 12-Hollscharte

Nad całym tym śnieżnym polem, góruje skalne żebro szczytu Kl. Kaserer, zakończone ostrym, wyglądającym jak stępka wielkiego okrętu, urwiskiem – to już Larmstange. Bardzo charakterystyczny kształt, widoczny nawet z Juns i oczywiście z Tuxu i Hintertuxu, pozwala łatwo zlokalizować tereny po których się jeździ. Z bliska wygląda groźnie, pionowa ściana od wschodu, od zachodu śnieżne kotły, co nie przeszkadza, że ktoś tam zjechał na nartach, zostawiając na świeżym śniegu ślady.

Larmstange 2686 m n.p.m.

Po całym dniu spędzonym pod pionowymi ścianami Kl. Kaserer, wracamy, jak zwykle przez Schwarze Pfanne. Tu, w dolinie jest zacisznie i ciepło, wiatr tu nie dociera. Dopiero teraz czuję, że koniec nosa albo i ucho mam trochę przymrożone. Ale gorąca sauna i kieliszeczek czegoś mocniejszego przed kolacją czynią cuda i wszystko wraca do normy.

.

Środa, 5 grudnia. Jak ten czas szybko leci. Nie wiedzieć kiedy minęło pół roku. To już zupełnie inny wyjazd. W tym roku postanowiliśmy rozpocząć sezon znacznie później niż zwykle, ale za to pojechać na cały tydzień. Wybraliśmy się więc w dwie rodziny, w sumie osiem osób i pojechaliśmy w sobotę, 1-szego grudnia do Finkenbergu.

Widok z Finkenbergu na Mayrhofen

Widok z Finkenbergu na Mayrhofen

Zwabieni dobrymi zdjęciami w internecie, zdecydowaliśmy się na wyglądający na bardzo wypasiony, apartament Fieg.  http://www.fieg.at/de/home.html Był w zasadzie dwa razy droższy niż np. Zellerhof, więc spodziewaliśmy bóg wie czego. Jednakże już na miejscu okazało się, że pani właścicielka jest jakby zdegustowana naszym przyjazdem. Przywitała nas z kwaśną miną i obwieściła że w cenie jest tylko jedno wejście do sauny, a każde następne jest płatne po 5,- euro od osoby (trzeba jednak przyznać że wystrój i funkcjonalność sauny robiły wrażenie), również okazało się że w ozdobnych piecach może palić jedynie właściciel, więc machnęliśmy ręką na te piece i nawet nie zapytaliśmy ile kosztuje to palenie. Same apartamenty okazały się dużo mniejsze i o wiele mniej atrakcyjne niż by to wynikało ze zdjęć w internecie. Ale generalnie nie było się do czego przyczepić. Średnia cena za osobę wyniosła prawie 34,- euro, więc dość dużo, biorąc pod uwagę że to bez śniadania, no ale z psem i z bułeczkami i z tą sauną. Strasznie drogo.

A to wszystko przez Maćka. Proponowałem żebyśmy pojechali do Zellerhof i wzięli tam ten duży apartament (Ahorn) za 18,- euro od osoby dziennie, z sauną bez ograniczeń w cenie ( http://www.zellerhof.at/ahorn.html ),  albo taki z Interhomu http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/mayrhofen+zillertal/at6290.580.1 , dobrze położony, za jedyne 12,- euro od osoby. Albo ewentualnie taki: http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/mayrhofen+zillertal/at6290.700.1 po 13,- euro, ale aż w Hippach, więc się nie napierałem… Ale Maciek zaczął marudzić, że mało łazienek (bo, po dwie i po dwa osobne WC) i że we wspólnej kuchni będziemy sobie przeszkadzać (po dwudziestu latach wspólnych wyjazdów?!) i takie tam. Doszedłem więc do wniosku, że chłopak chce sprawdzić siłę swoich pieniędzy (jakiś napadziorek zrobił, czy co?) i zamówiłem najdroższy jaki był w okolicy… Więc, wybór padł na Fieg. Bez sensu.

Na pocieszenie okazało się, że w dniu poprzedzającym nasz wyjazd otwarto autostradę A1 pomiędzy Świekrlanami a Ostrawą. Okazało się, że jest prawie przejezdna, ale ponieważ „prawie” robi wielką różnicę, to jednak należy około 11 km przejechać po lokalnych drogach. No ale i tak byliśmy zadowoleni, gdyż przejazd przez Wodzisław to była wyjątkowa męczarnia (obecnie, już cała autostrada jest przejezdna). Więcej na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ .

.

www-IMG_0486

Tux

Początek grudnia to czas adwentu, a więc radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. W Tyrolu, czuje się tę radość na każdym kroku. Wsie są udekorowane, na domach, drzewach i latarniach ulicznych wiszą setki kolorowych lampek, w oknach palą się adwentowe świece. Widziałem małe dzieci przebrane za aniołki (miały skrzydełka u ramion), biegnące po chrzęszczącym śniegu do pobliskiego kościoła, z którego było już słychać próby lokalnego chóru. Padający leniwie śnieg dopełniał całości, tak że każda wieś wyglądała jak jedna wielka bożonarodzeniowa szopka. To zupełnie co innego, niż ten sam czas w dużym, polskim mieście…

Autor, tuż przed wyjściem z zacisznej gondolki

Autor, tuż przed wyjściem z zacisznej gondolki. Foto by MF

Na samym Hintertuxie, jak to na Hintertuxie, było -21o C i wiał huraganowy wiatr, co dawało tzw. temperaturę odczuwalną w pobliżu -30o C. Ponadto, raz padał śnieg, a za chwile świeciło piękne słońce. Jak zwykle na Hintertuxie. W każdym razie neoprenowa maska była jak najbardziej pożądana. Na trasach leżała spora warstwa świeżego, miękkiego śniegu, niestety poza trasami było go jeszcze bardzo mało. Cały obszar wzdłuż krzesła Larmstange, razem z tym krzesłem był zamknięty. Wystawały tam ostre skałki i kosodrzewina. Pomimo tego znalazłem parę miejsc gdzie udało mi się jednak coś pojeździć poza trasami, na moich, ciągle nowych K2 RICTOR i muszę przyznać że są zajefajne. Skręca się na nich jak na krótkich slalomkach, w głębokim śniegu po prostu płyną a w zasadzie wypływają na powierzchnię, zupełnie nie czuje się ich długości (moje mają 175 cm) i szerokości, na trasie zachowują się lepiej niż gigantki. Na twardym też pojadą, choć na twarde to ja wolę Atomic’ka RACE D2 SL. Po takich doświadczeniach, jeszcze bardziej żałowałem że nie miałem ich podczas poprzedniego przyjazdu tutaj, w kwietniu, kiedy to warunki do jazdy poza trasami były wręcz znakomite.

to jeden z momentów kiedy mróz koszmarny, zmieniał się na mróz tylko okropny

to jeden z momentów kiedy mróz koszmarny, zmieniał się na mróz tylko okropny

I tym razem mogliśmy jeździć jedynie na lodowcu. Trasy na Penkenie, Eggalmie i Rastkoglu były jeszcze zamknięte.

.

Niedziela, 04 maja. Znowu jesteśmy na Hintertuxie. W zasadzie nie ma co pisać jak było. Zdjęcia pokażą wszystko.

wszędzie dookoła mgły i chmury, a tu niedziela...

wszędzie dookoła mgły i chmury, a tu niedziela…

.

żelazny punkt programu, zdjęcie na tle Gefrorene Wand

żelazny punkt programu, zdjęcie na tle Gefrorene Wand

.

ludzi mało, pogoda piękna...

ludzi mało, pogoda piękna…

.

w sumie widoczność dobra, a kłębiące się chmury, dodają tylko uroku

w sumie widoczność dobra, a kłębiące się chmury, dodają tylko uroku

Cały poprzedni dzień i całą noc mocno sypało. Jednakże, ranek przywitał nas pięknym słońcem, prawdziwie zimowym mrozem (termometry pokazywały -12C, co przekładało się na tzw. temperaturę odczuwalną wynoszącą -18C. W maju!), no i śniegiem po kolana… No dobrze, może do połowy łydki, ale i tak było pięknie.

www-DSC_0653a

Ola poza trasą. Jak widać ma Rossignole Soul 7

Jeździliśmy więc głównie poza trasami. Jak się okazuje, w terenie, K2 RICTOR nijak się mają do Rossignoli Soul 7, lub podobnych. Dopiero na takich nartach, można naprawdę pojeździć poza trasami. Oczywiście są to narty dedykowane do jeżdżenia po miękkim i na normalnej, twardej trasie nie będą sprawowały się dobrze, a RICTOR od biedy pojedzie i tu i tam.

www-DSC_0646

.

www-DSC_0647

.

www-DSC_0648

.

Takie rzeczy, to jednak tylko na Hintertuxie.

.

.

.

Tak, ten Hintertux jest naprawdę niezły, a że jest to jeden z najbliżej położonych lodowców (tylko Molltaler Gletscher jest o około 100 km bliżej, no ale nie można Hintertuxu porównywać z Molltalerem), to bez wątpienia jest to numer jeden w rankingach. Tylko ta pogoda. Chyba nie można planować przyjazdu tutaj z dużym wyprzedzeniem, raczej należy się zdecydować na wyjazd, jak prognozy pogody są pomyślne. Pogodę można śledzić na kilku portalach. Dość dobry jest

http://www.skionline.pl/pogoda/austria-tyrol-hintertux-lodowiec,osrodek,161.html

gdzie można z czternastodniowym wyprzedzeniem sprawdzić pogodę a na http://www.snow-forecast.com/resorts/Hintertux/6day/mid można na około 10 dni naprzód oglądać animacje satelitarne, które pozwalają śledzić rozwój i przemieszczanie się frontów atmosferycznych.

I jeszcze taki: http://pl.bergfex.com/hintertux/wetter/

Tak, ciągnie mnie tam znowu…

.

Kraków-Kotli, sierpień 2012 – maj 2014

.

.

mój ulubiony motyw, tym razem zdjęcie zrobione w maju

mój ulubiony motyw, tym razem zdjęcie zrobione w maju

.

tuż przed burzą śnieżną

tuż przed burzą śnieżną

.

białe, wydawałoby się, bezkresne pola śnieżne

białe, wydawałoby się, bezkresne pola śnieżne

.

widok na Gefrorene Wand i trasy wzdłuż orczyków o tej samej nazwie

widok na Gefrorene Wand i trasy wzdłuż orczyków o tej samej nazwie

.

widok na Hintertux

widok na Hintertux

.

widok na trasy narciarskie pod Gefrorene Wand i Larmstange

.

Gefrorene Wand i trasa 4 w listopadzie

Bartek – jak zawsze bodycarving

Jak zwykle nad Gefrorene Wand kłębią się chmury

Jak zwykle nad Gefrorene Wand kłębią się chmury

grzejemy się przy kominku na Sommerbergalm

grzejemy się przy kominku na Sommerbergalm

na szczycie Gefrorene Wand

na szczycie Gefrorene Wand. Foto by MF

grudniowy zmierzch na górnej stacji krzesła na Sommerbergalm

grudniowy zmierzch na górnej stacji krzesła na Sommerbergalm

28
cze
13

-Podróż XLV – Val di Sole

Podróż XLV

 

Byliśmy w Val di Sole

Folgarida, Marileva, Madonna di Campiglio, Pinzolo, Pejo, Tonale, Ponte di Legno

.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                             

Wtorek, 14 lutego. Janusz proponuje wyjazd do Val di Sole. Czemu nie? Ostatnio byliśmy tam dokładnie 12 lat temu. Wówczas mieszkaliśmy w Folgaridzie i mieliśmy możliwość pojeżdżenia jeszcze w Marilewie, Madonnie di Campiglio i Tonale. Wówczas nie było połączenia Madonny z Pinzolo a także Tonale z Ponte di Legno. Tym razem więc, liczymy na zwiedzenie właśnie tych dodatkowych ośrodków, no i Pejo, w którym wówczas nie było nowej, wielkiej kolejki na 3000 m, w zasadzie wówczas w ogóle nic nie było w Pejo. Ale żeby zrealizować taki plan, musimy znaleźć mieszkanie gdzieś w okolicach Dolasy lub Mezzany, tak żeby było blisko do gondoli wożących narciarzy poprzez Monte Vigo do Folgaridy i dalej do Madonny i Pinzolo ale żeby też można było podjechać samochodem do Tonale i Pejo. Zastanawiamy się też czy to ma być apartament, czy raczej hotel. Dość dobra, poglądowa mapka pokazująca wzajemne położenie poszczególnych ośrodków jest tu: http://www.skirama.it/html/skimap.asp?s=21&l=IT i taka graniowa mapa ale z zaznaczonymi tylko ważniejszymi wyciągami, niemniej jednak dająca ogólny pogląd na to co gdzie się znajduje http://www.openstreetmap.org/?lat=46.2902927398682&lon=10.7396507263184&zoom=12

.                                                                                                                                                                   

Niedziela, 19 lutego. Po burzliwych naradach decydujemy się na apartament ze śniadaniem i sauną. Taki kompromis, między drogim hotelem a zwykłym apartamentem. Wybór pada na Gaia Residence Hotel w Mezzanie, tuż obok dolnej stacji gondoli w Marilevie 900 http://www.gaiaresidencehotel.it  W internecie wygląda dobrze, apartamenty niewielkie ale bierzemy te największe, 6-cio osobowe (ale dla 4 osób) z dwoma łazienkami i dwoma sypialniami, cena w miarę przystępna bo za cały apartament 6-cio osobowy ze śniadaniami dla czterech osób mamy zapłacić 650,- euro, to wypada po 23,- euro dziennie za osobę. Ze śniadaniem i sauną, może być. Poza tym strona jest po Polsku i sauny wyglądają nieźle.

Były co prawda propozycje aby wynająć apartamenty w Marilevie 1400, położone przy nartostradzie, niedrogie ale oglądaliśmy je już podczas naszego poprzedniego pobytu, kiedy to wydawały nam się jakimś koszmarem – całe miasto sześciennych kostek z całościennymi oknami, z tarasami, restauracjami, parkingami, basenami, sklepami, pocztą i kościołem, zabudowane tarasowo na zboczu, takie w stylu lat 50-tych. Tutaj można znaleźć trochę zdjęć i opis.

http://www.visittrentino.it/pl/a/residence-case-appartamenti-per-vacanze/valli-di-sole-pejo-e-rabbi/marilleva/appartamenti-marilleva-cav-sole-alto

albo tu:

http://www.neckermann.pl/wczasy/samochodem-AUTO/wlochy-IT/alpy-region-trentino-BZO/03455-apartamenty-sole-alto.html

http://www.govacanze.it/

Chociaż, fakt że rano można wyjść z mieszkania, ubrać narty i odjechać a po południu podjechać na nartach pod drzwi, powoduje że warto rozważyć i ten wariant.

Na drugim biegunie rozważań był uroczy i niezbyt drogi hotel Baita Velon, http://www.hotelbaitavelon.com ale położony już prawie w Tonale…

Więcej o samym ośrodku, ofertach zakwaterowania i terenach narciarskich tu:

http://www.valdisole.net

http://www.skirama.it

http://valdisole.it/

http://www.holiday-home.org/pl/desktopdefault.aspx/tabid-955/

http://www.vacando.pl/trentino-poudniowy-tyrol/trentino-poludniowy tyrol/wochy

                                                                                                                                                                      .                                                                                       

Sobota, 25 lutego. Bigluje narty…

.

Niedziela, 26 lutego. Bigluje narty…

.                                                                                                                                                      

Sobota, 03 marca. Wyjechaliśmy dość wcześnie, bo przed szóstą, w końcu do przejechania mamy prawie 1150 km. Jedziemy jak zwykle, najpierw A4 na kierunek Gliwice, potem A1, potem około 30 km męczarni przez Wodzisław (teraz można już przejechać praktycznie całą A1 – więcej tutaj ) do D1 po stronie Czeskiej. Dalej przez Olomouc, Brno na Mikulov i już po austriackiej stronie nowymi autostradami A5, S1, A22, S5, S33 do A1. Dalej na kierunek Innsbruck i przez Brenner aż za Bolzano, gdzie należy zjechać na zjeździe San Michele – Adige – Mezzolombardo na drogę SS43. Na komentarz zasługuje objazd właśnie owego Mezzolombardo. Mianowicie jest nowy tunel omijający centrum miasteczka, który co prawda powoduje że nadkładamy około 5 km drogi ale mimo wszystko skracamy czas przejazdu gdyż w centrum owego Mezzocośtam jest chyba z pięć skrzyżowań ze światłami i stoi się na każdych. Większość GPS-ów i mapy googla pokazują z uporem przejazd przez centrum miasteczka ale znaki drogowe proponują objazd przez tunel. Poniższa mapa pokazuje wszystkie te i inne niuanse oraz miejsca gdzie należy kupić winietki na Czechy i Austrię oraz gdzie ewentualnie zatankować paliwo.

 

Trzeba też pamiętać że za przejazd przez Brenner należy zapłacić extra 8,- euro, przynajmniej na razie tyle. Za przejazd włoskiego odcinka autostrady jedynie, kolejne 9,- euro. Jedynie bo od Brenneru jedzie się i jedzie i jedzie, cały czas w dół i w dół, chyba z godzinę.

Im dalej było od Krakowa tym ceny paliw stawały się wyższe. Ceny w Brnie i na granicy austriackiej były o 5-6% wyższe niż w Krakowie. Ale też pomiędzy Mikulovem a granicą można było znaleźć taką stację gdzie ceny były praktycznie takie jak w Krakowie. Wzdłuż całej austriackiej autostrady ceny były wyższe o 14%, za wyjątkiem oczywiście stacji na zjeździe do Oed gdzie ceny nie różniły się od tych krakowskich. Natomiast na stacjach we Włoszech ceny były aż o 26% wyższe. Dlatego zatankowaliśmy do pełna na jednej ze stacji tuż za Innsbruckiem płacąc prawie 1,60 euro za litr diesla. Lepsze 1,60 niż 1,757 euro po włoskiej stronie.

Koło siedemnastej jesteśmy na miejscu. Mezzana wita nas wiosenną aurą, jest słonecznie i ciepło, za ciepło, śniegu nigdzie nie widać.

Mezzana. Wytęż wzrok i powiedz, co na tym zdjęciu jest nie tak.

Trzeba przyznać że stronę internetową rezydencji robili profesjonaliści. Rzeczywistość jest bardziej siermiężna, ale w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Apartament przytulny z piękną kuchnią i stołem, przy którym wygodnie mieszczą się cztery osoby ( przy sześciu byłoby ciężko ), łazienki czyste, sypialnie wygodne. W budynku jest narciarnia, suszarnia, przed budynkiem parking na kilkadziesiąt aut i końcowy przystanek skibusa. Z okien widać dolną stację gondoli Marileva 900 – Marileva 1400. Pozostali goście to wyłącznie Polacy i kilku Czechów bądź Słowaków.

Gaia Residence Hotel w Mezzanie

Marek, który przyleciał tutaj z Warszawy samolotem (za niecałe 700,- zł w obie strony z transferem do hotelu z lotniska w Bolzano! No ale ja zabrałem mu drugie narty i trochę innych rzeczy…) zdążył przygotować wyśmienity obiad lub jak kto woli kolację, na którą część potrzebnych składników przywiózł z Polski a część zdążył kupić w pobliskim sklepie. Ja przywiozłem wino. Wyżerka była pierwsza klasa. Potem sauna. Choć do sauny nie powinno się chodzić z pełnym brzuszkiem, ale poszliśmy, tylko na chwilę i tylko do parowej. Do wieczora robiliśmy plany na następny dzień i dopasowywałem Markowi buty narciarskie… Tak, tak, swoje buty też sobie dopasowałem. Wycinam z miękkiego, samoprzylepnego filcu jaki można kupić w każdej Castoramie lub innym Leroy Merlin’ie, odpowiednie kształtki i przyklejam je na zewnętrznej powierzchni wewnętrznego bucika. Może to trochę skomplikowanie brzmi ale daje dobre efekty. Taką usługę oferują też niektóre sklepy sportowe ( jak na przykład Windsport – http://windsport.pl/ ) tylko że za kilkaset złotych no i oczywiście nie za pomocą filcu z Castoramy, ale osiągany efekt jest podobny. Pewnie jeszcze o tym kiedyś opowiem. Na razie dopasowujemy te buty a w międzyczasie dokonujemy degustacji lokalnych spirytualiów… Dopasowujący musi mieć cały czas dopływ niewielkich ilości świeżego etanolu (C2H5OH – jakby się ktoś pytał co to jest etanol), o co zadbać musi właściciel dopasowywanych butów.

.

Niedziela, 04 marca. Od rana leje rzęsisty, ciepły deszcz. Konsternacja. Nasze plany z poprzedniego wieczoru legły w gruzach, a tyle żeśmy się naustalali. No tak. Nie sprawdziłem przed wyjazdem prognozy pogody. Po co sprawdzać skoro jedziemy do Val di Sole. Przecież gdzie jak gdzie, ale w Val di Sole powinno wyłącznie świecić słońce.

A można to było zrobić na http://www.snow-forecast.com/resorts/Folgarida/6day/mid

Jesteśmy już zbyt wygodni, żeby jeździć w deszczu. Poszliśmy więc do pobliskiego kościoła. Warto pójść, nawet po to żeby posłuchać jak pięknie śpiewają lokalne chóry albo żeby popodglądać takie codzienne życie tutejszych górali. Kiedyś zauważyłem że podczas deszczu (tak naprawdę, to najczęściej jestem w kościele, jak pada, jak nie pada to raczej jestem na nartach) wszyscy zostawili swoje parasole przed kościołem a potem każdy wziął własny, mam wrażenie że jednak u nas nikt by się nie zdobył na takie rozwiązanie.

Mezzana

Potem pospacerowaliśmy po miasteczku i odwiedzili kilka sklepów sportowych, wybór mały, ceny wysokie, w końcu poszliśmy pod stację gondoli. Ci narciarze, którzy właśnie wychodzili z budynku twierdzili że nawet wyżej pada i ciężko jeździć. Co tu robić? Co tu robić w takiej sytuacji? Panie Premierze! Czy na mojej ukochanej Sellarondzie też pada? Niemożliwe.

Tonale. Gondola na Passo Paradiso ( 2585 m )

Po obiedzie jedziemy do Tonale. Tak bez nart. Na spacer. Z każdym kilometrem robi nam się bardziej głupio. Już w połowie drogi zaczyna się robić biało a żeby pokonać ostanie serpentyny włączam pełne 4×4. Oczywiście włączam bo mam. Janusz nie ma i też jedzie. Na drodze leży spora warstwa śniegu.

Z daleka widzimy charakterystyczne kilkunastopiętrowe wieżowce. Kto je tu postawił? I po co? W ogóle Tonale jest brzydkie. Ale w Tonale jest zima. Zaczynamy żałować że nie przyjechaliśmy tu od razu rano z nartami. Ale widoczność praktycznie zerowa. Góry toną w chmurach. No cóż, i tak bywa.

Postanawiamy wobec tego poprawić sobie humory i po powrocie idziemy do sauny. Tylko że chyba wszyscy też postanowili sobie poprawić w ten sposób humor bo w saunie aż gęsto od ludzi. Okazuje się że do sauny przychodzą jeszcze goście z dwóch sąsiednich budynków a sauna malutka, jak zresztą wszystko tutaj, więc szybko na podłodze powstają kałuże, ktoś wytarł się w mój ręcznik, który na chwilę zostawiłem na wieszaku, a może spadł do kałuży, w każdym razie wygląda jak ścierka… No, nie. To już lepiej dopasowywać Markowi buty…

.

Poniedziałek, 05 marca. Pogoda lepsza. Nie pada ale gór też nie widać. Postanawiamy jechać do Tonale, gdyż przewidujemy że im wyżej, tym raczej jak by co, to będzie padał śnieg a nie deszcz. Ale opady ustały, droga czarna, mokra. Chcemy pojeździć dziś w Tonale i w Ponte di Legno. Ten rejon nosi nazwę Adamello. http://adamelloski.com

Kupujemy karnety na 5 dni. Rodzajów karnetów jest co najmniej pięć i warto przed przyjazdem tutaj, przeanalizować jakie będą dla nas odpowiednie. Jedne karnety, te najtańsze, są ważne tylko na dolinę w której je kupujemy, drugie są ważne na tą dolinę i np. Pejo oraz mają opcję jednego lub dwóch dni w Madonnie di Campiglio. Są też takie, które są ważne np. w Marilevie i Folgaridzie i jeden lub trzy dni w dowolnym innym ośrodku, czyli Tonale, Pejo, Pinzolo. Tylko trzeba pamiętać, że nie kupimy np. w Tonale karnetów wyłącznie albo głownie np. na Folgaridę-Marilewę.

Z tej strony można sobie ściągnąć pdf-a z wariantami karnetów i ich cenami:

http://valdisole.it/en/val-di-sole-dinverno/sci-alpino/prezzi-skipass

Są też takie tygodnie, kiedy to karnety są dużo tańsze albo za darmo albo za cenę karnetu tańszego można dostać taki na wszystkie ośrodki. Na przykład w okolicach 17 do 25 marca ( w różnych latach będą te daty się nieco zmieniać, gdyż okresy te zaczynają się i kończą w soboty ) mamy promocję pt. „March Specjal” kiedy to karnet na 6 dni z nielimitowanym dostępem do wyciągów w Folgaridzie, Marilevie, Pejo i Madonnie dostaniemy za darmo wynajmując hotel czy apartament. Albo od 24 kwietnia dostaniemy karnet na wszystko ( Superskirama ) w cenie mieszkania, tylko czy jeszcze będzie śnieg?

Niestety, nie wszystkie hotele i apartamenty uczestniczą w takiej promocji i trzeba już na etapie szukania mieszkania sprawdzać czy będzie można skorzystać ze zniżek.

My kupujemy Superskirama, na wszystko, bez ograniczeń, a co, jak szaleć to szaleć.

Oczywiście wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice na początek jedziemy na lodowiec. Podczas naszego poprzedniego pobytu z centrum Tonale na Passo Paradiso ( 2585 m ) jeździła wielka funiva, teraz jest gondola. Dla rozgrzewki dajemy w dół czarną 37. Patrz mapka poniżej, albo mapka w 3D: http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-passo-del-tonale

mapka Tonale i Ponte di Legno

Trasa niezła, jest po czym pojechać, śnieg bardzo dobry, tylko widoczność taka sobie. Raz widać, za chwilę nic nie widać.

Znowu w górę, potem krzesłem na Chiacciaio Presena (2730 m ). Jest tu bar w którym można dostać coś do picia, pod warunkiem ze jest otwarty, a nie zawsze jest otwarty. Wjeżdżamy orczykiem na 3016 m n.p.m. Mleko. Piękny zjazd. To naprawdę stromy i szeroki lodowiec, ale przy tej widoczności ciężko się zachwycać. Z czarnej 41 i niżej z Passo Paradiso odchodzą dwie, dobre freeride’owe trasy, jednak przy tej widoczności nie mamy co myśleć o ich zrobieniu. Zresztą wszyscy mamy slalomki, chociaż moje K2 Rictor leżą w „trumnie” na samochodzie. Obracamy jeszcze raz i jeszcze ale ja już czuję że dochodzę do kresu swojej wytrzymałości na jeżdżenie we mgle i należy jak najszybciej jechać w dół. Więc w dół, od razu na czerwoną 38 w kierunku na Ponte di Legno tam jest niżej, widoczność lepsza. Zresztą ten lodowiec i w ogóle Tonale poznaliśmy dość dokładnie owe dwanaście lat temu a w Ponte di Legno jeszcze nie byliśmy.

Widok na lodowiec w Tonale. Zdjęcie archiwalne, z naszego poprzedniego pobytu, wówczas było słońce.

Trasa z Passo Paradiso. Zdjęcie archiwalne z widoczną, nieistniejącą już kolejką.

Czerwona 38-ka przechodzi w niebieską 18-tkę a potem w czerwoną 17-tkę. Bardzo długi i w sumie łagodny zjazd. Miejscami spore braki śniegu. Jest początek marca! Po drodze mijamy pośrednią stację gigantycznie długiej powrotnej gondoli wożącej narciarzy z Ponte di Legno do Tonale i w przeciwnym kierunku też, jeśli ktoś chciałby. Wjeżdżamy krzesłem 10 i czarnymi 13, 14 dojeżdżamy do dolnej stacji owej długiej gondoli ale my jeszcze nie mamy zamiaru wracać. Śnieg dobry widoczność też, te czarne trasy bardzo fajne.

Orczyk w Ponte di Legno

Jeździmy. Krzesłami 6 i 7 a potem orczykiem 8 wyjeżdżamy na najwyższy punkt w tym ośrodku. Zaledwie 2120 m n.p.m. Widoczność tutaj gorsza ale to tylko na samej górze. Robimy całą czarną 14-tkę od góry do dołu. Ma ona 862 m przewyższenia. Nieźle. Potem przemieszczamy się w kierunku zachodnim aż do krzesła 1 i trasy 1 koło Temu, tak że do małego lunchszczyku objeżdżone mieliśmy w zasadzie wszystko. Niestety nic dobrego nie udało nam się tutaj dostać do jedzenia. Trafiliśmy do małego baru na górnej stacji wyciągu 6, oznaczonego na mapce jako 16 (ten bar jest tak oznaczony). Herbatka, jakaś kanapka. Wszystko. Za to alkoholi, pełen wybór. No ale my tu przyjechaliśmy jeździć a nie pić.

Wszystkie trasy naprawdę bardzo dobre, poprowadzone przez lasy, szerokimi przecinkami wzdłuż linii spadku stoku. Śnieg też bardzo dobry. W zasadzie był to firn, albo coś firnopodobnego, bo chyba z dużą domieszką sztucznego… Naprawdę bardzo fajne miejsce.

Wracamy tą długa gondolą, która jedzie chyba z pół godziny albo i lepiej.

W Tonale zdecydowanie gorsza widoczność. Z górnej stacji gondoli (11-12) zjeżdżamy niebieską 18-tką do dolnej stacji krzesła 13. Potem krzesło 14 i jesteśmy na 2525 m n.p.m. Oczywiście nic nie widać. Ale tu przynajmniej jest zima. Na górze śniegu po pachy. Z tego miejsca jest kolejna dobra trasa freeride’owa no ale znowu, przy tej widoczności nie do zrobienia. Zjeżdżamy raz czerwoną 20-ką, raz 22-ką. Kiepsko, w dolnych odcinkach są obie miejscami wywiane ze śniegu, wystaje trawa a i jakiś kamyczek też się zdarzył.

Przemieszczamy się na wschód, poprzez trasy 21, 24 i 25. Wydaje się że 24 jest graniczna, dalej to już jedna wielka dyskoteka, muzyka wali z głośników, po trasach jeżdżą bardzo, bardzo początkujący narciarze, zwłaszcza dzieci. Tumult i zgiełk. A i trasy są tu wyłącznie niebieskie a nawet zielonkawe, co prawda na mapkach niektóre oznaczona jako czerwone albo nawet czarne ale wydaje mi się że to tylko aby dać więcej radości tym uczącym się narciarzom i deskarzom. Żeby mogli potem przy soczku (ci młodsi) lub przy piwie (ci starsi) opowiadać, że jechali „czarną” trasą…

Na uwagę zasługują jeszcze trasy wzdłuż wyciągów 25 i 26, no ale żeby do nich dojechać, trzeba się przedrzeć przez ten cały cyrk z niebiesko-zielonymi trasami.

Trzeba tu jeszcze kiedyś przyjechać pod koniec stycznia albo w lutym, może będzie więcej śniegu i jeśli będzie dobra pogoda to zrobić te freeride’owe trasy, może jak zdrowie pozwoli wleźć na turach trasą A pod Chiacciaio Pisgane… No, w każdym razie jest to niezłe miejsce i przez 3-4 dni nudzić się tu nie będziemy, pod warunkiem że pogoda dopisze.

.                                                                                                                                                    

Wtorek, 06 marca. Pogoda zdecydowanie się poprawia. Na niebie jeszcze sporo chmur ale też coraz częściej widać promienie słońca. Postanawiamy pojeździć zwłaszcza w Marilevie i po zachodniej stronie Madonny, czyli w okolicach Pradalago i Cinque Laghi.

Pomimo że do dolnej stacji gondoli biegnie od naszego hotelu wygodna ścieżka, wsiadamy do skibusa. Skibusy rano i po południu jeżdżą co kilka minut. Skibus jedzie przez całą Mezzanę, zbiera ludzi i po zatoczeniu olbrzymiej pętli podjeżdża pod gondolę. Okazuje się że parking pod gondolą jest płatny a tak naprawdę to nie bardzo jest w ogóle gdzie zaparkować bo miejsc parkingowych jest mało, tak że rozwiązanie z tym skibusem jest jak najbardziej optymalne.

mapka tras w Folgaridzie, Marilevie, Madonnie i Pinzolo

W Marilevie 1400 słońce. Nareszcie. Przesiadamy się na krzesło 16 i z Orti dajemy w dół czarną 26. Tak dla rozgrzewki. Trasa piękna. Twarda, nawet może trochę za twarda, wąska, ale dobrze przygotowana, wijąca się pośród drzew, taka wymagająca. Powtarzamy, tylko tym razem wjeżdżamy na sam szczyt Dos de la Pesa (2155 m ) i w dół. No, w końcu coś można pojechać. Znowu krzesłami 16 i 17 do góry. Potem czerwoną 20-ką do Malgi Panciny gdzie wsiadamy na krzesło 7 jadące na Monte Vigo ( 2179 m ). Z Monte Vigo możemy już zjechać w kierunku Madonny ale postanawiamy jeszcze póki co, zjechać z powrotem do Marilevy 1400 czerwoną 11 i 23. W zasadzie ten górny odcinek ( 11 ) taki dość łagodny, natomiast dolny ( 23 ) wąski i wyglądający bardziej na nartostradę niż stok do jeżdżenia.

Trasa 10 z Monte Vigo w kierunku Madonny

Wracamy znowu na Monte Vigo, tym razem gondolą 20 i krzesłem 7. Potem czerwoną 10-tką, krzesłem 20 i czerwoną 13-tką, niebieską 7-ką, 10-tką i 1-ką aż do stadionu w Madonnie, znajdującego się przy dolnej stacji krzesła 14 i jeszcze dalej aż do dolnej stacji gondoli 13. Trasy chyba nie widziały ratraka od kilku dni. Jest jeszcze wcześnie a śnieg taki skotłowany jakby to była czwarta po południu. No cóż. Specjalnie wybraliśmy taką mało ekscytującą trasę, gdyż chcieliśmy się przekonać jak szybko jesteśmy w stanie tutaj dotrzeć. Okazuje się że na tyle szybko, ze spokojnie możemy myśleć o zrobieniu Pinzolo poruszając się cały czas na nartach. Ponadto ta trasa, tak naprawdę, wcale nie jest mało ekscytująca. Jest niebieska, łagodna ale cały czas dość dobrze w dół, tak że można jechać długimi skrętami z całkiem sporą prędkością. Tutaj jeszcze taka mapka w 3D Madonny i okolicy.

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-madonna-di-campiglio

na Cinque Laghi

Wsiadamy do gondoli 13 i wjeżdżamy na Cinque Laghi. Piękne miejsce. O tej porze roku wszystkie te jeziora są chyba pod śniegiem bo żadnego nie widać. Jezior nie ma ale i tak pięknie.

Przed nami Dolomiti di Brenta

Leżymy na leżakach, coś tam pijemy, coś tam gryziemy, przed nami ściana gór, to Dolomiti di Brenta, patrząc na południe, widzimy gdzieś tam we mgle Pinzolo, patrząc w kierunku północno-wschodnim, widzimy Madonne i widoczne z daleka Passo Groste ( 2444 m ).

góry wyglądają groźnie ale malowniczo

No, naprawdę pięknie. Tak jakoś urokliwie, pomimo widocznych jak na dłoni skalnych ścian spowitych w szare i granatowe chmury.

Byliśmy tu owe dwanaście lat temu. Restauracja, na której tle i wówczas robiliśmy zdjęcia nie zmieniła się, to dobrze.

Przed restauracją Cinque Laghi w marcu 2000 r. Tylko nielicznych udaje się zidentyfikować.

i obecnie… Od prawej: Janusz, Dorota, Marek i ja oraz Karolina J. z chłopakiem

Wówczas wjeżdżaliśmy tu kolejką linową, chyba była żółta, a może czerwona. Tak, na pewno żółta. Teraz jest nowa gondola.

Jedziemy w dół. Najpierw czarną, potem czerwoną 37 a na końcu niebieską 1-ką. Chcemy zobaczyć jak dojechać do stacji gondoli jadącej do rejonu Pinzolo. Ma ona zresztą też nr 13 bo to już numeracja z Pinzolo. Trasy fajne, choć miękkie i raczej dawno nie przygotowywane, przynajmniej takie sprawiają wrażenie.

Okazuje się że mapki, które są rozdawane przy kasach zawierają trochę błędów. Z tych mapek wynika że do tej stacji gondoli na Pinzolo należy podjechać z czerwonej 2-ki poprowadzonej z górnej stacji krzesła 15. Ale tak nie jest. Aby wygodnie dojechać do stacji gondoli jadącej na Pizolo, lepiej jechać niebieską 1-ką z Cinque Laghi. Stacja tej gondoli znajduje się kilkadziesiąt metrów powyżej skrzyżowania niebieskiej 1-ki z czerwoną 2-ką. Prezentowana powyżej mapka ma skorygowane błędy i dodane strzałki w którym kierunku jest w dół, gdyż nie zawsze z mapki wynika to jednoznacznie.

widok na Madonnę di Capiglio z gondoli 16 jadącej na Pradalago

Niebieską 1-ką oraz kawałkiem czerwonej 2-ki dojeżdżamy do Patascoss i wjeżdżamy na czarną 3-kę. To kawał góry, jest po czym pojechać. Szkoda że jest tak koszmarnie miękko. Trasa zakończona jest tzw stadionem, gdzie zazwyczaj kończą się rozgrywane tutaj zawody. Ten stadion i dolna stacja gondoli 13 jadącej na Cinque Laghi to samo centrum Madonny. W samej Madonnie byliśmy dwanaście lat temu, wieczorem, pooglądać. Faktycznie wówczas byliśmy zafascynowani nieco: sklepami z wykwintną porcelaną (właściwie to wówczas zdecydowałem aby wykupić całoroczne ubezpieczenie OC dla siebie i rodziny, widząc jak moja córka ociera się o wazon z metką na której były w zasadzie same zera…), sklepami z odzieżą i to niekoniecznie narciarską, sklepami z pamiątkami i innymi bibelotami, w ogóle wydawało się nam wówczas że gdzie jak gdzie ale właśnie tu wszystko zapewne jest najdroższe bo przecież to tu przyjeżdżają znani aktorzy, piosenkarze i inni celebryci (choć żadnego nie widzieliśmy ani wówczas ani teraz), no ale później pojechaliśmy do St. Moritz i dopiero nam się oczy otwarły ile może kosztować kurtka albo okulary.

Obracamy jeszcze kilka razy na trasach wzdłuż gondoli 13 i krzeseł 14 i 15. Potem jadąc niebieską 1-ką wjeżdżamy do małego tuneliku powyżej restauracji w Patascoss i dalej aż do dolnej stacji gondoli 16 jeżdżącej na Pradalago. To w zasadzie nartostrada ale jedzie się nią bardzo przyjemnie. Robimy różne warianty tras wokół wyciągów 16 i 17.

Okazuje się że z górnej stacji krzesła 17 jest przejazd do górnej stacji krzesła 19. Ten przejazd nie jest zaznaczony na mapkach. Niby nic wielkiego ale to połączenie pozwala w drodze powrotnej ominąć wyciąg 19 a tym samym, w razie czego, zaoszczędzić dziesięć, piętnaście minut. Trzeba pamiętać że do Mezzany nie ma nartostrady i w Marilevie 1400 musimy wsiąść do gondoli i zjechać nią na dół. A gondola jeździ najdalej do 17-tej.

Jeździmy różnymi wariantami tras wzdłuż wyciągów 17 i 19. Wracamy przez Pradalago niebieską 12, potem czerwonymi 16, 14 i 15 do krzesła 6.

na Monte Vigo

Potem z Monte Vigo do Marilevy 1400. Jednakże wobec faktu że krzesło 18 jeszcze działa, nie pozostaje nam nic innego jak wjechać nim na Dos de la Pesa i zjechać czarnymi 35, 25 i 26 do Marilevy. Moim zdaniem dużo ciekawsze, niż ta czerwona 23 z Malgi Panciny.

.                                                                                                                                                                    

Środa, 07 marca. Pogoda piękna, więc postanawiamy pojechać do Pinzolo. Nęci nas to Pinzolo ogromnie bo tak naprawdę to wszędzie w okolicach Madonny byliśmy już a w Pinzolo nie.

http://www.pinzolo.com/

http://www.visittrentino.it/pl/localita/pinzolo

http://www.skirama.it/PL/narty-pinzolo/

Podobnie jak w dniu poprzednim, jedziemy z hotelu skibusem, potem oczywiście rozgrzewka na czarnych z Dos de la Pesa i szybko na Monte Vigo i tak jak w dniu wczorajszym – czerwona 10-tka, krzesło 20 i potem długi zjazd czerwoną 13-tka, niebieskimi; 7-ką, 10-ką i 1-ką. Potem gondola 13 na Cinque Laghi i niebieska 1-ka (no może przeplatana czerwono-czarną 37) do dolnej stacji gondoli jadącej do Pinzolo.

Gondola (oznaczona na mapkach jako 11, 12 i 13) jedzie i jedzie, chyba ze trzydzieści minut. Po drodze są dwie stacje pośrednie, ale nie trzeba wysiadać z kabiny. Te wszystkie trzy odcinki mają 4,7 km długości. Dla porównania, kolej linowa na Kasprowy ma 4291,59 m długości i pokonuje ten dystans w zaledwie 12 minut. O!

Dobra mapka wszystkich tras w tej okolicy jest powyżej ale tu jeszcze taka w 3D samego Pinzolo:

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-pinzolo

Clump na Pinzolo

W końcu dojeżdżamy do Puza Daifo, gdzie przesiadamy się na krzesło 9, potem zjazd niebieską 11-ką i czerwoną 5-ką do dolnej stacji krzesła 3, którym wjeżdżamy na najwyższy szczyt w Pinzolo – Doss del Sabion (2100 m).

Pinzolo. gdzieś na niebieskiej 11-tce.. Karolina J, Janusz, Marek, Kasia K, Beata i Dorota

a to gdzieś na trasie 16-cie z Dos de la Sabion. Mareczek i ja

Powtarzamy zjazd do krzesła 3.

Jedziemy czerwoną 4-ką, 16-tka i 5-ką. Zjazd wspaniały. Trasy o orientacji północnej, poprowadzone wzdłuż linii spadku stoku, śnieg wyśmienity, nie za twardo, nie za miękko, słońce, ludzi niewiele.

Dojeżdżamy do górnej stacji krzesła 5

Przenosimy się na trasy wzdłuż krzesła 5, też bardzo dobre, bardzo twarde, co nas dziwi bo cały ośrodek położony jest dość nisko, a te trasy mają zachodnią orientację. Czarną 17-tką i czerwoną 18-ką zjeżdżamy do Tulot. W dolnym odcinku już miękko. Ale trasa godna polecenia. Na samej stacji koszmarny upał. No ale Tulot leży na wysokości około 800 m n.p.m. Kupujemy więc coś zimnego do picia i do góry. Gondolą 10, potem trochę jeździmy wzdłuż krzesła 5, w końcu po raz kolejny krzesłem 3 wjeżdżamy na szczyt D.d.Sabion.

Jest jeszcze dość wcześnie, więc testujemy trasy 1 i 2 w kierunku Pra Rodont (1508 m), gdzie zresztą zostajemy coś zjeść. Trasy te mają przewyższenie prawie 600 m! To dużo jak na taki mały ośrodek i w końcu tylko fragment stoku. Cały zjazd ze szczytu D.d.Sabion do Tulot ma różnicę poziomów prawie 1300 m, to bardzo dużo. Nawet w Alpbachu nie ma trasy o takim przewyższeniu. Restauracja znajdująca się na polanie Pra Rodont jest duża ale ludzi jeszcze więcej bo obok jest słoneczna polana z niewielkim orczykiem (7) i całą chmarą dzieci i innych początkujących narciarzy. Można tu przyjechać bezpośrednio z Pinzolo gondolą nr 1.

W sumie zjedliśmy tu niewyszukaną ale smaczną, bo pieczoną przy nas (i w dodatku w piecu opalanym drewnem) pizze, wypiliśmy herbatkę i byliśmy gotowi zwiedzać dalej ten ośrodek.

Robimy te same trasy w rożnych wariantach, przejeżdżając wszystkie czynne trasy i chyba jedną nieczynną też, gdyż równoległa do czerwonej 5-ki, w końcowym odcinku usiana była kamieniami. Na szczęście udało się przejechać bokiem, po małym lasku, nie niszcząc nart.

Na Dos de la Sabion

Ze szczytu Doss del Sabion wystartowaliśmy w drogę powrotną po 15:00 – czerwoną 4-ką i 16-ką dojechaliśmy do wyciągu 8, potem czerwoną 12-ką. Piękna trasa. Szkoda że nie mieliśmy już czasu aby ja powtórzyć. Potem trzy-odcinkowa gondola do Patascoss. Z gondoli, kierujemy się w dół i w lewo niebieską 1-ką, do wlotu tunelu, który znajduje się powyżej knajpy. Potem do dolnej stacji gondoli 16 (Pradalago) jadącej na Pradalago. Na tej trasie pogubić się nie można, bo nie ma żadnych rozjazdów. Jak się trafi w ten tunel, to już jakby się było w domu. Z górnej stacji tej gondoli możemy zjechać niebieską 7-ką do krótkiego krzesła 19 lub do dolnej stacji krzesła 17 (tak jak pisałem wcześniej z górnej stacji krzesła 17 jest przejazd do górnej stacji krzesła 19, co nie jest zaznaczone na mapkach). Dalej trasami 12, 14 i 15 dojedziemy do dolnej stacji krzesła 6 a potem w dół 11-ką i 23-ką do Marilevy 1400, gdzie wsiadamy do gondoli jadącej do Mezzany (Marileva 900). Całość zajęła nam ponad półtorej godziny ale też nie spieszyliśmy się bardzo, niemniej jednak pod gondolą do Mezzany byliśmy na 12 minut przed jej zamknięciem… Chociaż tak naprawdę to jeśli ludzie stoją w kolejce do zjazdu, to ta gondola kursuje aż zwiezie wszystkich.

Tak, to Pinzolo naprawdę świetne. Taki wydawałoby się mały i nisko położony ośrodek, A tu proszę, proszę stoki o przewyższeniu ponad 1 km, trasy bardzo dobrze przygotowane i jeszcze zadbali żeby przez cały dzień było włączone słońce… No, no…

.                                                                                                                                                   

Czwartek, 08 marca. Dzisiaj chcemy pojeździć we wschodniej części Madonny, zwłaszcza wjechać na Passo Groste (2444 m). Oczywiście na początek czarne trasy z Dos de la Pesa. Jak i w dniach poprzednich, tak i dzisiaj bardzo dobrze przygotowane, choć twarde. Znajdujemy też chwilkę aby przejechać niebieskie trasy na polance wzdłuż orczyka 19. Bardzo ładna polanka.

Po przejechaniu Przez Monte Vigo, kierujemy się do dolnej stacji krzesła 17 jeżdżącego na Pradalago, gdyż tam jest wiszący wiadukt nad szosą prowadzącą do Madonny, którym można się przeprawić na przeciwległe zbocza. Oczywiście po drodze robimy małe pętelki i wypady na boki. Za wiaduktem wsiadamy do gondoli 6, która wywozi nas na samo Passo Groste.

Passo Groste

Passo Groste z daleka wygląda groźnie, gdyż jest niewielką kotlinką czy raczej siodełkiem pośród plątaniny pionowych zerw i przepaści otaczających go gór. Ale na miejscu okazuje się że trasy są tu raczej łagodne, szerokie, choć silne podmuchy wiatru przypominają że jesteśmy jednak na najwyższym punkcie w okolicy. Tylko w Tonale i Pejo wjeżdża się wyżej (nawet znacznie wyżej).

Jeździmy wzdłuż krzeseł 8 i 10. W zasadzie nie ma różnicy pomiędzy czerwonymi 20 i 18 a niebieskimi 17 i 19. Trasy przyjemne, szerokie, śnieg dobry. Niestety pogoda zaczyna się coś psuć. Nad widocznymi w oddali stokami z Pradalago i z Monte Vigo zaczyna kłębić się coraz więcej chmur.

Trasy na Passo Groste. W dali Pradalago i gdzieś w chmurach Monte Vigo

Zjeżdżamy też do pośredniej stacji gondoli znajdującej się w miejscu oznaczonym na mapie jako Boch. Chwilę musimy poczekać, gdyż większość gondolek, mimo że południe już minęło, jest zajęta. Planowaliśmy zjazd niebieską 24 aż do samego dołu i wjechanie na Monte Spinale (2101 m) krzesłami 3 i 4 ale są komunikaty o problemach ze śniegiem na tej trasie a wszyscy mamy raczej nowe no i raczej drogie narty, więc na Monte Spinale wjeżdżamy wyciągiem 5. Chcemy zrobić czarną 25-tkę, gdyż owe dwanaście lat temu była zamknięta. Niestety, teraz też jest zamknięta. Ciekawe czy kiedykolwiek bywa otwarta. Pocieszamy się więc jazdą na czarnej 28 i czerwonej 27 oraz na małym łączniku 29. Trasy bardzo dobre, niestety widoczność pogarsza się z każdą minutą a ponadto jak tylko słońce zaszło za chmurami zrobiło się zimno.

Chmury nad Passo Groste

Zatrzymujemy się więc na mały popas w restauracji na polanie Montagnoli. Restauracja dość duża, ale taka „rodzinna”, jedzonko bardzo dobre. Wziąłem lazanię. Bardzo dobra, choć nie tak dobra jak ta na Passo Pordoi na Sellarondzie w restauracji „Maria”. Tam to podają poemat a nie lazanię. Po wyjściu z knajpy już niczego nie widać, ale zdobywamy się jeszcze na kolejny wyjazd na Monte Spinale. Tu jeszcze gorzej. Zjeżdżamy więc przez niebieską 30 i 32 do krzesła 17 na Pradalago.

Jakby jaśniej. Nawet coś słoneczko prześwituje. Wjeżdżamy znanymi trasami na Monte Vigo i proszę, na Monte Vigo świeci słońce. Chmury gdzieś odpłynęły, widać dobrze Pradalago i Cinque Laghi i Marilevę i Folgaridę, tylko jeszcze Passo Groste i Monte Spinale pod chmurkami.

Malga (Pastwiska) Panciana 1886 m n.p.m.

Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, odwiedzamy mały wyciąg 13, idący w bok od czerwonej 11-tki z Monte Vigo. Łagodne niebieskie trasy ale przyjemnie. W ogóle okolice Pastwiska Panciana są słoneczne i spokojne, więc jeździ tu sporo rodzin z dziećmi i sporo innych początkujących narciarzy. My do końca dnia jeździmy na czarnych z Dos de la Pesa, choć po południu już dobrze rozjeżdżone.

.                                                                                                                                                                    

Piątek, 09 marca. Na dzisiaj zostawiliśmy sobie Folgaridę wraz z najważniejszą trasą w okolicy, czyli Folgaridą Negrą. Właśnie ta trasa była chyba powodem, dla którego podczas poprzedniego przyjazdu tutaj, zdecydowaliśmy się mieszkać właśnie w Folgaridzie. Trasa ta jest z kilku powodów „naj”. Ma chyba największe (największe we Włoszech? W Alpach? Na całym świecie?) maksymalne nachylenie stoku i wynosi ono aż 58%, średnie nachylenie zaś 36%, jej długość to 1850 m a szerokość zaledwie 35 m, różnica poziomów wynosi 550 m. Trasa poprowadzona jest przez las i powstała w 1967 roku. Niewątpliwie zaliczana jest ona do trudnych, nawet dla dobrze jeżdżących narciarzy. Ja tam nie pamiętam żeby było na niej trudno. Dziewięcioletnie dzieci pomykały po niej bez problemu, no ale było mięciutko. Gdyby był lód to pewnie byłoby gorzej. No zobaczymy jak będzie tym razem.

Jak ktoś lubi oglądać trasy w 3D to tu może to zrobić, poniżej link do mapki 3D Folgaridy i Marilevy:

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-folgarida-marilleva

Znowu, jak w poprzednich dniach jedziemy gondolą do Marilevy1400 a potem wyciągami na Dos de la Pesa i w dół. Trzeba przyznać, że te czarne trasy (25 i 26) codziennie rano były przygotowane perfekcyjnie, czego nie można niestety było powiedzieć o większości tras wokół Madonny. Potem wjeżdżamy na Monte Vigo i tym razem kierujemy się w lewo. Na początek czerwona 9 i 32 do pośredniej stacji gondoli jadącej z Dolasy. No, naprawdę kawał góry, różnica poziomów to aż 809 m, trasa dobrze przygotowana. Bardzo przyjemny zjazd, więc trochę żeśmy na niej pojeździli.

Dla porządku trzeba dodać że trasa nr 36 z Malgi Panciny do pośredniej stacji gondoli z Dolasy jest zamknięta raczej na stałe.

Widok na Passo Groste i Monte Spinale z krzesła 3 koło Monte Spolverino

Potem trochę pokręciliśmy się pomiędzy Monte Spolverino a Malghet Aut, przypominając sobie jak to było podczas poprzedniego pobytu. Okazało się że od tamtego czasu dobudowali wyciąg 3. Dawniej na Mt. Spolverino można było wrócić poprzez niebieską 13-tkę i stare krzesło 4. Trasy 8, 5 i 4 bardzo przyjemne, Wzdłuż krzesła 8 jest polanka z małymi orczykami, ciepło, zacisznie, dzikie tłumy matek z dziećmi, gra muzyka, dzieci wrzeszczą, matki na nie krzyczą jeszcze głośniej we wszystkich możliwych językach. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej. I oto jest, stoimy u wrót Folgaridy Negry oznaczonej na mapkach jako czarna 1-ka. Ale nie. Jeszcze nie.

Czerwona 3-ka w Folgaridzie

Najpierw czerwona 3-ka do centrum Folgaridy. Fajna trasa, niestety tylko początek znajdujący się w lesie odpowiednio twardy, dalej mamałyga. Nie da się po czymś takim jeździć. No ale trudno się dziwić, żar leje się z nieba. Wracamy gondolą nr 2. Gondola jedzie nad sporą częścią miejscowości, więc wypatrujemy gdzie wówczas mieszkaliśmy ale jakoś żadne miejsce nie wydaje się być znajomym.

Przed wjazdem na Folgaridę Negrę

No to na Fogaridę Negrę. Praktycznie leży na niej wyłącznie sztuczny śnieg, który na twardej podbudowie tworzy kilkucentymetrową warstewkę sypkiego jak cukier proszku. Nie jest źle. W porównaniu do tamtej mamałygi to tu narzekać nie można. Podobno jak ktoś przejedzie całą trasę bez zatrzymywania to może być z siebie dumny.

Folgarida Negra

Ja robię zdjęcia więc muszę się zatrzymywać, ale reszta chyba faktycznie zjechała bez zatrzymywania się, gdyż od razu zniknęli mi z oczu.

Powtarzamy raz i drugi ale jakoś nie czujemy się powaleni na kolana. Istotnie trasa trudna technicznie i właśnie wymuszająca taki a nie inny tor jazdy, ale spokojnie można ją w tych warunkach przejechać na jeden raz, ale czy o to chodzi? Wtedy, owe dwanaście lat temu wydawała mi się szersza, tak znacznie szersza i chyba łagodniejsza.

Dla porządku przejechaliśmy jeszcze ze dwa razy niebieską 2-kę. Mamałyga.

W drodze powrotnej zahaczmy jeszcze o trasy z Mt. Vigo i Mt. Spolverino a potem do zamknięcia wyciągów jeździmy po „naszej” stronie czyli z Dos d.l. Pesa do Marilevy1400.

.                                                                                                                                                                                                                                                                               

Sobota, 10 marca. Odczuwamy spory niedosyt jeżdżenia. Ten deszcz w poprzednią niedzielę i kiepski śnieg w okolicach Madonny, powodują że decydujemy się pojechać jeszcze do Pejo.

Być tutaj i nie zobaczyć Pejo… Z tym Pejo jest pewien problem, raz piszą go przez „i” innym razem przez „j”, nie mam pojęcia jak ma być poprawnie. Chyba raczej przez „j”… Google reagują zarówno na „pejo” jak i „peio”.

http://www.visittrentino.it/pl/localita/peio

http://www.skirama.it/PL/narty-peio/

http://www.valdisole.net/IT/Comune-Peio/?s=8

http://www.ski.it/pejo.html

Do Pejo, mamy dosłownie mniej jak dwadzieścia minut jazdy, tak że już po chwili jesteśmy na parkingu w Pejo Fontanino (Fonti), zakładamy buty narciarskie i biegniemy do dolnej stacji gondoli. Kupujemy nowe karnety, tylko na Pejo, niestety tylko na cztery godziny bo przecież mamy dziś wracać do Krakowa. W czasie naszej wizyty w Pejo, taki czterogodzinny karnet kosztował niecałe 30,- euro, a całodzienny tylko o 5,- euro więcej. Karnety mamy do 14-tej. Z tej strony można ściągnąć pdfa z aktualnymi cenami.

http://www.ski.it/listino_prezzi2.html

Zresztą po doświadczeniach z Folgaridy i Madonny nie mamy nadziei na jakieś lepsze jeżdżenie w Pejo. Na parkingu jest bardzo ciepło, jakby to był lipiec a nie początek marca, śniegu nie widać, wszędzie zielono.

Pejo

Nowa gondola wywozi nas na 2000 m n.p.m. na zalaną słońcem polankę. Dalej ciepło, ale śniegu sporo. Decydujemy się na zjazd do dolnej stacji gondoli, gdyż chcemy przetestować tą czerwoną 1-kę, póki jest jeszcze wcześnie i śnieg nie zmiękł zupełnie. Trasa fajna ale raczej fioletowa, taka nartostrada, nie ma po czym pojechać, zwłaszcza w tych warunkach. Okazuje się że krzesło 6 działa, więc robimy małą pętelkę na nim. Stok dla uczących się. Wracamy na górę. Czarna 3-ka nieczynna.

Kolejka linowa w Pejo

Jedziemy więc wielką kolejką linową (zabiera 100 osób, ale wygląda jakby brała 200) na 3000 m n.p.m. A tak dokładnie, to na 2991 m n.p.m. Kolejka została zbudowana dopiero w 2010 r. Kolejka wjeżdża na górę w niecałe pięć minut.

Na górze całkiem sympatyczna zima. Jest lekki mrozik i piękne słońce.

Na czerwonej 12-tce w Pejo

Jedziemy czerwoną 12-ką a potem 13-tką. No! Bomba. Piękna górka, śnieg naturalny, dobrze wyratrakowany, ludzi praktycznie brak. Nareszcie coś do pojeżdżenia. Trasa wiedzie spod szczytu szerokim żlebem lub wąską dolinką, jak kto woli, do wyboru. Pomimo że na górze wiał dość silny wiatr na trasie jest zacisznie. Zjeżdżamy z powrotem do kolejki. Trasa ma przewyższenie 990 m. A jak zjechać do dolnej stacji wyciągu 2 lub 4 to nawet sporo ponad 1000 m. Jest po czy pojechać.

Cała trasa aż do Doss dei Cembri

Za kolejnym razem tak właśnie robimy, jadąc 5-ką, 4-ką i 11-tką, niestety 11-ka już bardzo miękka.

Skupiamy się więc na tej czerwonej 12-tce i 13-tce. Góra, dół, góra, dół. Zgraliśmy się z kolejką. Jedziemy tyle samo w dól co kolejka, tak że od razu wsiadamy i do góry. Trasa ta jest skierowana na wschód a ten dolny odcinek (13-ka) na południe. Ale nawet ten dolny odcinek jest cały czas dość twardy. Można? Można! No ale może te ponad 2000 m n.p.m. robi swoje, w Madonnie dolne stacje wyciągów są na wysokości mniej jak 1500 m n.p.m. a w Folgaridzie nawet na 1300 m n.p.m.

Monte Vioz

i grupa narciarzy pnących się mozolnie w górę. Ale za to będzie piękna jazda…

Pomimo że mamy mało czasu robimy mały odpoczynek w kanjpce na Doss dei Cembri, popijamy jakiś soczek, patrząc jak grupa narciarzy wchodzi na turach na Monte Vioz a może do Rifugio Vioz znajdującego się na wysokości 3535 m.

Nie da się ukryć, jesteśmy zaskoczeni tym Pejo. Zwłaszcza wyśmienitym śniegiem.

Całości dopełnia fakt, że w Pejo są sauny i baseny termalne. Trochę więcej informacji można znaleźć tutaj: http://www.termepejo.it/

Niestety z braku czasu nie zwiedziliśmy tych term, chociaż gdybyśmy wiedzieli że są, to podjechalibyśmy pewnie któregoś popołudnia. W ogóle to bardzo malownicze miejsce. Można by tu przyjechać nie tyle na jeżdżenie góra – dół, góra – dół ale też tak, żeby popatrzeć na zadymkę za oknem. Musi tu być pięknie po dużych opadach śniegu, kiedy rano wyjdzie słońce…

To Pejo, to może być też dobre miejsce na spędzenie kilku dni w lecie, tak żeby coś powędrować z psem po górach… Tylko że tu Park Narodowy Stelvio, więc nie wiadomo czy psa wpuszczą.

Ale na razie tuż przed 14-tą wchodzimy po raz ostatni do kolejki, tak że koniec, końców dopiero grubo po 14-tej ruszamy z parkingu do Krakowa. Przez korki na Brennerze i ciągnące sie kilometrami ograniczenia prędkości, dopiero przed 21-szą jesteśmy w Oed, gdzie tankujemy tanie paliwo i zjadamy po bardzo dobrym i szybkim hamburgerze (jeśli hamburger może być dobry, choć te faktycznie były dobre, co zgodnie wszyscy przyznawali). Do domu dojechaliśmy koło drugiej w nocy. I tak nieźle.

.

.

.

Kraków, październik 2012

.

szaro, buro, słupy wysokiego napięcia, po prostu Tonale

Mt. Vigo, widok od strony Malgi Panciana

gdzieś na Pinzolo

widok z Pinzolo gdzieś na kierunek lodowca w Tonale

ja i Janusz na Mt. Vigo. Ale to nie to, o czym myślicie. Znam go tyle lat, to byłoby niemożliwe…

pod Cinque Laghi

to też na Cinque Laghi, tylko że w 2000 r…

Folgarida Negra

Passo Groste widziane z górnej stacji kolejki w Pejo

okolice Mt. Spolverino, w dali Passo Groste

16
wrz
12

-Podróż XII, XLIII – Stubai

Podróż XII, XLIII

Byliśmy na Stubaier Gletscher

.

Sobota, 22 marca. Postanowiliśmy pojechać znowu na Stubai. http://www.stubaital.at/ Znowu, bo wówczas dość często tam jeździłem. Nawet dwa albo i trzy razy w roku, przeważnie jednak w grudniu albo w maju i to raczej na kilkudniowe wypady. Na Stubai najlepiej jeździć od początku grudnia (kiedy to już napada wystarczająco dużo śniegu, żeby chodziły wszystkie wyciągi), do kwietnia (później to najczęściej już czeka nas jeżdżenie po bryi). W listopadzie czy też maju (nie mówiąc już o czerwcu) lepiej pojechać np. na Pitztal albo Hintertux. Jednakże wiosna owego roku przyszła jakoś wcześniej, zrobiło się ciepło, w niżej położonych ośrodkach, śniegu było mało i był raczej mokry, więc wybór padł na Stubai. W tamtych latach trzeba było się nieźle nakluczyć żeby dojechać na miejsce, nie było tych wszystkich autostrad, które są dzisiaj i dojazd zajmował znacznie więcej czasu i był nieporównywalnie bardziej uciążliwy. No, ale było, co było, teraz chyba najlepiej pojechać nową autostradą A1 do granicy w Chałupkach. Tak jak pokazuje poniższa mapa i uzupełnienie o przejezdności A1:

.

.

Ostatnia stacja przed wjazdem na autostradę (OMV) ( 48.572838,16.639502 ) znajduje się po prawej stronie i wygodnie tam się zatrzymać, ma mały barek kawowy i dobre toalety, jednakże paliwo (diesel) jest na niej już nieco droższe niż na stacjach przy granicy. Ponieważ ceny paliw zmieniają się bardzo dynamicznie, ciężko podawać ich wartości bezwzględne, gdyż już w momencie publikacji są one nieaktualne, może lepiej tak: jeśli w Krakowie i Wodzisławiu paliwo kosztowało 100%, to na granicy czesko-austriackiej i to po obu jej stronach 109%, na ostatniej OMV – 112 %, a na autostradzie 116%.

Tylko, albo aż 16% różnicy. W połowie drogi, na zjeździe na Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem jest Oldtimer- Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami za paliwo, niż na całej autostradzie. Można tam spokojnie zatankować.

Według mapy googla cała trasa liczy niecałe 970 km, czas przejazdu to około 10 godzin, no ale z postojami to raczej 11 godzin.

Widok na lodowiec z okolic Milders

Zwykle wynajmowaliśmy apartament Landhaus Freigerblick już za Milders, u przemiłej rodziny Volderauer (Schaller 19, 6167 Neustift, Tel: +4352262759) ( 47.089658,11.277621 wys 1100 m n.p.m. ), jednak tym razem ktoś nas ubiegł, więc wynająłem apartament w nieodległym Haus Schöpfhof. Też przyjemny, choć położony tuż przy skrzyżowaniu i w związku z tym nieco głośny. www.stubaital.at/vermieter/appartement/pfurtscheller/  Mieszkanie w Milders lub w Neustift i jego okolicy jest dobrym wyborem, gdyż dojazd do dolnej stacji gondoli, wiozącej nas na lodowiec jest w miarę krótki, a i do sklepu i na basen nie jest daleko. Fulpmes jest położone zbyt daleko i dojazd do gondoli byłby zbyt czasochłonny, no chyba że ktoś raczej myśli o jeżdżeniu wyłącznie w ośrodku Schlick. Wynajmowałem też apartamenty w okolicach Neustift lub obok w Neder np. w Haus Rosmarie z fajną sauną w cenie. http://www.haus-rosmarie.at/ Więcej informacji o apartamentach i hotelach a także o samej dolinie można uzyskać na stronach: www.stubaital.at   i   http://www.tiscover.com/   albo w lokalnym Tourismusverband pod tel. +43 5226 2228 lub mailem tv.neustift@neustift.netwing.at

.

Niedziela, 23 marca. Jest marzec, piękna pogoda, więc postanawiamy się wybrać na Schlick. www.schlick2000.at  Choć na Stubaiu byłem wielokrotnie (tylko owego roku byłem trzy razy, w grudniu, właśnie w marcu a potem jeszcze pod koniec maja), jakoś do tamtej pory na Schlick’u jeszcze nie byłem.

Gondola na Kreuzjoch. Po prawej widać trasę gondoli na Elfer i kawałek stoku. To czerwona 3-ka

Jedziemy więc w dół do Fulpmes, gdzie trzeba skręcić w dobrze oznakowaną drogę, prowadzącą do dolnej stacji gondoli ( 47.155539,11.343824 ) . Tam kupujemy karnety, na pięć dni tylko. Niestety. Obowiązki wzywają… mapka tras: http://www.schlick2000.at/sixcms/media.php/794/Pistenplan_Winter1011.pdf Wjeżdżamy od razu na 2136 m, na Kreuzjoch. Jeździmy trasami 2, 3 i 4 wzdłuż orczyka E i krzesła C. Trasy przyjemne, okolica przypomina Dolomity, zwłaszcza Madonne albo okolice Bormio. Niestety jest bardzo miękko, w zasadzie koszmarnie miękko. Ale przyjemnie, tak zacisznie i spokojnie, pogoda piękna, świeci słońce. Dzieci się dobrze bawią. Po przejechaniu wszystkich tras wzdłuż i w poprzek zjeżdżamy niebieską jedynką do Bruggeralm. Tam jeszcze chwilę jeździmy na trasie nr 5. No, ciężko. Ale dla młodych rodziców z małymi dziećmi to niezłe miejsce, tylko ten miękki śnieg i to już w marcu… Można by było jeszcze wjechać na Elfer (1812 m n.p.m.) ( http://www.elfer.at/ ) ( 47.11124,11.312023 ) ale chyba raczej tylko żeby zjeść coś w restauracji albo zjechać na saneczkach przez Issenangeralm do Neustift. Piękna trasa, naprawdę warto, tylko raczej nie w butach narciarskich. Jazdy na nartach to na tej górce nie ma zbyt dużo, zwłaszcza pod koniec marca. Choć w styczniu czy w lutym, coś tam można poskręcać.

Postanawiamy się więc już nie męczyć i pójść na basen. Basen jest w Neustift przy Stubaitakstrasse 110. Nie jest jakiś duży ale przyjemny i ma część znajdującą się na zewnątrz. Można się więc trochę zrelaksować po tym ciężkim i wymagającym śniegu. Więcej informacji na http://www.freizeitzentrum-neustift-stubaital.at/

.

Poniedziałek, 24 marca. Pogoda dalej przepiękna, więc dziś już nie kombinujemy i jedziemy na lodowiec. http://www.stubaier-gletscher.com/de/winter/ , Musimy podjechać nieco krętą drogą do dolnej stacji gondoli ( 47.013101,11.159642 ),  jeszcze 15-cie kilometrów w górę. Jakieś niecałe dwadzieścia minut. mapka z trasami tutaj:

http://www.stubaier-gletscher.com/eng/Winter/Ski-Area/Lifts-Pistes

Wjeżdżamy Gondelbahn Gamsgarten I i II na 2620 m n.p.m. Niby to „tylko” o 400 m wyżej niż najwyższy punkt na Schlick’u, no ale tu jest zima! Temperatura dużo poniżej zera, trasy przygotowane i twarde, wszystko takie jak ma być.

Orczyk Daunferner i trasy wzdłuż niego

Na początek obracamy wzdłuż sześcioosobowego krzesła Eisjoch. Trochę na równoległym orczyku Eisjoch II. (tarsy 1 i 1b) Potem, małym, trzęsącym się krzesłem Wildspitz dostajemy się na „właściwy” lodowiec i przez jakiś czas jeździmy wzdłuż orczyków Daunferner I i II, trasami 7 i 9. Bardzo przyjemne są też trasy 20 i 21 wzdłuż orczyka Daunscharte. Ta czarna 21 to faktycznie kawał góry. Jest tu prawie jak na Hintertuxie wzdłuż orczyków Keserer. Ale jak wiadomo „prawie” robi wielką różnicę. Niewątpliwie Hintertux jest lepszy, ale na Stubaiu częściej świeci słońce i rzadziej wieje przenikliwy wiatr.

Okolice Jungfrauenbodele, po lewej krzesło Fernau

Potem przez Eisgart przenosimy się na krzesło Fernau w sąsiedniej dolince. Tu jest jakby dostojniej i posępniej. Śniegu jakby więcej, jakby chłodniej. Spodobała nam się trasa 11 i jej pozatrasowy wariant 13, poprowadzony u podnóża stromych ścian pobliskiej grani, tak że cały czas jedzie się jak po bandzie jakiegoś gigantycznego toru bobslejowego czy half-pipe’u, tak na jedną nóżkę. Zjeżdżamy do Mittelstadion Fernau (2300 m ), tu już wyraźniej robi się miękko. Znowu do góry. Najczęściej wybieramy wariant: gondola Eisgart II, niebieska 4 i krzesło Fernau. Śnieg jest wspaniały, świeci słońce, więc obracamy bez końca. Do tej dolinki można też dostać się od strony trasy 5 i orczyka Gaisskarferner poprzez krótkie krzesło Pfaffengart i raz czy dwa, tak właśnie robimy.

Widok z górnej stacji krzesła Fernau na Schaufelnieder

.

Wtorek, 25 marca. Pogoda dalej przepiękna. Wjeżdżamy więc znowu na Gamsgarten i dla rozgrzewki kilka razy robimy 1, 1a i 1b. Potem wjeżdżamy krzesłem Rotadl na Rotadlkopf. Z tego miejsca można zjechać niebieskimi 7, 7a albo czerwoną 17 z powrotem do Gamsgarten albo – pojeździć po kilku żlebach znajdujących się po prawej i lewej stronie od górnej stacji krzesła.

A to te żleby, nie wyglądają jakoś specjalnie groźnie…

Oczywiście nie ma co porównywać tych żlebów z tymi choćby na Chopoku, którymi miałem okazję zjechać ale te też niczego sobie. Zresztą jak próbowałem po nich jeździć będąc tu następnym razem pod koniec maja, to miałem kłopot. Przeistoczyły się one, za sprawą ciężkiego i mokrego śniegu w lawiniaste pułapki, bo jak wiadomo z takiego żlebu odwrotu już nie ma. Właśnie pod koniec maja, ugrzęzłem w jednym z tych żlebów, po tym jak mój kolega, za którym jechałem pociągnął za sobą całkiem sporą lawinkę. Kolega był dobry i uciekł przed lawinką, ja zaś widząc co się dzieje stanąłem. Śmieszność sytuacji polegała na tym, że przede mną powstało lawinisko, bezpieczne już i stabilne ale składające się z brył śnieżnych o rozmiarach małych lodówek czy innych biurek. Takie metr na metr na półtora. Nie bardzo szło mi skręcanie w takim terenie, więc musiałem przetrawersować kilkadziesiąt metrów w poprzek stoku aby znaleźć inne, lepsze miejsce do jazdy. Może mniej stabilne ale bez owych „lodówek”. No, ale teraz jest marzec, śnieg jest wspaniały, trasy bezpieczne. Zresztą tymi żlebami obecnie poprowadzone są offowe trasy 8, 15 i 18 (wówczas nie do końca, trasy i ich oznaczenia nieco różniły się od tych istniejących obecnie ale efekt był podobny -wspaniała jazda), leży na nich najwyższej jakości firn, dzięki czemu narty nie toną i jazda jest łatwa i przyjemna, tym bardziej że miałem wówczas ze sobą bardzo odpowiednie narty do takiej jazdy, czyli Rossignole Bandit XX. Bandity zmieniłem już na K2 RICTOR, ale jeszcze dożynam je (te Bantity) poza trasami w Tatrach, ale o tym innym razem. Śladów nart tutaj niewiele, więc albo nikt tu nie jeździł od dawna, co wydaje mi się mało prawdopodobne albo w nocy jednak trochę tu w górach poprószyło, tak że jeździmy po idealnie białym i gładkim śniegu wypełniającym żleby. Po przejechaniu takiej trasy pokazujemy sobie nawzajem własne ślady. Im kto zostawił równiejszy, tym zyskuje większe uznanie.

Nieskazitelne pola śnieżne wzdłuż orczyka Gaisskarterner

Potem przenosimy się jeszcze na „drugą” stronę aby pojeździć po nieskazitelnych polach białego śniegu wzdłuż orczyka Gaisskarterner. Nie jest to jakaś wielka czy stroma góra ale jakoś tutaj właśnie można znaleźć całe hektary świeżego śniegu. Fajnie pojechać po takim świeżutkim śnieżku. Nieopodal znajduje się jedna z najwyżej położonych knajp w Alpach.

Jochdohle 3000 http://www.stubaier-gletscher.com/en/winter/gastronomy/jochdohle/  , jak sama nazwa wskazuje położona jest na 3000 m n.p.m. Wówczas podawali tam kawę i herbatę w filiżankach z napisem „Stubaier Gletscher” – nie mogłem się oprzeć… Nawet dzisiaj, kawa w tej filiżance smakuje inaczej… Knajpa ta ma jeszcze jedną ciekawą właściwość, mianowicie siedząc na pięterku (bo ma ona taką antresolę) ma się wrażenie że podłoga i stoliki są nachylone pod kątem do poziomu. Oczywiście podłoga jest prosta a raczej sufit pochyły, niemniej jednak efekt jest tak doskonały że wszyscy sprawdzają czy poziom herbaty w kubkach czy innego piwa w szklankach jest poziomy czy nie. Ja tam zbyt długo i tak nie mogłem siedzieć bo zaczynało mi się trochę kręcić w głowie. Ponadto toalety są tam takie jak w samolocie i wszędzie są napisy uświadamiające ile kosztowało wtarganie tu wody i w związku z czym należy ją bardzo oszczędzać.

Knajpka Jochdohle tak naprawdę znajduje się na wysokości 3150 m n.p.m.

W ogóle to na tym Stubaiu można sporo pojeździć poza trasami. Choć jednak te pozatrasowe trasy na Hintertuxie chyba ciekawsze i większe i szersze, no ale tu jest słoneczko, zacisznie… No ale na Hintertuxie łatwiej o świeży, głęboki śnieg.

Widok przez okna knajpy Jochdohle.

Wracamy pozatrasową 14 -Wilde Grub’n, na którą trzeba odbić z niebieskiej 7-mki, tylko że my jedziemy takim jej nienumerowanym łącznikiem odchodzącym z Gamsgarten, albo jakoś gdzieś obok. Jedziemy wielkimi polami śnieżnymi, wzdłuż śladów nart pozostawionych przez poprzedników i mamy nadzieję że gdzieś dojedziemy, ale na razie napawamy się przestrzenią, wspaniałym śniegiem i wolnością. Tak napawając się, konstatuję w pewnej chwili, że moje odczucie prędkości względem podłoża jest inne niż względem odległych punktów. Inni też to chyba zauważyli, gdyż widzę ich trochę zdziwione, trochę zaskoczone miny. Niewątpliwie, śnieg po którym jedziemy porusza się pod nami względem „ziemi”. Jedziemy po desce śnieżnej, jadącej pod nami. Ciekawe uczucie. Ale zanim zdążyliśmy się zastanowić co z tego wyniknie i co zrobić, z impetem i z kupą śniegu wpadliśmy na ten bardziej uczęszczany odcinek Wilde Grub’n, po którym oprócz dziesiątek narciarzy jechały nasze dzieci. Pognaliśmy dalej, w dół, zostawiając za sobą całkiem sporą górę, świeżego, skotłowanego śniegu i kilku lekko zaskoczonych narciarzy.

.

Poniedziałek, 9 maja. To już zupełnie inny maj. Minęło siedem lat, jedenaście miesięcy i osiem dni (a może się pomyliłem o dwa dni) od mojego ostatniego pobytu na Stubaiu. Niewiele się tu zmieniło od tamtego czasu. Dobudowali jedną gondolę z Eisgrat i zupełnie nowe krzesło na Daunkopf (3225 m) skąd poprowadzili nową czarna trasę nr 22, a i zmodernizowali krzesło na Rotadlkopf. Majowe słońce, majowy śnieg, jak i wówczas, miękki i bryjowaty, ale przyjemnie odwiedzić stare kąty. Jakoś się ten Stubai zmniejszył. Wtedy byłem w nim zakochany, teraz chyba raczej stawiałbym na Hintertux. Pomimo że to zaledwie początek maja, większość wyciągów nie chodzi ( w zasadzie to chodzą tylko orczyki Daunfemer, Wiltzpitz, Gaisskarferner, krzesła Eisjoch i Rotadl no i gondola Gamsgarten- cieniutko), o tej porze na Hintertuxie chodzi wszystko, no ale piździ i jest na szczycie -180C. Coś za coś… Też ciekawe że pomimo niewielkiej odległości dzielącej lodowiec Stubai i Hintertux można spodziewać się na nich, zupełnie różnych warunków w tym samym czasie, co mogłem namacalnie stwierdzić gdyż będąc na Hintertuxie, przyjechałem właśnie tu na Stubai i co? Wszędzie zima ( zwłaszcza na Hintertuxie) a tu lato…

Chmury i góry widziane z okien Jochdohle 3000

O Wilde Grub’n też chwilowo można zapomnieć… W knajpie Jochdohle 3000 herbatę podają w kubkach bez żadnego napisu… Choć widok z okien Jochdohle 3000 taki jak dawniej. Niewiele też się zmieniło na dole. Zwłaszcza właśnie w maju, można się napawać widokami soczyście zielonych łąk, kontrastujących z białymi od śniegu lodowcami. Wracając drogą z dolnej stacji gondoli, w kierunku do Milders, warto zjechać w prawo na mały parking koło zakola rzeki, nad małym stawem. ( 47.054811,11.239904 ) Bardzo urokliwe miejsce z fascynującym widokiem na góry, jeziorko, lodowiec gdzie się przed chwilą jeździło i zielone lasy. Można tu też przyjechać np. na pic-nic. Dla dzieci jest tu taki mały kącik zabaw. Jak jest słoneczny, ładny dzień, to nad tym jeziorkiem potrafi być bardzo ciepło i przyjemnie. Oczywiście w maju.

Widok na odbijający się w stawie szczyt Mairspitze 2780 m n.p.m. To co widać po prawej od szczytu, to jednak nie ten lodowiec po którym się jeździ. Lodowiec jest jeszcze dalej na prawo.

W zasadzie to te zielone, rozlegle łąki, jakich chyba nie znajdziemy na Hintertuxie, Pitztalu czy innym Solden nadają temu miejscu wyjątkowy koloryt. Jadąc przez Tux czy Hintertux nawet w maju widzimy piargi i skałki, krajobraz jest bardziej szary, surowy. Tutaj sielanka. Ciepło, słonecznie, pachnie trawą i igliwiem. Jest tu tak jakoś, tak radośnie…

.

.

.

Kotli, wrzesień 2012

.

Widok z Neder na dolinę Stubaital

 

 

 

Widok z górnej stacji krzesła Wildspitz. Skręcając w lewo za granią, można dojechać do Jochdohle 3150 i orczyka Gaisskarferner, najbardziej po prawej widoczny jest orczyk Windachferner a u podnóża grani górna stacja krzesła Eisjoch.

Widok z górnej stacji krzesła Fernau

30
maj
11

-Podróż XL – Solden

 Podróż XL, XLIV

Byliśmy w Solden i Vent

.

Czwartek, 25 listopada. Jedziemy na weekend do Solden.

http://www.soelden.com/main/DE/SD/WI/index.html lub http://www.oetztal.com/

Jeśli chcemy pojeździć sobie w listopadzie albo w grudniu, to Solden będzie dobrym wyborem. Niestety wiosną, najczęściej w okolicach czerwca ośrodek jest zwykle zamknięty, a i latem czynna jest tylko jedna trasa, wzdłuż górnego odcinka gondoli na Schwarze Schneid. Ostatnio to i nawet ta trasa jest zamknięta. Powiem więcej, ostatnio to nawet we wrześniu wszystkie trasy są zamknięte. Istotnie, brakuje tam ostatnio śniegu. Czyżby klimat się ocieplał?

Przed wyjazdem „poza sezonem”, należy więc sprawdzić czy wyciągi są czynne a nartostrady otwarte. Trzeba się do tego przyłożyć, gdyż po wejściu na stronę ośrodka, jesteśmy zalewani kolorowymi banerami zapraszającymi nas na narty i informującymi o wspaniałych warunkach śniegowych, po czym, po dokładnym sprawdzeniu okazuje się, że data ostatniej aktualizacji jest sprzed miesiąca (!) i dopiero, po wejściu na kolejne zakładki dowiadujemy się, że tak naprawdę wyciągi są właśnie zamknięte. Warto się jednak pomęczyć i pojechać tam, gdyż sam lodowiec to dwie, rozległe doliny, jedna to Tiefenbach Gletscher (2796 – 3309 m n.p.m.) a druga to Rettenbach Gletscher (2684 – 3370 m n.p.m.) a do tego często już w drugiej połowie listopada działają wyciągi w rejonie Giggijoch i Rotkogljoch (2284 – 2662 m n.p.m.), tak że nudzić się nie będziemy. Na dodatek zawodnicy tu raczej nie trenują, a więc całe stoki są do dyspozycji dla takich zwykłych narciarzy, jak my.

W Solden byłem kilkakrotnie i to zawsze w połowie listopada lub na początku grudnia i przeważnie pogoda była ładna, a i śniegu było pod dostatkiem.

Jedziemy jak zwykle ostatnio, do Katowic, potem na wysokości Gliwic skręcamy na nowy odcinek A1, który  z utrudnieniami, ale prowadzi do Ostravy i dalej do Brna. Tak jak pisałem już wielokrotnie; nie mogę już przez Cieszyn i Frydek Mistek. Robi mi się niedobrze na samą myśl, że będę tamtędy jechał. Może to przez te polowania, jakie wiele lat temu uskuteczniali czescy policjanci na polskich kierowców, może przez niegdysiejsze korki na granicy, może to przez niekończące się fotoradary w okolicy Tychów, trudno powiedzieć. Ponadto łudzę się nadzieją że lada moment polscy budowniczowie drogowi połączą oba końce autostrad i wtedy pojadę jako jeden z pierwszych nowiutką autostradą A1… Podobno ma to nastąpić w pierwszej połowie 2012 roku… ( I stało się. Faktycznie, dzień po otwarciu autostrady prawie nią przejechałem – więcej o tym „prawie” , winietkach i tankowaniu paliwa na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ )

Dalej można pojechać z Brna autostradą D2 i skręcić na Breclav, ale przejechanie tego ostatniego trochę trwa i nie ma tam żadnego sklepu „wolnocłowego”, więc może jednak lepiej na Mikulov, prosto do nowej autostrady A5 po austriackiej stronie. Na granicy jest dalej mały sklep z perfumami, kawą i alkoholem. Ceny droższych trunków są cały czas nieco niższe jak w Polsce, nawet przy kursie w okolicach 4,50 za euro. Można więc coś kupić, ale wybór niewielki. Tańszych trunków i perfum moim zdaniem nie bardzo jest sens kupować, u nas taniej. A poza tym, wino za 3,- euro nie bardzo nadaje się do picia.

Potem S1, A22 i S5 na kierunek Krems i dalej S33 do St. Polten, gdzie wjeżdżamy już na A1, którą przez Salzburg i dalej 8-mką przez Niemcy do skrzyżowania nieopodal Rosenheim (często są tam korki) dojedziemy przez 93-A12 do Innsbruck’a. Za Innsbruck’iem skręcamy na drogę 186, którą dojedziemy już do samego Solden.

Cała droga to trochę ponad tysiąc kilometrów, tak że w około jedenaście godzin powinniśmy spokojnie dojechać na miejsce. Zaraz po przyjechaniu do Solden tankuję tamtejszego diesla, żeby nie mieć kłopotów rano z odpaleniem auta. Poprzednio tankowałem przed Wiedniem, gdzie była ciepła jesień… Taniej tu niż przy autostradzie a i paliwo raczej bardziej zimowe, niż gdzie indziej.

 

Podczas ostatniego pobytu w Solden, wynajęliśmy apartament w Haus Landers;

http://www.soelden.at/haus-landers/ – przyjemnie, około 30,- euro od osoby za dzień, ale z bezpłatnym wstępem do Freizeit Areny ( http://www.freizeit-soelden.com/ ).

Innym razem whttp://www.hausmontjola.com/ , ze śniadaniem po 26,- euro, dobrze położony (przy nartostradzie nr 9 z Gaislachkogl, więc jeśli śniegu jest wystarczająco, to nie trzeba używać samochodu).

czasami we wsi jeszcze jesień – okolice Haus Montjola

W Solden jest więcej pensjonatów i hoteli niż apartamentów, więc niestety, te ostatnie nie są tanie. Dlatego też podczas wcześniejszych pobytów zazwyczaj mieszkałem w pensjonatach, które „poza sezonem” czyli właśnie w listopadzie czy też na początku grudnia można wynająć za całkiem przyzwoitą cenę, nawet poniżej czterdziestu euro za pokój z pół-pensją, za osobę (np. http://www.haus-romana.at/unserhaus.php?lang=de ), podczas gdy za wynajęcie apartamentu trzeba zapłacić minimum dwadzieścia pięć, trzydzieści kilka euro od osoby, oczywiście bez wyżywienia. Więc stosunek ceny do otrzymanych świadczeń, przemawia na korzyść pensjonatów. Ale oczywiście można też znaleźć apartamenty po około 22,- euro. Jak choćby Haus Benjamin 

Więcej pensjonatów, hoteli a nawet apartamentów można znaleźć też tutaj: http://www.oetztal.at

Jeśli ktoś chce spędzić urlop w naprawdę magicznym miejscu, to niech się zastanowi nad tą ofertą: http://gampethaya.riml.com/natur-huetta-tirol-oetztal.html . Chata na polanie, to może być to. Ja osobiście jeszcze tam nie mieszkałem, ale nęci mnie to miejsce ogromnie. Jak w końcu się skuszę to opowiem jak było.

Przy wyborze miejsca gdzie chcemy mieszkać, należy pamiętać że jeśli nie chcemy tracić czasu na długie dojazdy po dość krętych drogach to należy skupić się na samym Solden i najbliższej okolicy. Dojazd już z Langefeld i Vent zabiera ponad dwadzieścia minut a w gorszych warunkach nawet powyżej trzydziestu.

Jeśli chcemy mieć cisze i spokój, to Rechenau, Wald i Hochsolden będzie dobrym wyborem.

.

Piątek, 26 listopada. Jeśli jest mało śniegu i nie chodzi gondola na Giggijoch to trzeba wjechać samochodem na parking znajdujący się przy dolnej stacji gondoli na Rettenbach Gletscher lub na Tiefenbach Gletscher. Jedzie się dość krętą i stromo poprowadzoną drogą. Nic dziwnego, gdyż do pokonania jest około tysiąc metrów różnicy poziomów. Na szczęście droga jest wystarczająco szeroka żeby można się było minąć z autobusem czy ciężarówką. W połowie drogi są bramki, gdzie należy zapłacić około 5,- euro od osoby (!) za wjazd samochodem, jednakże jak ktoś przezornie kupił karnet w kasach na dolnej stacji, nieczynnej o tej porze roku gondoli na Gaislachkogl lub Giggijoch, to jest z tego myta zwolniony.

Ostatnio jednak gondola na Giggijoch jest otwarta, więc wygodniej jest nią wjechać i tamtędy przedostać się na lodowce, niż kręcić się samochodem po niekończących się serpentynach, choć amatorów na taki dojazd nie brakuje, bo na tych parkingach zawsze jest sporo samochodów.

Jedziemy więc pod dolną stację gondoli na Giggijoch, gdzie jest duży, wielopiętrowy parking, kasy biletowe, wypożyczalnia sprzętu i parę sklepów sportowych. Mapkę tras narciarskich znajdziemy na tej stronie:

http://www.soelden.com/main/EN/SD/WI/Skigebiet/Herbstskilauf/index.html

i dobra mapa graniowa, tutaj:

http://www.openstreetmap.org/?lat=46.9595&lon=10.9605&zoom=14&layers=O

Hochsolden, trasa wzdłuż krzesła Rotkogl

Po wjechaniu na górę, przesiadamy się na duże krzesło Silberbrunnl i robimy dla rozgrzewki trasy 11-12. Jak na pierwszy zjazd w sezonie – super. Potem można pojeździć do dolnej stacji sześcioosobowego krzesła Langegg, czerwoną 11, bardzo przyjemny i długi zjazd. Z reguły chodzi też o tej porze roku stare, podwójne krzesło Rotkogl, wzdłuż dość wąskiej i trochę miejscami lekko zakamienionej (a może to nie kamyczki, jakoś nic nie chrupało pod nartami, ale było mnóstwo czarnych kropek na śniegu…), czarnej 22 (może jednak zakamienionej, no ale czarnej) i to w zasadzie w okolicach Giggijoch wszystko. Czarna 25 z Schwarzkogl (3018 m n.p.m.) o tej porze roku jest raczej zamknięta, a jeżdżenie po niebieskich nr 15 i 13 jest mało ekscytujące, chociaż tak naprawdę i te niebieskie traski są całkiem, całkiem.

Rettenbach Gletscher (2684 – 3370 m n.p.m.) – gdzieś w dole po prawej – stadion

Przemieszczamy się w kierunku lodowca Rettenbach. Aby tam dotrzeć trzeba wsiąść do gondolki Gletscherexpress, która wozi narciarzy w obu kierunkach. Gondolka dowozi nas w pobliże właśnie tego parkingu pod Rettenbach, o którym pisałem wcześniej. Jest tu kilka knajp, wypożyczalnie sprzętu i sklep sportowy i tak zwany „stadion”, na którym zazwyczaj jest meta rozgrywanych tu zawodów. Wsiadamy do gondoli Schwarze Schneid, która poprzez stację pośrednią dowozi nas na szczyt o tej samej nazwie, którego wysokość wynosi 3370 m n.p.m.

ze szczytu doskonale widać Sellarondę

Od górnej stacji gondoli na Schwarze Schneid, dość stromą ścieżką można wejść na sam szczyt, gdzie jest punkt widokowy, z którego rozpościera się panorama na oba lodowce no i oczywiście Pitztal. W pogodny dzień na południowym-wschodzie doskonale widać Sellarondę a właściwie Gruppo Sella, a tuż za nią połyskującą wiecznymi śniegami Marmoladę.

na Rettenbach Gletscher

Zakładamy narty i w dół. Trochę poniżej górnej stacji jest wjazd do tunelu, którym można przejechać na Tiefenbach Gletscher, ale my jedziemy w dół do „stadionu”, najpierw niby niebieską (ja bym ją oznaczył jako czerwoną, jest całkiem niezła) trasą nr 32 a potem czarną 31. No, ta czarna to kawał góry, jest po czym pojechać. Zaczyna się ona na wysokości pośredniej stacji gondoli, tak że można obracać tylko na tym czarnym odcinku.

Tiefenbach Gletscher (2796 – 3309 m n.p.m.)

Po kilku zjazdach przemieszczamy się przez tunel na sąsiedni lodowiec, Tiefenbach. Cała dolina zalana jest słońcem. Po dość mrocznym Rettenbach Gletscher (zorientowany on jest na północ), widok zalanych słońcem stoków lodowca Tiefenbach, zorientowanego na wschód, jest bardzo przyjemny. Trasy są tu może niezbyt strome, ale długie i bardzo szerokie. W zasadzie jest to jeden wielki stok, po którym można jeździć od lewego końca po prawy. No, prawie. Trasy też raczej nie jakieś tam niebieskie ale bardziej czerwone. Ta czerwona 37 razem z niby niebieską 39, naprawdę dobra. Ale wszędzie jest po czym pojechać, zwłaszcza dłuższym carvingowym skrętem.

kładka nad przepaścią

Atrakcją turystyczną jest, usytuowana przy górnej stacji gondoli Tiefenbachbahn, wąska, długa kładka, wystająca kilkadziesiąt metrów nad urwisko, z której można podziwiać lodowiec znajdujący się pod nią. Kładka jest po drugiej, zachodniej stronie grani i zawieszona jest nad pionową przepaścią, wypełnionej lodem. Z kładki dokładnie też widać Pitztal z kolejką jadącą na Ninterer Brunnenkogel (3440 m n.p.m.).

Są plany połączenia Solden z Pitztalem. Widziałem makietę, na której jest projektowana kolejka idąca z doliny u podnóża Ninterer Brunnenkogel do pośredniej stacji gondoli na Schwarze Schneid. Jak to zrobią, to powstanie jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów narciarskich z dwoma lodowcami, gdzie będzie można liczyć na śnieg praktycznie przez cały rok.

widok na Pitztal, doskonale widać kolejke na Ninterer Brunnenkogel

Pijemy jakąś małą herbatkę w przestronnej knajpie Tiefenbachgletscher przy dolnej stacji gondoli Tiefenbachbahn.

Przez olbrzymie, panoramiczne okna widać narciarzy jadących po niebieskiej 39-tce. Dużym powodzeniem cieszą się tutaj miękkie materace, leżące w jednej części restauracji, na których mogą poleżeć a nawet podrzemać najbardziej zmęczeni narciarze.

za oknem góry i 39-tka

Spod tej knajpy poprowadzone jest na przełęcz duże krzesło Seiterkar. Z przełęczy można już bezpośrednio zjechać do gondoli Gletscherexpress i na parkingi pod Rettenbach Gletscher. Ponieważ jest jeszcze wcześnie postanawiamy z raz albo dwa zjechać trasą 36 wzdłuż tego właśnie krzesła. Trasa jest dość wąska i pochylona na prawo, ale dla urozmaicenia może być.

Natomiast trasy 33 i 34 wzdłuż orczyka Seiterjochl, już po drugiej stronie przełęczy, są na pewno czerwone a nie niebieskie. Są zbyt strome i szerokie, żeby być jedynie niebieskimi. Piękna jazda. Zostajemy tutaj trochę.

Żeby sobie trochę urozmaicić, zamiast wracać gondolą Gletscherexpress, zjeżdżamy niebieską trasą 30 do dolnej stacji krzesła Langegg. To bezapelacyjnie niebieska nartostrada, nawet powiedziałbym że niebieski przechodzący w fiolet, ale przyjemnie wijąca się w głąb doliny. Spory kawałek do przejechania. Niestety na trasie znowu trochę czarnych kropek. Może to jednak nie kamyczki, no bo skąd kamienie w Austrii? Chyba niemożliwe.

Po wjechaniu na szczyt Rotkogljoch (2662 m n.p.m.) wpadamy jeszcze na chwilę do Rotkogljochhutte. Bardzo przyjemna knajpka, można tam zjeść w miłej atmosferze. Chyba dość sporo narciarzy tak sądzi, bo mimo listopada w porze obiadowej ciężko tam o miejsce.

Potem w dół do gondoli, która zawozi nas do wsi. Ala z Olą pojechały jednak nartostradą. Dojechały do samego dołu, po przyjeździe na dół, wyglądały jakby ktoś podłączył je do prądu, całe się trzepały i nie mogły przestać – na trasie (w zasadzie jeszcze zamkniętej) były same lodowe kalafiory…

Po nartach trzeba się trochę wymoczyć. Jedziemy więc do Langefeld na baseny i sauny. W Solden jest co prawda basen i sauny ( http://www.freizeit-soelden.com/ ), ale w Langefeld jest duży i piękny aquapark. Zobacz http://www.aqua-dome.at/  Nie jest to tania atrakcja ale raz można sobie pozwolić. Langefeld jest w ogóle pięknym miejscem i nawet można tam wynająć apartament (choć dojazd do Langefeld zajmuje ponad dwadzieścia minut) a już na pewno warto pojechać tam i trochę pozwiedzać.

.

Sobota, 27 listopada. Jedziemy do Vent. http://www.vent.at/

Vent

Z tą miejscowością wiążą mnie pewne osobiste związki, ale nawet obiektywnie patrząc jest to bardzo urokliwe miejsce, takie na spędzenie Świąt Bożego Narodzenia albo wakacji w lecie. Miejscowość jest „na końcu świata”, jedzie się tam i jedzie, przez tunele i tuneliki. Droga pnie się pod górę, trawersując strome zbocze pod lodowcem Tiefenbach. Czasami, z uwagi na zagrożenie lawinowe droga może zostać zamknięta. Mapa pokazuje że jest to tylko 17 km z Solden i dwadzieścia minut jazdy ale zwłaszcza po opadach śniegu trzeba znacznie więcej czasu.

Wieś leży na wysokości 1900 m n.p.m. i składa się z dwóch części, rozdzielonych rzeką. W listopadzie i grudniu tylko do dolnej cześci dociera trochę słońca, górna w zasadzie przez cały dzień znajduje się w cieniu otaczających wieś gór. Jest tam kościół, kilkadziesiąt domów, kilka hoteli, kilka pensjonatów i ze dwadzieścia apartamentów (z tego wynika że prawie w każdym domu jest do wynajęcia apartament). Stary hotel Vent, mający zapewne swoją świetność w latach pięćdziesiątych ( http://www.hotel-vent.at/ ) zajmuje poczesne miejsce w centrum górnej części wsi. Obok jest wiele nowych, ładniejszych i bardziej komfortowych, takich jak hotel Similaun ( http://www.similaun.com/ ) czy też mały ale bardzo przyjemny Gasthof Wildspitz ( http://wildspitz.at/ )

Trochę namiarów na inne hotele, pensjonaty i apartamenty można znaleźć tutaj , tu i jeszcze tutaj.

Ot i cały Vent

Stoki narciarskie są tu w zasadzie dwa.

Jeden dochodzący do połowy (do 2680 m n.p.m.) wschodniego zbocza Wildspitze (3774 m n.p.m.), na który wjeżdża się najpierw krzesełkiem (bez podpór na nogi!) a następnie orczykiem, a więc trasa narciarska ma tu przewyższenie wynoszące prawie (albo aż) 800 m, z tym że część trasy wzdłuż krzesła to raczej tylko wąska nartostrada wijąca się zakosami po zboczu. Jakaś lepsza jazda jest na części stoku wzdłuż orczyka.

po lewej hotel Vent, po prawej „stok za wsią”

Drugi za wsią, mały orczyk, ale stok jest tam dość stromy i wyjątkowo szeroki (wygląda jak zjeżdżalnia w aquaparku, taki pofalowany…). Więc przez ewentualne kilka dni Świąt nudzić się nie będziemy. No ale to nie jest w końcu miejsce do jeżdżenia na nartach a raczej do „przeżywania”. Do patrzenia na zawieje za oknem i na skrzący się śnieg o mroźnym poranku i do popijania dobrego wina przy kominku, może do pojeżdżenia na saneczkach na pięciokilometrowym torze… Narty tu są tylko dodatkiem. Oczywiście w połowie listopada nie ma co tu marzyć o jeżdżeniu na nartach czy sankach. Ośrodek otwierają zwykle przed Świętami Bożego Narodzenia.

.

Niedziela, 28 listopada. Jak ktoś szuka urozmaicenia to może pojechać do Obergurgl. To zaledwie kilkanaście minut jazdy z centrum Solden. Ponieważ obie miejscowości leżą na tej samej wysokości, dojazd nie nastręcza większych trudności nawet po dużych opadach śniegu.

W zasadzie w Solden i Obergurgl obowiązują inne karnety ale można za niewielką, dodatkowa opłatą kupić karnety, które pozwalają w jeden, wybrany dzień pojeździć w drugim ośrodku. Jak na razie tylko taka opcja jest dostępna. Na stronach internetowych Solden, w zasadzie nie ma na ten temat informacji. Jedynie ze strony Obergurgl możemy się dowiedzieć, że taka opcja istnieje.

http://www.obergurgl.com/main/EN/GG/WI/skigebiet/skipasspreise/kombi_card/index.html

 

Pomimo tej niedogodności warto tam pojechać bo to naprawdę niezły ośrodek. Ale o tym jak niezły, opowiem w następnym odcinku…

Niecierpliwi mogą zaglądnąć tutaj:

http://www.obergurgl.com/

Atomic powinien coś zapłacić za takie zdjęcie

.

Dla porządku, należy wspomnieć że obecnie z zapałem promujemy wyroby firmy Atomic. Choć nikt nas nie wspiera i nie sponsoruje. Atomic obecnie robi naprawdę niezły sprzęt do jeżdżenia po trasach. Trzeba przyznać że slalomki D2 RACE SL są naprawdę świetne, dawno nie miałem tak dobrej narty. Narta sprawdza się doskonale na twardych, dobrze przygotowanych stokach i na takich można naprawdę pociągnąć ile fabryka dała. W końcu to slalomowa narta. Do jazdy po różnorodnym terenie i w zróżnicowanych warunkach, zwłaszcza dla kobiet i lżejszych narciarzy (i to tych ambitnych i tych co trochę słabiej jeżdżą) polecałbym D2 VF 75 (polecam, mimo, że to model już wycofany z produkcji). Bardzo przyjemna i łatwa w prowadzeniu narta. Nie wymaga siły, sama jedzie, dobrze zachowuje się na twardym i na miękkich muldach a system VF sprawdza się nadspodziewanie dobrze, no w każdym razie jest to chyba jedna z lepszych konstrukcji dostępnych na rynku.

.

.

Kraków, wrzesień 2013

Tiefenbach Gletscher

Solden nocą. Widok na Gaislachkogl

Można tu często spotkać, starego kumpla Bode Miller’a

kładka nad przepaścią

na Schwarze Schneid – 3250 m n.p.m.

kapliczka w Vent

10
maj
11

-Podróż XLII – Bormio i Livigno

Podróż XLII

Byliśmy w Bormio i Livigno

.

Czwartek, 24 marca. „Rzutem ta taśmę” decydujemy się pojechać do Bormio ale tak żeby dało się też pojeździć w Livigno, Isolacci i St. Caterinie. To są cztery ośrodki położone w odległości od kilku do trzydziestu paru kilometrów od siebie. Każdy z nich jest stosunkowo mały ale razem, to już coś. Zobacz mapkę wszystkich ośrodków:

http://www.naproma.cz/maps/alta-valtellina

oraz: http://www.alta-valtellina.it/

 Wymyśliłem więc żeby wynająć apartament w miejscowości Isolaccia (zwanej dalej Izolacją), gdyż będzie bliziutko do Bormio, trochę dalej do St. Cateriny, około pół godziny do najbliższego wyciągu w Livigno (mam tu na myśli krzesło z Trepalle), a i też przecież na miejscu mamy sporo wyciągów w samej Izolacji. W Bormio wjeżdża się na ponad trzy tysiące metrów, więc też wydawało się że, gdzie jak gdzie ale w Bormio śniegu będzie najwięcej. Niestety jak się późnej okazało ta koncepcja okazała się nie do końca słuszna, gdyż zdecydowanie w Livigno śniegu było najwięcej, był najlepszej jakości a i trasy chyba też najlepsze. Tego jednak dowiedzieliśmy się dopiero na miejscu. Szukamy więc apartamentu w tejże Izolacji. Apartamentów jest dość dużo do wyboru. Decydujemy się na taki jeden, w odległości 300 m od dolnej stacji gondoli. Jest niedrogi i na zdjęciach wygląda dobrze. http://www.rosengarden.info/

.

Sobota, 26 marca. Bigluję narty.

.

Poniedziałek, 28 marca. Kupuje ubezpieczenia, takie z akcją na stoku i OC, gdyby to ktoś z nas wjechał w jakiegoś innego narciarza i zrobił mu krzywdę. Ot, tak na wszelki wypadek.

.

Sobota, 2 kwietnia. Wyjechaliśmy po 6-tej. Do Bormio nie jest bardzo daleko, nieco ponad 1160 km, ale słyszałem o dużych problemach z przejechaniem przez jednokierunkowy tunel, który znajduje się przed Livigno. Pojechaliśmy tak, jak zwykle ostatnio jeździmy. Autostradą do Katowic, potem nowym odcinkiem A1 na kierunek Rybnik i Ostravę. Więcej o przejezdności A1, kupowaniu winietek i tankowaniu „jeszcze w Polsce” patrz tutaj . Czy tędy jest krócej, czy dalej? Trudno powiedzieć (mój kolega jeździ zazwyczaj do Cieszyna przez Andrychów i mówi, że jest zadowolony), ale już nie mogę jeździć przez Cieszyn i Frydek Mistek. Jak sobie o tym pomyślę to mnie brzuch zaczyna boleć.

Podczas tego wyjazdu w przeliczeniu na euro cena diesla w Polsce wynosiła 1,25 euro, w Czechach 1,41 a w Austrii na ostatniej stacji przed wjazdem na A5 po 1,429 euro, ( ale to był chyba przypadek, bo kilka tygodni później cena na tej samej stacji wynosiła 1,3333 ale w dzień powszedni, może w weekendy jest drożej? ) przy autostradach A1 i A12 – 1,5 ale około 35 km przed Linz’em, przy zjeździe na Oed, jest stacja ( N48.11719, E14.73235 ), tuż przy autostradzie (widać z autostrady wielki transparent z ceną i zaraz jest zjazd na ślimaku) gdzie cena wynosiła 1,36 euro. Natomiast zaraz po wyjechaniu z Landecker Tunnel w ciągu drogi 180, już przed granicą szwajcarską, cena wynosiła 1,399. Oczywiście cena w Livigno wynosiła 0,97 euro, no ale w Livigno jest w końcu strefa wolnocłowa.

Na południe od Wiednia jest już prawdziwa wiosna. Temperatura znacznie powyżej 22 oC, wszystko zielone, drzewa i krzewy w kwiatach.

na południu już piękna wiosna

W Krakowie jeszcze było szaro, pochmurnie i tak jeszcze zimowo. Jednak te kilkaset kilometrów na południe robi swoje. No, tylko że ja mam na kołach zimówki i wolałbym żeby aż tak ciepło nie było. Za Insbruckiem skręcamy na drogę 180 prowadzącą przez długi, bo prawie 7 km tunel do Fis, Ladis i dalej do St. Moritz i Livigno. Zaraz za tunelem jest kilka stacji benzynowych. Dolewam trochę paliwa, tak żebym dojechał spokojnie do Livigno, gdyż dalej droga prowadzi już lasami, przez niewielkie miejscowości, w których nieliczne stacje benzynowe mogą być w sobotnie popołudnie już zamknięte.

tu wiosna a przed nami osnieżone szczyty

Potem droga wiedzie wzdłuż rzeki, malowniczym wąwozem. Przepiękne widoki na ośnieżone góry zamykające dolinę. Ostatnie 140 km od zjazdu z autostrady A12 do Izolacji jedziemy ponad trzy godziny. Najpierw, jeszcze kilkanaście km przed tunelem policja każe nam zjechać na boczną drogę a raczej placyk (w punkcie N46.685932, E10.147376), gdzie czekamy tak ze 20 minut. Chyba chodzi o to żeby wszystkie samochody ruszyły razem i w jak najkrótszym czasie przejechały przez tunel. Ale już przed samym tunelem czekamy jeszcze z 10 minut. W zasadzie, w sezonie zimowym ( od 18.12 do 24.04), w soboty od godz 5:00 do 9:00 tunel jest otwarty dla jadących z Livigno, natomiast od 10:00 do 16:00 dla jadących do Livigno. Nie udało mi się zweryfikować jednak tych informacji i do końca nie wiem czy jak ktoś chciałby wyjechać z Livigno w sobotę po 9:00 to będzie musiał czekać aż do 16:00? Z tych informacji wygląda że raczej tak.

w tunelu

W końcu wjeżdżamy do tunelu, który wygląda jak duża rura kanalizacyjna. Sprawia wrażenie że jest tylko nieco większy od samochodu. Faktycznie ani autobusy ani ciężarówki przez niego raczej nie przejeżdżają. Tunel ma 3,5 km długości i szerokość 2,5 m (podobno, nie mierzyłem). Ciekawe co by było jakby któryś z samochodów się zepsuł gdzieś w połowie, albo zapalił, albo, albo… Na szczęście żaden się nie zepsuł i nie zapalił.

Wyjeżdżamy z tunelu do innego świata. To jak „Opowieści z Narnii”. Po tamtej stronie była wręcz upalna wiosna a po tej, wszystko jest biało-srebrzyste, oszronione, surowe.

Zaraz za tunelem są bramki i trzeba zapłacić 35,- euro za przejazd. Opłata jest za „tam” i „z powrotem” ale trzeba ją uiścić jednorazowo. Dostaje się karteczkę uprawniającą do powrotnego, darmowego już przejazdu.

Patrz: http://www.livigno.eu/en/village/how-to-reach-us/tunnel-munt-la-schera

Jedziemy wzdłuż wielkiego, sztucznego jeziora. Jego brzegi pokrywa lodowa kra. Termometr zewnętrzny pokazuje zaledwie kilka stopni powyżej zera. W końcu wjeżdżamy do Livigno. Jest już bardzo późno, więc szybko tankujemy paliwo (kilka stacji benzynowych znajduje się zaraz na początku miejscowości, przy obwodnicy i są widoczne z daleka), którego cena faktycznie jest niższa od ceny wody mineralnej i szybko jedziemy dalej. Livigno leży w dolinie pomiędzy dwoma ramionami górskimi. Droga wrzyna się serpentynami we wschodnie zbocze przecinając nieczynne już wyciągi i nartostrady. Z okien samochodu widzimy idealnie gładkie i twarde stoki, robiące dobre wrażenie i dające nadzieję że pomimo kwietnia da się coś pojeździć. Po przejechaniu przełęczy na wysokości ponad 2200 m n.p.m, znowu stajemy w korku. Tą drogą jedzie mnóstwo samochodów do Bormio a zaraz za małą wsią składającą się głównie ze sklepów z alkoholem, papierosami i perfumami (Trepalle) jest granica celna. Celnicy surowym wzrokiem taksują pasażerów samochodów, co trwa kilkanaście sekund, powodując tym rzecz jasna, korek. Potem jedziemy znów serpentynami przez sosnowe lasy, tyle że już w dół. Robi się znów wiosennie. Śniegu coraz mniej, choć cały czas wzdłuż drogi są ponad metrowej wysokości, śnieżne bandy.

centrum Izolacji

Izolacja wita nas letnią pogodą, zielonymi łąkami i zapachem naturalnego nawozu… Mijając dolną stację gondoli widzimy jednak dobrze przygotowane ostatnie metry trasy narciarskiej…

Trasa niewatpliwie malownicza i dostarczająca wrażeń, choć następnym razem może pojadę przez Merano…

.

Niedziela, 3 kwietnia. Pogoda przepiękna. Poranek jest jak wymyty, powietrze rześkie, choć czuje się że z każdą godziną będzie coraz cieplej.

wodospad nad Izolacją

Z naturalnych powodów postanawiamy pojeździć dzisiaj w Izolacji. Ten rejon nosi nazwę Cima Piazzi, od nazwy najwyższego szczytu w okolicy ośrodka.

http://www.cima-piazzi.com

Dolną stację gondoli na Pian de la Mota widzimy w zasadzie z okien apartamentu, ale i tak jedziemy samochodem na niewielki parking znajdujący się przy gondoli.

Malowniczy wodospad ponad wsią skrzy się i błyszczy w promieniach słońca.

Kupujemy karnety na sześć dni, na całą Alta Valtellina, tak żeby można było jeździć od St. Cateriny po Livigno. A co? Jak szaleć to szaleć…

http://www.cima-piazzi.com/it-IT/Inverno/Tariffe-Skipass-Valtellina.aspx

 

widok na trasy w Izolacji, Oga i La Motte

Gondola wywozi nas z Izolacji (1345 m n.p.m.) na zalaną słońcem polanę na wysokości prawie 2000 m n.p.m. Orczykami 3 i 4 wjeżdżamy na Mt. Masucco (2376 m), który z dołu wygląda jak piramida. Trasy wzdłuż tych orczyków są twarde i szybkie, nawet może zbyt twarde, ale to naprawdę kawał jazdy. Obracamy raz i drugi i trzeci. Pięknie.

Zjazd wzdłuż orczyka 6 z Dosso le Pone (2550 m) jest taki sobie. Pomimo dużej wysokości stok jest bardzo miękki, gdyż ma południowo-wschodnią orientację. Przenosimy się na trasy wzdłuż wyciągów schodzących do Le Motte i Oga. Trasa nr 2 wzdłuż krzeseł 9 i 10 bardzo dobra. Nartostrada wije się przecinkami wśród lasów, które tutaj pokrywają większą część ośrodka. Pomimo że trasy te schodzą już bardzo nisko, leży na nich najprawdziwszy firn i jazda jest wspaniała. Miękko, ciepło, przyjemnie. Trasy rozwidlają się i schodzą, biegną malowniczymi przecinkami wśród sosnowych lasów, tworząc, przynajmniej na początku, nieodgadniony labirynt. Zwłaszcza iż trasy narciarskie w terenie mają numery, ale na żadnych mapkach, ani tych rozdawanych przy kasach, ani tych wiszących przy stacjach wyciągów, trasy nie są numerowane. My mamy piękną pogodę i dużo czasu, ale we mgle możliwość porównania numeru trasy na mapce i w naturze byłaby bardzo pomocna, zwłaszcza dla tych co się zasiedzieli w restauracji w La Motte (chyba jedyna godna polecenia w tym rejonie, choć z kelnerami i obrusami) a mają samochód w Izolacji a i do zamknięcia wyciągów zostało już tylko kilka minut… Dlatego też prezentowane tutaj mapki zostały uzupełnione o numeracje tras. Nawet radziłbym je wydrukować i zabrać ze sobą. Takich na miejscu nie dostaniecie.

Wracamy ósemką do dolnej stacji. Piękna trasa, zwłaszcza u góry. Oczywiście o tej porze roku już miękka na dole, ale mimo to piękna. Pomimo upału (termometry na górnej stacji gondoli po południu pokazywały +20 oC) trasy naprawdę dobre, na śnieg też nie można było narzekać, zwłaszcza rano. Dwa albo trzy dni można tu spokojnie jeździć i się nudzić nie będzie.

.

Poniedziałek, 4 kwietnia. Jedziemy do Bormio.

http://www.bormioski.eu

Do Bormio mamy zaledwie kilka kilometrów ale jedziemy ze 20 minut, gdyż na trasie jest sporo wsi, w których droga zwęża się i trzeba zwalniać by minąć się z innymi samochodami. Chyba jednak najlepiej jechać do Bormio za drogowskazami, czyli główną drogą. Może ta droga nie jest najszybsza czy najkrótsza, ale dość wygodna i przy większych opadach śniegu bezpieczna. Na innych drogach czasami ciężko złożyć się większym samochodem na agrafkach, a jeszcze w niektórych miejscach jest tak wąsko, że jest możliwy tylko ruch wahadłowy, którym steruje sygnalizacja świetlna, a więc trzeba czekać.

Przy dolnej stacji gondoli wjeżdżającej na tzw. „Bormio 2000” jest olbrzymi podziemny parking a jeszcze drugi, jeszcze większy – naziemny, niestety o nawierzchni raczej mocno ziemistej. Każdy z tych parkingów jest płatny, 2,- euro za cały dzień. Wjeżdżamy do podziemnego parkingu. Ma z 5 m wysokości, więc każdy samochód się w nim zmieści. Kilka schodków i wchodzimy na peron gondoli.

widok z Izolacji na Bormio

Gondola wywozi nas na małą kotlinkę na zboczu góry, gdzie jest duża samoobsługowa knajpa i dolna stacja starej funivy jadącej na szczyt Cima Bianca ( 3012 m n.p.m. ) czyli tzw „Bormio 3000”, oraz dwóch krzeseł.

pod szczytem Cima Bianca 3012m

Wybieramy kolejkę. Na górze styczeń. Wieje dość silny wiatr i jest poniżej zera. Ale śnieg u góry jest wyśmienity. To taki tutejszy Kasprowy. Jedna góra, dwa wyciągi, funiva i to wszystko, no może trochę przesadzam. Trasy fajne, rozwidlają się, łączą, ale i tak wszystkie prowadzą do Bormio 2000. Jedzie się z polanki na polankę.

Polanki połączone są wąskimi nartostradami biegnącymi przeważnie w skos stoku. My jednak obracamy na górnym krześle 14, jeżdżącym z 2636 m n.p.m. wzdłuż tras nr B2 i B15, napawając się prawdziwie zimową aurą i wspaniałym śniegiem. Niżej i zwłaszcza po południu już raczej miękko, ale zjazd najpierw czerwoną B15, C9, C3 a potem czarną F6, to naprawdę duża frajda. Pięknie położone, w dolnej części wśród lasów, puste, można pociągnąć dłuższym skrętem.

Niżej jedziemy w zasadzie po firnie. Ponieważ trasy rozwidlają się na wiele równoległych, biegnących obok siebie poprzez tą samą część góry, pogrupowano je i oznaczono literami, A, B, C, E itd. Na rozstajach są drogowskazy pokazujące kierunki na grupę A lub D. Same trasy mają jednak numery i oczywiście tych numerów nie ma na żadnych mapkach. Na żadnych, z wyjątkiem tych zamieszczonych tutaj. Wzdłuż krzesła nr 9 startującego z Bormio 2000 jest niezbyt długi ale dobrze utrzymany i dość stromy stok. Jego zaletą jest to że przebiega wzdłuż linii spadku stoku. Bardzo przyjemna jazda. Na zakończenie dnia próbuję zjechać trasą nr 1 do samego Bormio. Trasa kręta, poprowadzona przecinkami wśród lasów, które na tej wysokości porastają zbocza. Kawał góry, niestety w kwietniu śnieg na tym odcinku jest bardzo miękki, brejowaty, choć trzeba przyznać że bez kamieni czy jakichkolwiek przetarć, co w tej temperaturze jest naprawdę dużym osiągnięciem.

.

Wtorek, 5 kwietnia. Jedziemy do Livigno.

http://www.skipasslivigno.com/

Od naszego apartamentu do parkingu położonego obok krzesła z Trepalle jest zaledwie 22 km, niemniej jednak przejazd zajmuje dobre 25 minut. Droga jest raczej kręta ale zakręty dobrze wyprofilowane, jezdnia szeroka, asfalt tylko miejscami dziurawy i pofałdowany, jednym słowem nieźle. Na parkingu termometr wskazuje zaledwie +4 oC.

Wjeżdżamy wyciągiem na górę. Ludzi sporo, kilka razy więcej jak w Izolacji czy w Bormio. W Livigno, w tym roku od 26 marca do końca sezonu jest tzw. freeski, kiedy to część hoteli, pensjonatów i apartamentów oferuje darmowy 6-dniowy karnet na samo Livigno. Jak ktoś decyduje się na jeżdżenie wyłącznie tutaj, to taka opcja może być interesująca. Wokoło słychać wyłącznie język polski, czasami czeski i rosyjski.

widok na wschodnią część Livigno z Mt. Della Newe

Wyciąg nr 5 na Mt. Della Newe (2785 m ) wygląda jak zabytek muzealny. Takich to nawet w Szczyrku chyba się już nie znajdzie. Krzesła na nim poruszają się niemiłosiernie wolno. Jedziemy więc czerwoną 49 i 46 do krzesła nr 5. Trasy rano twarde, sztruksik przez noc zamarzł i trzepie niemiłosiernie podczas jazdy, że aż zęby dzwonią. Ale jest gładko, równo i można poszaleć. Trasą 42 o sugestywnej nazwie „Autostrada” a potem czarną 41, dojeżdżamy do krzesła nr 4.

czarne trasy z Mt. Della Newe

Zatrzymujemy się tu trochę bo ta czarna 41 i równoległa 40 są wyśmienite. Rosnąca temperatura sprawiła że już tak nie trzepie ale dalej jest twardo, trzyma świetnie, więc można pojechać ile fabryka dała. Do zamknięcia wyciągów śnieg tutaj był perfekcyjny i może dlatego trzeba było postać w kolejce do wyciągu tak z 15 minut! Większość tras po „tej stronie” (czyli wschodniej) Livigno, ma północną lub północno-zachodnią orientacje, co powoduje że trasy nawet po południu były bez zarzutu. Ponieważ przez pierwsze dwie godziny przejeździliśmy tutaj wszystkie trasy, postanawiamy przenieść się na „drugą stronę”. Zjeżdżamy więc czarną 44 do dolnej stacji wyciągu nr 1. Jest tam przystanek skibusa.

Kluczem do sprawnego poruszania się po Livigno jest ta oto mapka komunikacji miejskiej:

http://www.silvestribus.it/en/routes-and-timetables/public-transport/winter-timetable.html

Jedziemy z Seggiovia Teola 1 do Carosello 3000, więc najlepiej pasuje nam linia „yellow”. Autobusy są dla posiadaczy karnetów darmowe. Jedziemy kilka minut ulicami Livigno.

ulica w Livigno

Podczas sobotniego, szybkiego przejazdu małą obwodnicą, miasteczko zapamiętałem jako raczej nieciekawe a wręcz brzydkie. Ale to nieprawda. Jest bardzo malownicze. Sporo domów ma stare, (wyglądające na kilkusetletnie) ściany z drewna i kamienia, ale okna, drzwi są nowoczesne, prawdopodobnie albo stare domy poddano gruntownej modernizacji albo wręcz przywieziono je tutaj z innych miejsc i przebudowano.

 Wsiadamy do starej gondoli Carosello 11 i 12. http://www.carosello3000.it/

Wygląda jakby była z jakiegoś wesołego miasteczka. Drzwi ledwo się zamykają, szyby porysowane, siedzenia wytarte. Z górnej stacji (2797 m) przemieszczamy się do krzesła nr 14.

widok na zachodnią część Livigno

Trasy 1, 2, 3 bardzo przyjemne. Śnieg świetny. Bardzo urokliwe i takie zaciszne miejsce, choć przy panujących dookoła temperaturach, mówienie o zaciszności raczej nie ma sensu. Pozostałe trasy czarne i czerwone 6, 7, 8, 9, 10, 11 i 13 też niczego sobie. 10 i 11 mają przewyższenie ponad 900 m, to jest kawał jazdy, oczywiście nie to co w Alpbachu, ale zawsze. W dolnym odcinku czarna nr 10 bardzo stroma, szkoda tylko ze w kwietniu bardzo miękka. To już rozgarnianie bryi. Jakoś firnu tu nie ma. Trasy mają orientację wschodnią i północno-wschodnią i może dlatego są bardziej miękkie. Im dalej przemieszczamy się wzdłuż ramienia górskiego w kierunku północnym trasy robią się coraz bardziej niebieskie i zielone. Nawet czarną 24, trudno tak naprawdę uznać za czarną.

Późny lunchszczyk w restauracji-pizzerii Stalet poniżej dolnej stacji gondoli Carosello 3000. Wyborny krem pomidorowy z bazylią, palce lizać, no i oczywiście dobra pizza serowa. Polecam. Wracamy na „naszą stronę”. Tym razem wsiadamy do autobusu linii „red” gdyż ten jedzie najkrótszą trasą do Teola 1.

balanga trwa

Wjeżdżamy krzesłem nr 1. Nieopodal górnej stacji, w malowniczej knajpce w zasadzie od rana trwa jedna wielka balanga. W takt głośnej muzyki, na stołach, schodach i tarasach, tańczą roznegliżowane młode kobiety, może tak dlatego że tu alkohol tańszy od wody, trudno powiedzieć ale wygląda że się dobrze bawią. Mojej córce jednak się nie podobało, stwierdziła że tańczą tam same stare, 35-letnie baby… No cóż, punk widzenia zależy niewątpliwie w tym wypadku od wieku.

Jeszcze kilka zjazdów czarną 40-tką i powoli wracamy do Trepalle.

 W Trepalle jest kilka sklepów z alkoholem, papierosami i pachnidłami. Jednak wybór nie jest jakiś oszałamiający. Kupujemy spirytus 96% po 2,- euro za litr (!), jakieś wino do obiadu (Brunello di Montalcino z 2005 r kosztuje 18,- euro – żadne jakieś tam, normalna cena) – w zasadzie im mniej procentowy alkohol tym jego cena zbliża się do ceny w normalnym świecie. Z takiej strefy wolnocłowej do Włoch, a więc kraju należącego do Unii Europejskiej można wywieźć 1 litr alkoholu o mocy powyżej 22% i 2 litry poniżej tego progu, 4 litry wina niemusującego (a ile musującego?) i 16 litrów piwa. Oczywiście na osobę. Chyba jesteśmy dużo poniżej tych progów. Perfumy można przewozić bez ograniczeń, zdaniem znawczyń tematu ceny są o połowę niższe jak w Polsce, ale na szczęście brakuje tych ulubionych…

Livigno niewątpliwie robi wrażenie (zwłaszcza) cenami spirytusu oraz dobrze przygotowanymi stokami, właśnie stokami a nie nartostradami. Osobiście wolę stoki, (zwłaszcza) takie szerokie i poprowadzone wzdłuż linii spadku. Podobało się nam, choć w jeden dzień można przejechać większość tras. No, cóż ośrodek nie jest jakiś duży.

Izolacja wieczorem

Wieczorem spacerujemy z psem po obrzeżach wsi. Pies, jak to pies, jest szczęśliwy, biega, skacze.

.

Środa, 6 kwietnia. Dziś jedziemy do Santa Caterina.

http://sci-santacaterina.it/

Jedziemy przez Bormio. Niecałe 20 km, ale jedzie się jakoś dłużej niż do Livigno. W Bormio są światła, ruch spory, więc trochę schodzi.

Parking w St. Caterinie (N 46.41661 E 10.48530) jest w zasadzie na dachu jeszcze niewykończonej do końca, dolnej stacji gondoli (1730 m n.p.m.). Na parkingu jest może kilkanaście samochodów. Wszędzie surowy beton, jakieś rusztowania, kasy pozamykane, toalety też nieczynne, mapek nie ma. Ale nawet jakby były to i tak bez numeracji tras…

 Gondola wywozi nas na przełęcz, położoną na wysokości około 2730 m n.p.m. Można tu wysiąść i zjechać z powrotem do pośredniej lub dolnej stacji gondoli albo pojechać gondolą dalej, w dół do malowniczej kotlinki, gdzie jest duża knajpa (serwująca jakieś gumowe dania z mikrofalówki i drinki w dużym wyborze) i skąd można dostać się do tras wzdłuż wyciągu nr 5. W zasadzie z przełęczy nie ma nartostrady do tej kotlinki, ta która jest, wymaga podejścia kilkudziesięciu metrów pod górę. Też pomysł. Trzeba zjechać gondolą.

na czarnej A7

Miejsce niewątpliwie przepiękne. Zieleń drzew i błękit nieba kontrastuje z bielą śniegu.

Na początek testujemy czarną A7 prowadząca z przełęczy do dolnej stacji gondoli. Trasa niesamowita. Ma 1 km przewyższenia ! Jest po czym pojechać. Na trasie pusto. Równolegle do niej poprowadzone są czerwone i czarne trasy. Też niezłe. Wszędzie pusto, ludzie się gdzieś pochowali. Część tras prowadzi do dolnej stacji gondoli, inne do dolnej stacji krzesła 3. Dolne odcinki A3 i C2 prowadzą zaś do hoteli i są raczej „bez powrotu”. Wszystkie szerokie, długie, poprowadzone wzdłuż linii spadku stoku.

Po wyjechaniu kolejny raz na przełęcz jedziemy okrężną I5. Bardzo przyjemna. Taka spokojna.

widok na Cresta Sobretta z trasy F9

Ku mojemu zdumieniu nawet stoczki wzdłuż orczyków 6 i 4 niczego sobie. Pięknie, można pojechać długim skrętem. Jesteśmy jedynymi narciarzami jadącymi orczykiem.

Kolejny raz jadąc gondolą, zjeżdżamy w dół i przerzucamy się na trasy O13, P14 i Q15 wzdłuż krzesła nr 5. Takie sobie. Takie, jakieś… Ludzi tu trochę więcej. Większość siedzi przed knajpą i popija drinki.

żar się leje z nieba

Po południu upał zrobił się niesamowity. Śnieg buchał taką bielą że nawet w okularach z dobrym filtrem oczy bolały. Jeździć też się już nie dało, gdyż śnieg miejscami dawał poślizg nartom a miejscami tak trzymał że narty stawały w miejscu, co mogło nawet skończyć się wyskoczeniem z wiązań. Śmieszne zjawisko, sto metrów jazdy i nagłe przytrzymanie, jak wjechanie na szorstki beton, znów ze dwadzieścia metrów jazdy i pełne hamowanie. Niżej jakoś lepiej. Topiący się na potęgę śnieg daje lepszy poślizg.

Postanawiamy jednak zakończyć to katowanie się i pojechać do Bormio na baseny i bulgoty, czyli tzw. bagni. Żegnamy niewielki ale bardzo urokliwy ośrodek, a zwłaszcza tę czarną 7-kę, kawał trasy… Trzeba by tu wrócić np. w lutym…

Bagni w Bormio to osobny temat. W Bormio jest ich aż trzy. W zasadzie chyba przyjeżdża się tu dla tych bagni.

Bormio Terme (patrz http://www.bormioterme.it), położone w samym centrum z wygodnym podziemnym parkingiem (niestety, niewielkim i dodatkowo płatnym), to w zasadzie duży basen do pływania, otwarty basen z ciepłą wodą i bulgotami i sauny. Z otwartego basenu, który znajduje się na dachu budynku widać trasy narciarskie aż do samego szczytu Cima Bianca oraz część tras w Izolacji, zwłaszcza te do Oga i Le Motte.

Bormio Terme

Pachnie wielkim światem. Leżymy w ciepłej wodzie i patrzymy na niedobitki narciarzy, katujących się na stoku. Pięknie… Wszystko jest jakieś takie przerysowane, barwy stają się nienaturalne, wszystko jest złożone z tysięcy iskier i srebrnych rozbłysków. Po prostu lato,

No ale ten basen to nic w porównaniu z kolejnymi. Bagni Nuovi i Bagni Vecchi (trzeba jechać na kierunek Molina) to dopiero jest odlot. W środku niewyobrażalne, niekończące się bulgoty, sauny, baseny i inne takie. Woda krystalicznie czysta. Zresztą na stronach internetowych podają parametry wody, jest nieskazitelna. No ale za takie atrakcje, zwłaszcza w sezonie trzeba słono płacić. Zobacz http://bagnidibormio.it/

Grand Hotel Bagni Vecchi

Oszczędni mogą sobie pójść do sadzawki z termalną wodą, znajdującej się u podnóża, położonego na wysokiej skale, Grand Hotelu Bagni Vecchi. (punkt najdalej na północ) Sadzawka znajduje się nad brzegiem rzeki, toczącej błotnistą wodę, piętnaście minut spacerem od zakola drogi, gdzie można w małych zatoczkach zostawić samochód. Tylko że, mam nieoparte wrażenie, iż cała woda z hotelowego SPA spływa do tej właśnie sadzawki, no ale sadzawka jest za darmo… W każdym razie w sadzawce bywa dość tłoczno, co nasuwa przypuszczenie, że może jednak nie spływa…

.

Czwartek, 7 kwietnia. Dzisiaj i w piątek jeździmy w Livigno i Bormio. Powtarzamy te same trasy i miejsca.

spacer z psem

Po powrocie długi spacer z psem, wzdłuż tej samej rzeki nad którą jest ta darmowa sadzawka. Tyle tylko że tym razem spacerujemy w drugą stronę. Trasa trochę spacerowa, trochę rowerowa, ciągnie się od Via St. Gallo (ulicy pomiędzy San Gallo a Premadio) aż do zachodnich przedmieść Bormio. Bardzo malownicza wycieczka z widokiem na oślepiające górskie szczyty, zamykające dolinę.

.

Sobota, 9 kwietnia. Zdopingowani rozkładem jazdy przez tunel, wstajemy bardzo wcześnie, tak aby koło ósmej rano być w Livigno, a jeszcze trzeba przecież nalać „pod korek” taniego paliwa na wolnocłowej stacji…

Wcześniejsze wycieczki do Livigno, zaowocowały dość pokaźną kolekcją alkoholu, który teraz musimy wwieźć do Szwajcarii. Szwajcaria, to nie to samo co Unia Europejska, tutaj obowiązują zupełnie inne, ostrzejsze przepisy dotyczące tego co można lub nie można wwozić. No, więc do Szwajcarii, każda osoba powyżej 17-go roku życia, może wwieźć bez cła 2 litry wyrobów (wyrobów, ha to może też dotyczyć perfum…) o zawartości alkoholu do 15% i 1 litr wyrobów, powyżej tej granicy. Koniec, kropka. No powiedzmy, że się mieścimy w tych reżimach. Dla tych co metodą „na mrówkę” wywieźli z Livigno więcej alkoholu, albo w ogóle mieszkali w Livigno, polecam powrotną trasę w kierunku na przełęcz Brenner, jednakże ta trasa nie będzie tu opisywana, gdyż jest to poradnik dla narciarzy a nie dla alkoholików. A istotnie, kontrole zarówno przez Szwajcarów jak i potem przez Austriaków, były dość wnikliwe.

Tunel udaje nam się przejechać bez zbędnych kłopotów. Szwajcaria żegna nas soczystą zielenią wiosennej trawy i coraz bardziej oddalającymi się górami.

W Krakowie jesteśmy wieczorem, gdyż zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji „U Toma” – kilkanaście kilometrów przed Brnem, co zajęło nam prawie dwie godziny…

.

.

Kraków, czerwiec 2011

05
maj
11

-Podróż XXXIX – 4-doliny: Verbier, Nendaz…

Podróż XXXIX

Byliśmy w 4-Dolinach

Verbier, Nendaz, Veysonnaz, Thyon

.

Wyjazd do Verbier a właściwie do 4-Dolin w Szwajcarii zaproponował Janusz. http://4vallees.ch/

Ponieważ miałem bardzo dobre wspomnienia z pobytu w St. Moritz, gdzie były wspaniałe trasy do popylania na dobrych slalomkach a nawet gigantkach, nie wdając się w szczegóły i nie za bardzo sprawdzając ten ośrodek, przystałem na tą propozycję. Ba, nawet w dniu poprzedzającym wyjazd kupiłem nowiutkie Atomic D2 Race SL. No przecież jak się jedzie do Szwajcarii to trzeba mieć na czym jeździć. Jak się jednak okazało, już po przyjeździe do Verbier był to ze wszech miar zbędny zakup. Coś mnie jednak tknęło i wziąłem moje pozatrasowe Bandity XX, foki i tak dalej…

.

Piątek, 12 marca. Do Verbier a właściwie do Nendaz ( http://www.nendaz.ch/ ) gdzie mamy mieszkać jest jakieś 1500 km, ale postanowiliśmy wyjechać dzień wcześniej i odwiedzić szwagra w Niemczech. Nadłożyliśmy co prawda nieco ponad 150 km, ale szwagier się ucieszył bo przywieźliśmy polskie wędliny, polskie piwo i inne specjały.

.

.

Sobota, 13 marca. Od szwagra mieliśmy już tylko nieco ponad 600 km, więc wczesnym popołudniem byliśmy na miejscu.

Nendaz widziane ze szczytu Etherolla, w dole Sion

Miejscowość z domami uczepionymi jak jaskółcze gniazda na dość stromym zboczu, pomiędzy którymi wije się ciasnymi serpentynami jedyna droga. Wszędzie dość blisko, sto, dwieście metrów, tyle że w pionie…

Apartament rezerwowaliśmy przez http://www.vacando.pl/nendaz/valais/wallis/szwajcaria?N=6173

Odbieramy w agencji klucze i karnety. Zamówiliśmy je razem z apartamentem bo dostaliśmy 10% bonifikaty. Oczywiście zamówiliśmy takie na wszystkie 4-Doliny. Można było też zamówić dużo tańsze, tylko na jedną.

basen

Apartament duży, dwupoziomowy, trzy sypialnie, dwie łazienki, salon z kominkiem i malutka kuchnia. Tu chyba wszyscy jedzą w restauracjach. Zapalam w kominku. Przywiozłem w tym celu, aż z Polski, dwa opakowania brykietów trocinowych, razem ćwierć metra sześciennego…

Na dole, w piwnicach mały, ale przyjemny basen oraz sauna. Basen w cenie. Sauna działa, jak się wrzuci monety do automatu… Ból w tym że sauna musi się nagrzać, więc albo trzeba godzinę siedzieć i pilnować interesu albo trzeba się liczyć że co cwańsi sąsiedzi zajmą miejsce…

.

Niedziela, 14 marca. Dolna stacja gondoli na Tracouet ( 2200 m ) jest jakieś 200 m powyżej, ale drogą to ze dwa kilometry, więc pojechaliśmy samochodem. Parking płatny.

Już na parkingu i potem w gondolce ogarnął mnie dziwny niepokój. Zresztą, już dnia poprzedniego coś mi też nie pasowało. W końcu dotarło do mnie. To mekka narciarstwa pozatrasowego.

Na facetów z nartami krótszymi jak 180 cm, bez plecaków z ABS-em, bez wianuszka karabinków przyczepionych do uprzęży, patrzą tutaj jak na Marsjan…

Patrz mapka 4-Dolin: http://www.nendaz.ch/tourism/interactive-ski-map.html

Mont-Fort, 3330 m n.p.m.

Pierwszy zjazd z powrotem do dolnej stacji gondolki napawa optymizmem, może jednak slalomki się tu przydadzą. Gładki, szeroki, dobrze przygotowany, dość stromy stok. Można się rozpędzić. No ale zanim się przyzwyczaiłem do nowych nart jedziemy dalej. Pchamy się przez Plan-du-Fou na Mont-Fort ( 3330 m ). W dniu dzisiejszym ze szczytu górującego nad Plan rozpoczynają się eliminacje mężczyzn do Freeride’owych Mistrzostw Europy. Zawodnicy idą na start wczepieni w poręczówki… Bramka startowa jest usytuowana prawie poziomo… Gdyby to był któryś kolejny dzień, pewnie byśmy popatrzyli ale chcemy coś pojeździć, więc jedziemy dalej. Zjazd do Siviez to kompletna porażka. Miękko, wystają kamienie, nie można się rozpędzić. No, nie tak to sobie wyobrażałem… St. Moritz to, to nie jest. Poprzez Tortin i Gol des Gentianes (2950 m) docieramy na Mon-Fort. Jest już dobrze po południu a ja, jak dotąd zjechałem tylko raz z Tracouet. Jestem tym wyraźnie poirytowany. No ale widok z Mont-Fort, póki co, rekompensuje mi to z nawiązką. Jak na dłoni widać Matterhorn ( 4478 m ), Mont Blanc ( 4810 m ) i inne prawie pięciotysięczniki.

widok z Mont-Fort

Najbardziej pozatrasowy jest właśnie rejon Nendaz z kultowym szczytem Mont-Fort, z którego szczytu zjeżdża się po niekończącym się morzu muld. Uwielbiam jazdę poza trasami ale raczej kiedy jest dużo świeżego, głębokiego śniegu, po muldach też lubię.

gdzieś powyżej Tortin

Ale te tutaj zrobione zostały chyba specjalnie aby uprzykrzyć życie narciarzom. Są duże, mają prawie pionowe boki zarówno od najazdu jaki i po drugiej stronie. Śnieg jest jednak twardy, ubity, miejscami firnowaty a więc łatwy. Skaczemy sobie po tych muldach i skaczemy. Stok ciągnie się bez końca, całymi kilometrami. Zaczepiam o kamień. Z uwagi na moje nowiutkie atomicki przeżywam katusze. Przed Tortin kamienie są już wszędzie. Omijam je jak mogę ale to nie jazda tylko męczarnia. Musi tu być pięknie po dużych opadach śniegu.

Zły i rozdrażniony ( przez cały dzień zjechałem raz z Tracouet ) docieram do Sivez. W obawie że moje nowiutkie nartki pójdą w drzazgi, nawet nie próbuję zjechać z Plan-du-Fou do Prarion i wybieram kolejkę. Kolejką w dół! To już jest ponad moje siły. Zjazd od dolnej stacji kolejki do Prarion niby-czarną trasą, praktycznie nie istnieje. Jedzie się po resztkach śniegu wymieszanych z błotem. Koszmarny sen narciarza…

Zjazd z Tracouet też już nie ten co rano. Miękko, kamienie. Trzeba uważać. To nie jazda.

Pojechałem do Szwajcarii a wylądowałem na Gubałówce…

Zły i poirytowany wracam do domu. Oglądam ślizgi i krawędzie moich atomicków, są w lepszym stanie niż myślałem. Mimo to zamiast iść na basen zabieram się za biglowanie nart. Już po dwóch godzinach są jak nowe a nawet lepsze jak nowe. Tylko że na podłodze leży kupka opiłków metalowych i plastikowych… Trzeba posprzątać.

.

Poniedziałek, 15 marca. Po nauczkach dnia poprzedniego biorę moje pozatrasowe Bandity.

Chcąc uniknąć w drodze powrotnej taplania się w błocie w rejonie Prarion, jedziemy samochodem na parking do Sivez. To tylko kilka kilometrów i parę zakrętów. ( 46.135627,7.31671)

Z Sives wjeżdżamy na Comnatzeline (2238 m ) aby raz lub dwa zjechać czerwoną trasą z powrotem.

Tak na rozgrzewkę. Trasa gładziutka, wyratrakowana, dość szeroko, w miarę stromo, trochę żałuje że nie mam moich nowych atomicków. Ale zaraz na początku zaczepiam o kamień. Potem łapie jeszcze ze dwa. Niby nie groźne, ale w Szwajcarii?!

Tortin

Przenosimy się w drugą stronę. Przez Tortin i Chassoure ( 2740 m ) do Attelas ( 2727 m ). Trasy czarne i czerwone pomiędzy Chassoure i Attelas dobrze przygotowane, strome, no tak w sam raz na slalomowe atomicki. No, ale ja mam dzisiaj pozatrasowe Bandity XX ! Przenosimy się dalej w kierunku Les Ruinettes i Fontanet oraz La Chaux.

widok z Chassoure na Attelas

Wjeżdżamy kolejką linową na Gol des Gentaines, czerwona do La Chaux, świetna. Szeroka, gładka, długa, ludzi jak na lekarstwo, twarda, w sam raz na slalomowe atomicki, no ale ja mam pozatrasowe Bandity XX !! W końcowym odcinku trasa wypłaszcza się ale rozpędem można dojechać do La Chaux. Przyjemnie. Ale ja mam pozatrasowe Bandity !!! Testujemy trasy w tym rejonie. Przenosimy się znów na Attelas. Czerwona „attelas 3” i „la combe 1” czy też „medarn” oraz czarna „fis” aż do dolnej stacji krzesła „107 Mayentzet” w Medran ( 1532 m ), powalające. Prawie 1200 m przewyższenia. Tylko że ja mam pozatrasowe Bandity !!!!

widok z Medarn

Czerwona „mix” albo inaczej „la combe 2” z La Chaux do Les Ruinettes też niczego sobie.

Próbuje jeździć po okolicznych żlebach i polach śnieżnych ale jakoś mnie to nie cieszy. Same muldy, ponadto nastawiłem się psychicznie na jeżdżenie na nowych Atomickach D2 Race SL i bardzo chciałem jak najszybciej przekonać się czy bardzo dobre recenzje o nich są zasadne.

Wracamy przez Chassoure, skąd do Tortin trzeba znów zjechać nieprzygotowywaną trasą. No ale w końcu mam pozatrasowe Bantity XX ! Jazda przez niekończące się morze muld, ale przyjemnie.

Wracam do domu zły, że znów nie trafiłem z wyborem nart no ale przynajmniej mogę pójść na basen bo dobrze wybiglowane atomicki stoją i czekają.

.

Wtorek, 16 marca. Biorę atomicki. Mam jeszcze w odwodzie Salomony Equipy SC, jak by co. No ale ciągnie mnie niemiłosiernie do tych atomicków. Dopiero dzisiaj dojechał do nas Janusz i aby nie tracił czasu, chcemy pokazać mu wszystko co najlepsze. Więc, powtarzamy podobną konfigurację jak w dniu poprzednim, poszerzoną o Mont-Fort z tym że zjechaliśmy z niego na kierunek La Chaux. Żeby oszczędzić mu jazdy po tych muldach no i ja miałem przecież atomicki…

to morze muld, to trasa z Mont-Fort

W końcu mogłem na nich puścić się z Gol des Gentaines i potem z Attelas do Medran. Wiedziałem że tu nie ma kamieni więc hulaj dusza. Pierwsze wrażenia znakomite. Prawdziwe maszyny do zabijania. Dla dużych misiów, trochę za dobre chyba dla mnie. Szybko stwierdziłem że trochę zbyt długie, wystarczyłoby 160 cm zamiast 165 cm, czuć to w nogach. To są konsekwencje kupowania bez wcześniejszych testów. Technologia D2 faktycznie warta grzechu. Niesamowicie stabilne, pewne w prowadzeniu, pomimo że nie było lodu to czułem działanie krawędzi. Przejście z krawędzi na krawędź bezproblemowe, szybkie. Nie mogłem się nacieszyć, jeździłem tam i z powrotem, tam i z powrotem… Dobrze że w domu jest basen i sauna…

muldy pomiędzy Chassoure i Tortin

Wracamy przez Chassoure, trawersując Tortin trzeba znów zjechać nieprzygotowywaną trasą, jak zwykle. W końcu na atomickach też można.

.

Środa, 17 marca. Tak dobrze mi się jeździło w dniu poprzednim na atomickach, że znów się na nie zdecydowałem. W Verbier to jakoś się nie klei, no ale cóż zrobić. Chcemy dziś pojeździć w rejonie Savoleyres ( 2354 m ) i La Tzoumaz ( 1500 m ).

Po dojechaniu na Attelas, postanawiamy zjechać tam pozatrasową „vallon d’arbi-col des mines”, zaczynającą się trochę powyżej dolnej stacji wyciągu „116 Lac des Vaux 1”, a wiodącą obok Col des Mines do La Tzoumaz.

Znów mam wrażenie że mam nie te narty co potrzeba.

wjazd na…

Zaczyna się niewinnie, jakiś mały żlebik, nawet strumyczek, więc trochę dziwią nas stojące chwile wcześniej tablice wyraźnie ostrzegające o tym że nie jest to żadna nartostrada a tylko nieprzygotowywany szlak turystyczny.

…trawers

Potem trasa zwęża się raptownie, zakręcamy o sto osiemdziesiąt stopni, by rynną przetrawersować stok pod nawieszonymi skałkami, z których sypią się na nasze głowy całe góry śniegu. Zastanawiam się czy aby nie zejdzie lawina ale nawisy powinny nas ochronić. Wystają naprawdę daleko nad naszą trasą. Sceneria jak z „Władcy Pierścienia”, kiedy to Drużyna próbuje sforsować Kartharas w Górach Mglistych. Tyle że w dół.

tylko dla orłów…

Kawałek dalej czar pryska, gdyż mijamy człowieka z łopatą, rozkopującego lawinisko (a jednak!), czyli że ktoś tu dba o te niby nigdy nieprzygotowywane trasy. Wiatr świszcze w uszach. Wyjeżdżamy na szeroki stok prowadzący w dolinę. Oczywiście zmuldzony. Z tej wysokości, drzewa, strumienie, mostki, jakiś szałas tam w dole, wydają się małe, jednobarwne i nieprawdziwe. Zjeżdżamy coraz niżej. Pojawiają się pierwsze krzewy, potem drzewa, robi się ciepło, przytulnie. Dolina widziana jeszcze przed chwilą z lotu ptaka, otwiera się, wypełnia szczegółami, korony drzew znowu są ponad nami, mały drewniany mostek z wyświechtaną poręczą, nad pieniącym się strumieniem, kamienny szałas, wszystko odwraca się powoli i bierze nas w posiadanie.

Krótki odpoczynek przy starym, kamiennym szałasie i dalej w dół, wzdłuż szumiącego potoku, potem lasem wzdłuż asfaltowej drogi. Jesteśmy w La Tzoumaz. Całość zajmuje ponad godzinę.

mały lunchszczyk

Ku naszemu zdziwieniu, trasy tutaj są świetne. Nie żeby jakieś strome, ale dobrze czerwone, szerokie, bardzo urozmaicone, śnieg fantastyczny, trzymający, szybki. Północne stoki o dość znacznym przewyższeniu, dochodzącym do 800 m. No, wymarzone miejsce do pojeżdżenia na slalomkach. Ludzi tu mało, więc naprawdę można „docisnąć”. Z małą przerwą na lunchszczyk, jeździliśmy tam i z powrotem, tam i z powrotem. Pięknie.

Potem długi trawers nad Verbier do dolnej stacji gondoli „101 Medarn 1”, kolejna, potężna gondola na Attellas i do domu, znów przez niekończące się morze muld pomiędzy Chassoure a Tortin.

 .

Czwartek, 18 marca. Znowu z Sivez pchamy się przez Tortin i Gol des Gentianes do La Chaux. Potem na Attelas i w dół aż do Medran. No, wspaniale. Chcemy też wjechać na Mont-Gele ( 3023 m ) gdyż stamtąd prowadzi kolejna nieprzygotowywana trasa. Ja mam oczywiście atomicki.

tylko dla orłów 2

Dolna stacja kolejki linowej na Mont-Gele jest na Attelas. Już na kilkadziesiąt metrów przed budynkiem mijamy całe stado tablic informujących, iż jeśli nie jesteś bardzo, bardzo zaawansowanym narciarzem, to lepiej żebyś zrezygnował. Podobne napisy widnieją na rozsuwanych drzwiach do budynku. Potem w „cielętniku” prowadzącym na peron, też. Czekamy na wagonik. Obok mnie obwieszony karabinkami, z liną przez piersi, nieco wymięty człowiek, wyglądający na przewodnika, tłumaczy drugiemu w nowiutkim ubranku, chyba za kilka tysięcy euro, jak i którędy będą jechać. Cały czas jego dłoń pokazuje nachylenie stoku i jest raczej skierowana pionowo w dół… Na koniec pada pytanie:

- are you realy sure, that you are ready to go down this hill?

W kolejce inny gość wypija duszkiem redbula…

Otuchy dodają nam jedynie dwie blondyneczki w obcisłych kurteczkach z Roxy, wtulone w puszyste obszycia kołnierzy i co chwila zerkające, czy spodnie właściwie opinają im uda…

kolejka na Mont-Gele

Sama kolejka też nie taka jak zwykle. Jeden wagonik jeżdżący wahadłowo, na linie rozpiętej pomiędzy dolną i górną stacją, bez słupów.

Górna stacja to tylko kratowa platforma uczepiona skał, słup z kołem linowym i stroma ścieżka wiodąca na małe siodełko na grani. Przez ażurową podłogę widać skalne przepaście. No fajnie.

Znowu tablice informujące że jeszcze możesz wrócić i zjechać kolejką, że jeszcze jest czas na refleksję.

Pchamy się na przełączkę, gdzie wszyscy zakładają narty. Od przełączki wiedzie na drugą stronę góry trawers poprzedzielany co chwile pionowymi uskokami o ponad metrowej wysokości. Jakoś sobie radzimy, choć jest to niewątpliwie trochę męczące.

Kilkanaście metrów nad nami po gładkim śniegu szybko trawersują stok nasi sąsiedzi z cielętnika, ten obwieszony karabinkami i ten w drogim ubranku. W końcu za coś się płaci przewodnikowi.

Dalej otwiera się szeroki żleb. Zmuldzony. Ale muldy tu są mniejsze, obłe, takie przyjazne.

stok pomiędzy Tortin a Col des Gantianes

Jedziemy w dół. Wokoło hektary rozjeżdżonego śniegu. Drzew czy krzewów tu nie ma, tylko śnieg. Przed nami Tortin. Kolejne morze muld i kamienie. Ale kamienie można objechać od wschodniej strony, tak że nawet udaje mi się ani raz nie zawadzić o żaden. Potem łagodny zjazd do Sivez, gdzie stoi samochód.

.

Piątek, 19 marca. W wypożyczalni koło dolnej stacji gondolki na Tracouet obstalowałem sobie na dzisiaj Slomony Race 24 Hours, więc zaraz po odebraniu nart wsiadam do gondoli i na górę. Część towarzystwa pojechała samochodami do Sivez. Chcąc przetestować salomonki dajemy od razu w dół, z powrotem do dolnej stacji. Stok przygotowany wyśmienicie. Pierwsze wrażenie raczej kiepskie. Narty rozjeżdżają się jakoś na boki, żyją własnym życiem, trudno zaplanować sobie miejsce gdzie skończy się skręt. Zamieniam więc lewą na prawą. Bez różnicy. Na dodatek pomimo że raczej jest miękko, krawędzie zupełnie nie trzymają. Staje więc i oglądam krawędzie, są w porządku. Przykładam się więc bardziej do każdego skrętu, no ale bez efektów. Znów gondola i zjazd oślimi łączkami do Prarion i przez Plan-du-Fou do Sivez. Znowu jeden zjazd z Combatseline. Porażka. Narty do sprzedawania a nie do jeżdżenia. Opisy że trzymają wspaniale na lodzie, nie znajdują potwierdzenia. Nie trzymają nawet na miękkim. Ale faktycznie, niemęczące, łatwe w prowadzeniu, można na nich jeździć cały dzień. Zamieniam się nartami z Wojtkiem i Markiem. Mają podobne odczucia. Przemieszczamy się dalej. Czarna wzdłuż orczyków z Greppon Blanc ( 2700 m ) miękka i usiana kamieniami, jakby ktoś je tam specjalnie przywiózł. Całe szczęście że mam narty z wypożyczalni. Trasy wzdłuż krzesła „66 greppon blanc 3” i orczyków „65 meina” i „21 les chottes” całkiem przyjemne, no ale mnie się rozjeżdżają narty. Nie wytrzymałem nerwowo. Machnąłem ręką na 50,- CHF jakie zapłaciłem za pożyczenie nart z kolekcji dla vipów. Wziąłem ze sobą walkie-talkie i pojechałem na parking do Sivez gdzie stał samochód Wojtka z przezornie zostawionymi tam, moimi cudownymi atomickami. To jak z tą kozą. Dopiero jak sobie pojeździłem na tych paściach ( Salomon już chyba się skończył jako producent nart, co o tyle jest dziwne, że przecież Atomic kupił Salomona, a może właśnie dlatego… ) to mogłem właściwie docenić atomicki.

Thyon, 2000 m n.p.m.

Dogoniłem towarzystwo przy górnych stacjach godolek „11 veysonnaz” i „ 12 piste… coś tam”. Czerwone trasy wzdłuż tych gondolek do Mayens-de L’ours ( 1470 m ) i Veysonnaz ( 1400 m ) raczej miękkie ale fajne, no ale nie można ich porównywać z trasami z Attelas do Medran. Nie ma się zresztą co dziwić że są miękkie, dziś temperatura wzrosła do ponad 20 oC w słońcu.

Czerwona wzdłuż orczyka „17 cheminee” wspaniała. Twardo, szeroko, stały spadek. W sam raz na moje slalomki. Na uwagę zasługuje jeszcze czarna wzdłuż nowiutkiego krzesła „39 etherolla”, reszta to badziewie. A już niby-czerwona do Les Masses ( 1515 m ) to wąska, kręta dróżka zapewniająca jedynie powrót do licznych domków i apartamentów, znajdujących się w tej miejscowości. Do wieczora jeździmy właśnie na tej czarnej z Etherolla ( 2450 m ) i wzdłuż orczyków „65 meina” i „21 les chottes”.

.

Sobota, 20 marca. Wracamy najkrótszą, możliwą drogą, przez Bregenz, Ulm, Norymbergę i Chemnitz. Raptem nieco ponad 15 godzin jazdy. Ale nie jest to jednak optymalne rozwiązanie, gdyż przejazd przez Bregenz nastręcza trochę problemów. Jeśli chcemy jechać autostradową obwodnicą miasta, to musimy mieć winietkę na austriackie autostrady (i to musimy ją mieć już na granicy, gdyż właśnie tuż za granicą, zwłaszcza w sobotnie przedpołudnie, austriacka policja łapie nieświadomych Szwajcarów, przyjeżdżających na zakupy do dużo tańszej Austrii), albo możemy jechać przez centrum Bregenz, omijając płatne autostrady, tylko że wówczas wpadniemy w gigantyczne korki, gdyż zwłaszcza w sobotnie przedpołudnie, tysiące Niemców wraca z zakupów w dużo tańszej Austrii, do domów. Tak, że chyba lepiej pojechać tak jak pokazuje poniższa mapka. Odległość i czas przejazdu takie same, a mniej problemów…

.

.

4Vallees to niewątpliwie miejsce ciekawe, ale raczej nie na marzec, było już za ciepło. No i wyłącznie po dużych opadach śniegu. Taki zjazd z Mont Fort w śniegu po pachy, to by było coś. Tylko jadąc tu nie należy zabierać ze sobą świeżo kupionych slalomek albo innych gigantek. Choć te trasy z Attelas do Medran i do La Tzoumaz…

.

.

Rasoha Bay – Kraków, sierpień – wrzesień 2010

02
maj
11

-Podróż XXXVIII – Nassfeld

Podróż XXXVIII

Byliśmy w Nassfeld

.

 Sobota, 16 stycznia. Do MokregoPola w Karyntii wyciągnęli nas moi koledzy, którzy jeżdżą tam z całymi rodzinami już od kilku lat. Zwłaszcza Maciek mnie namawiał na ten wyjazd, a Paweł pozałatwiał apartamenty i nawet wynegocjował żebym mógł zabrać psa. Przyznam że trochę ich nie rozumiałem, bo przecież wiele lat temu zabrałem ich do Alpbachu i byli zachwyceni, a tu Nassfeld to, Nassfeld tamto… No, ale ponieważ tam jeszcze nie byłem, dałem się namówić, a i dzieci ( cha, dzieci ) miały tam liczne towarzystwo. Faktycznie, okazało się że to wcale nie mały i bardzo urozmaicony ośrodek.

Do Nassfeld a właściwie Hermagoru, a tak naprawdę do Obervellach, gdzie mieliśmy wynajęte apartamenty jest zaledwie 860 km. Niemniej jednak, wówczas była strasznie mroźna i śnieżna zima, więc wyjechaliśmy z Krakowa około pół do siódmej. Faktycznie, na autostradzie pomiędzy Krakowem a Katowicami, termometr zewnętrzny pokazywał dwadzieścia cztery stopnie poniżej zera! Pomyślałem, że paliwo dieslowskie zamarznie w zbiorniku w czasie jazdy i staniemy. Ale nie, jakoś jechaliśmy do przodu a wraz ze świtem temperatura zaczęła się podnosić. Pojechaliśmy jak zwykle ostatnio, na kierunek Gliwice, do A1. Obecnie autostrada A1 jest prawie połączona z D1 po czeskiej stronie, ale jak wiadomo „prawie” robi wielką różnice, więc tuż za Rybnikiem jest objazd o długości około 11 km, lokalną drogą, ale to i tak jest już luksus, w porównaniu z tym jak się jechało przez Wodzisław. Po przejechaniu objazdu, wjeżdżamy znowu na autostradę. Tuż za granicą z Czechami zjeżdżamy na stację benzynową aby kupić winietki. Pierwszy odcinek czeskiej D1 jest za darmo więc spokojnie możemy jechać. Obecnie są w sprzedaży 10-cio dniowe winietki. Duże udogodnienie. Przedtem były 7-mio dniowe albo miesięczne, trzeba więc było kupować te miesięczne, dużo droższe, rzecz jasna. Więcej o przejezdności A1 tutaj

.

.

Ani się obejrzałem a już mijałem Olomouc. Zaraz za granicą z Austrią, którą przekraczaliśmy w Mikulovie, tankuję paliwo. Jest w prawie takiej samej cenie jak w Polsce. Przynajmniej jeśli chodzi o diesla. Na stacjach benzynowych znajdujących się przy autostradach paliwo jest nawet o 20% droższe, niż na stacjach znajdujących się w miastach, czy przy zwykłych drogach. Mam też zwyczaj, że zaraz po przyjechaniu tankuje w tej górskiej miejscowości, do której jadę, gdyż pozwala to uniknąć kłopotów z zamarzającym paliwem dieslowskim. Tam tankują zazwyczaj mieszkańcy i paliwo jest dobrej jakości i dostosowane do niskich temperatur, no i też dużo tańsze niż na stacjach przy autostradach. Jak zatankuje przed Wiedniem to spokojnie dojadę na miejsce. Co prawda, przy tej odległości, w ogóle nie musiałbym tankować po drodze, ale jeżdżenie na oparach w sobotni wieczór, w obcym kraju nie jest wskazane. Po co się denerwować.

Do Obervellach dojeżdżamy koło 16-tej, ale można tam dojechać nawet w mniej niż osiem godzin i to jadąc zgodnie z przepisami. Moi koledzy wynajęli apartamenty w dwóch sąsiednich domach.

http://www.fewo-spitzegel.com/ładnie urządzone i wyposażone, dużo miejsca, cena też nie wygórowana, za 4-5 osobowy apartament trzeba zapłacić około 70,- euro dziennie.

http://www.lukashof.info/ – tutaj apartamenty bardziej siermiężne, oczywiście tańsze, tak z 25%, ale za to w jednej z dwóch łazienek nie leci ciepła woda bo kurek się zaciął, a to drzwi do apartamentu nie można zamknąć, zwłaszcza na klucz, a i już słabiej świecących żarówek to chyba nie produkują… No ale my z kolei mamy psa, na którego gospodyni nie bardzo się godziła, więc nie eskalujemy żądań. Wieczorem idziemy na spacer z psem, którego tradycyjnie prawie zawsze zabieramy, a co, niech też zwiedza obce kraje.

.

Niedziela, 17 stycznia. Po wyprowadzeniu psa, który będzie sobie drzemał do naszego powrotu, jedziemy do Nassfeld koło Tropolach ( http://www.nassfeld.at/de/winter/ ), to zaledwie piętnaście minut jazdy samochodem. Przed dolną stacją głównej, aż trzyodcinkowej gondoli, Millenium-Express, najdłuższej zresztą w Austrii, bo mającej aż 6001 m długości, olbrzymie parkingi ze sprawną obsługą, kierującą na wolne miejsca. Po parkingach jeździ traktor z wagonikami lub autobus, dowożąc narciarzy do budynku w którym znajduje się stacja gondoli. Na miejscu darmowa przechowalnia sprzętu narciarskiego, wypożyczalnia, sklepy sportowe, nawet z dość umiarkowanymi cenami.

Kupujemy karnety. Nasze dzieci ( cha, dzieci ) łapią się jeszcze na taryfę „Jugendliche” co znacznie potania nartowanie, trzeba przyznać że karnety jak na taki ośrodek kategorii B są raczej drogie.

( http://www.nassfeld.at/en/winter/skigebiet-nassfeld/skigebiet/skipasspreise/ )

W tej samej cenie są karnety np. w Sestiere, gdzie ilość tras jest nieporównywalnie większa. Gondola jedzie i jedzie, trudno się dziwić, w końcu najdłuższa…

na Kofelplatz

W końcu wjeżdżamy na Kofelplatz-Madritsche (zaledwie 1919 m n.p.m.) przez które to miejsce przebiega już granica z Włochami. Po wyjściu z gondoli ukazał się nam widok niezwykły, w promieniach słońca opary nikły, a z tych oparów się wyłaniały śnieżne pagórki, lodowe skały… coś chyba pomyliłem ale faktycznie, we wsi było pochmurno, tutaj świeci piękne słońce a w dole kłębią się białoszare chmury… Mróz trzaskający, bo jest aż -10o C. Wszystko wokoło skrzy się i mieni, prawdziwa zima. Bezdyskusyjnie widok niezwykły. Na początek testujemy czerwone trasy na północnych zboczach Tressdorfer Höhe, w kierunku Passo Pramollo (23, 28, 21), całkiem niezłe. Zatrzymujemy się dłużej na krótkiej trasce 21 wzdłuż małego orczyka 12, gdyż prawie nikt tu nie jeździ i śnieg jest więcej jak wspaniały i trasa choć krótka to dość stroma, taka „szkoląca”

http://ski.intermaps.com/Kaernten/skimap.asp?map=nassfeld&lang=de

Potem przerzucamy się na 45, 27 i 40 idące w kierunku przełęczy Trogl. Też bardzo dobre. Nawet zdecydowanie lepsze. Większość szerokich, biegnących wzdłuż linii spadku stoku, idą równolegle, krzyżują się ze sobą, ale wszystkie prowadzą na przełęcz Trögl. Może nie jakoś przesadnie strome ale takie w sam raz na długi skręt karwingowy, albo raczej carvingowy. Śnieg idealny, jest dość twardo ale dobrze trzyma, a może to moje narty są wyjątkowo dobrze wyostrzone, w końcu przyłożyłem się do roboty. Z tej przełęczy startuje wyciąg na przeciwległy stok. (nr 1 ) Jedzie i jedzie, strasznie długi i wolny. Po wjechaniu na górę mamy do wyboru zjazd na prawo trasą nr 4 albo wjazd krótkim wyciągiem nr 4 na szczyt Gartnerkofel ( 2195 m ), skąd można zjechać trasą nr 1. Wybieramy wyciąg 4 i „jedynkę”. Ale z wyciągu było doskonale widać czerwoną 6-kę biegnącą pod wyciągiem. Więc postanawiamy obrócić na niej. Z wyciągu wygląda, że jest stroma, mało jeżdżona, wąska i zupełnie pusta. Trzeba jej spróbować. Fajna, wymaga krótkich rytmicznych skrętów. Znów krótkie krzesło nr 4 i w dół czerwoną 1-ką. Trochę rozczarowująca, wije się jakoś tak niedbale po stoku, ludzi na niej sporo, śnieg wyraźnie rozjeżdżony, bo ma zachodnie a w dolnym odcinku południowo-zachodnie nachylenie. Ale oczywiście należy ją przejechać i to nawet nie raz, bo to kawał góry a i trasa oznaczona jako FIS-owska i ma długość 3600 m. Na przełęczy Trögl u Bałwana ( taki mały barek o nazwie „Snowman” ) małe jedzonko w plastikowych kubkach i miseczkach, tylko że jest dalej piekielnie zimno a u tego bałwana większość stołów stoi na świeżym powietrzu, więc herbatka po chwili jest już zimna, nie mówiąc o jakiejś zupce, jakoś to nie to co lubię.

widok na 60-tkę

Tak że szybko wsiadamy na duże krzesło nr 25 i przerzucamy się za grań w rejon Mössern i Rudnigalm, bo tylko tamtędy można wrócić na parking w Nassfeld. Tu, za granią, jest surowiej, jakby jeszcze zimniej. Czerwona 60 bardzo dobra, twarda, tak w sam raz. Orczyk 21 na Rudnigsattel ( 1945 m ) i 65 w dół – bardzo dobra, powtarzamy. Ale robi się już późno a jeszcze musimy zdążyć na gondole 23, która jest niezbędna do powrotu, no zasiedzieliśmy się chyba za długo u tego Bałwana. Odbijamy więc na 70-tkę i przez Rudnigalm do Rastl (1364 m), gdzie wsiadamy do gondoli 23. Ta gondola jeździ do 16:45 więc jeszcze zdążymy raz obrócić nią, co prawda jest już po 16:30 ale zjazd czerwoną 77 trwa kilka minut, taka krótka ( choć mapa sugeruje coś innego ), trochę bez wyrazu traska, ale na koniec dnia, w sam raz. Z górnej stacji do parkingu wiedzie czerwona 80-tka, tak zwana Carnia.

wieczorny zjazd Carnią

Jedzie się nią i jedzie, w końcu ma długość 7,6 km a różnica poziomów wynosi aż 1212 m. No, ale przy tej długości to jak zjazd do Kuźnic z dolnej stacji wyciągu na Goryczkową, no prawie. W pewnym momencie bywali tu już koledzy kierują nas na „objazd” aby uniknąć odpychania się kijami czy łyżwowania. Zupełnie jak zjazd do Kuźnic na wysokości Kalatówek. W dolnej części trasa poważnie wylodzona i trudno się dziwić, to nie Włochy a wszyscy musieli tędy wracać, albo zjechać gondolą. Mijamy pierwszą pośrednią stację gondoli usytuowaną na Gmanberg’u (1020 m) i dalej w dół. Ten odcinek jest sztucznie naśnieżany i oświetlany, więc warunki tu są dużo lepsze. Tuż przed parkingami ostatni spory „padak” o dużym nachyleniu, taki mały akcencik na zakończenie, fajny. Udaje nam się dojechać do samochodu na nartach, gdyż wzdłuż parkingów od strony południowej biegnie nartostrada. Co prawda chyba nachylona w odwrotnym kierunku, ale mamy rozpęd, więc dajemy radę.

wieczorny spacer z psem

Wieczorem spacer z psem po okolicznych laskach i polach. Pies próbuje upolować sarny, których jest tu mnóstwo.

.

Poniedziałek, 18 stycznia. Dla odmiany, jedziemy samochodem z Nassfeld drogą prowadzącą przez Passo Pramollo do Pontebby we Włochach, jednak zatrzymujemy się w Trögl. Droga wygląda jak rollercoaster ale jedzie się nią góra 15 minut, więc nie jest źle. W Trögl jest wygodny parking. Wygodny dla takich co mają 4×4 i 30 cm prześwitu. Pozwoli nam to jeździć do zamknięcia wyciągów w rejonie Garnitzenberg’u, czyli najbardziej na wschód wysuniętej części ośrodka z FIS-owską „1-ką” włącznie. Ale najpierw czarna 75-ka.

zjazd do Mossern

Więc dość wolne krzesło 25 na grań i w dół 45-ką do gondoli, by po wjechaniu na szczyt 63-ką zjechać do Mössern. Pięknie. Znów chmury kłębią się mniej więcej na wysokości dolnych stacji wyciągów, wysyłając czasami i tylko na chwilę strzępiaste palce w wyższe rejony. Orczyk 21 i 65-tka w dół, ale w połowie stoku odbijamy w lewo do Rastl na 70-tkę bo chcemy dostać się na czarną 75-kę, poprowadzoną z najwyższego szczytu w tym ośrodku – Troghöhe ( 2020 m ). Wjeżdżamy gondolą na szczyt i w dół. No, to trasa o prawie 700 m różnicy poziomów, naprawdę warta swojego koloru.

czarna 75-tka, widok z Rastl

Bardzo urozmaicona, zarówno widokowo jak i pod względem ułożenia. Górny odcinek, to tak naprawdę czerwona 70-ka i ta część tylko jest trochę powykręcana raz na lewą, raz na prawą stronę, ale przyjemnie. Sama czarna 75-ka, jest poprowadzona opadającym stromo w dół ramieniem, tak że jedzie się dokładnie wzdłuż linii spadku stoku, skąd rozpościera się piękny widok na zalesione dolinki znajdujące się po obydwu stronach nartostrady. Trasa jest szeroka ( no może nie tak, jak trasy we Francji ) a ponadto miejscami rozwidla się na dodatkowe warianty, co podnosi jej atrakcyjność. Można z niej odbić na czerwoną 70-kę albo odwrotnie. Ludzi tu niewiele, jakoś wolą pewnie niebieskie trasy koło Tressdorferalm (1590 m ) gdzie jest druga pośrednia stacja gondoli Millenium-Express. Powtarzamy raz i drugi i kolejny i jeszcze raz… Z wariantami przez czerwoną 70-kę, też.

knajpka na Rudnigalm

Postanawiamy zjeść coś w knajpce na Rudnigalm, gdyż już dnia poprzedniego zauważyliśmy że jest fajnie położona i taka, jakaś romantyczna. Więc dla odmiany pojechaliśmy niebieską 66. Widokowo bardzo fajna, poprowadzona serpentynami po zboczu, no może trochę męcząca bo wąska i tak naprawdę to przejechałem ją całą pługiem. Potem kawałek czerwonej 65-ki i 70-ki i już knajpeczka. Faktycznie, bardzo miła a i jedzonko bez zarzutu. Zwłaszcza moja ulubiona Leberknödel Suppe. Po ogrzaniu się i posileniu ( cały czas za oknami – 10o C ) znowu gondolą na Troghöhe i w dół, ale tym razem odbijamy na czerwona 65-kę by krzesłem 20 i poprzez Kofelplatz i dalej czerwoną 40-ką dotrzeć do Trögl. Tam wsiadamy na krzesło nr 1 na Garnitzenberg. Trasy 7, 8 i 9 takie sobie. Niby nic im nie można zarzucić ale może poprzez swoją wschodnią orientację, po południu jakiś kontrast z podłożem jest nie taki jak potrzeba i źle widać to po czym się jedzie. Wracamy na Garnitzenberg i wybieramy czerwoną 4-kę. Fajna trasa, szeroka, urozmaicona z wieloma wariantami, rozwidla się i schodzi. Powtarzamy, tym razem 1-ką. Tak jak w dniu poprzednim – rozjeżdżona, trzeba tu przyjechać rano, kiedy jest jeszcze świeżutka…

na halfpipie

Obok „jedynki” jest „Pipe & Park”, zostajemy tam chwilę. Po zjechaniu do Trögl „łapiemy” się jeszcze na krzesło nr 25 i już nie spiesząc się, smakując ten ostatni raz, zjeżdżamy do pozostawionego na parkingu samochodu. Wzdłuż dolnego odcinka trasy nr 40, zwłaszcza od Sandwirt do Trögl stoi mnóstwo domów do wynajęcia, tuż przy nartostradzie. Niestety i dojazd do nich nie jest łatwy i ceny są tu znacząco wyższe… Ale przy nartostradzie. Wieczorem znów z psem. Na szczęście niektórzy z moich kolegów wraz ze swoimi żonami wracają z nart koło pierwszej (pierwszej w południe!) i chętnie wychodzą z naszym psem na mały spacer. Potem mała impreza u Maćka…

.

Wtorek, środa, czwartek, piątek, 19-22 stycznia. Jeździmy na zmianę na parking w Nassfeld lub do Trögl. Wjeżdżamy wszystkimi możliwymi wyciągami i zjeżdżamy wszystkimi możliwymi trasami.

widok na Trogkofel i trasy z Troghohe

Ta czarna z Troghöhe naprawdę bardzo dobra, ale na uwagę zasługują też trasy 51 i 50 wzdłuż krzesła 24. Bardzo przyjemnie poprowadzone, tak jak lubię, wzdłuż linii spadku stoku, wystarczająco strome i bardzo urozmaicone. Niezła jest też czerwona 52 do Sonnleitn ale bywa często zamknięta dla pospólstwa, gdyż trenują na niej przyszli mistrzowie olimpijscy. W piątek gdzieś w okolicach orczyków na Rudnigsattel zza jednego krzaka wyjechaliśmy my, a zza drugiego Janusz z dziećmi. Cha, dziećmi. Przyjechali tu na weekend. No tak, dojazd tutaj w pewnych warunkach może zająć mniej czasu niż dojazd do Zakopanego. Wyszło to zupełnie spontanicznie… Biorąc pod uwagę właśnie odległość i krótki czas dojazdu, może to być bardzo ciekawe miejsce na jakieś 3-4 dniowe wypady. Ceny takie same jak w Polsce czy też na Słowacji a oferta nieporównanie bogatsza. Wszystkie trasy bardzo dobre a możliwość przemieszczania się gwarantuje iż nie będziemy się tutaj nudzić przez 4-5 dni. Na 6 dni gwarancji nie daje. . .

.

.

widok na Tressdorfer

na Rudnigalm

morze chmur…

orczyk na Rudnigsattel

Kraków, maj 2010

25
kwi
11

-Podróż XXXVI – St. Moritz

Podróż XXXVI

Byliśmy w St. Moritz

.

Czwartek, 5 marca. Od kilku tygodni śledzimy stronę http://www.vacando.pl/ , na której można najłatwiej i chyba jednak najtanie,j zarezerwować apartament w St. Moritz, zwłaszcza jeśli trafi się na ofertę „last minute”. Chcemy pojechać właśnie do St. Moritz w Szwajcarii.

Właśnie pojawiła się przecena ofert z 3400,- zł na 2300,- zł. Oferta w złotówkach jest atrakcyjniejsza, gdyż ta sama oferta dla Niemców, Holendrów i innych nacji mieszkających w strefie euro jest nieco droższa. Apartament może nie jakiś wypasiony ale dobrze położony, 3 km od centrum St. Moritz, w małej miejscowości Celerina, blisko dolnej stacji gondoli, blisko też dwupoziomowego skrzyżowania z lokalną drogą, niestety…

Podajemy nr karty kredytowej i… przepadło, jedziemy do St. Moritz a właściwie do Celeriny.

.

Sobota, 14 marca. Postanowiliśmy pojechać tradycyjnie, przez Czechy, Austrię. Można oczywiście jechać cały czas autostradami przez Niemcy, wówczas droga jest dłuższa o około 100 km, ale czas przejazdu, zwłaszcza jak ktoś ma bardzo, bardzo szybki samochód, może być nawet krótszy. Koszty autostrad są porównywalne w obu przypadkach, gdyż winietki na Czechy i Austrię kosztują około 105,- zł (35,- CHF) a winietka na Szwajcarię 40,- CHF. My jednak nie mamy bardzo, bardzo szybkiego samochodu, nie mamy nawet bardzo szybkiego.

Jedziemy przez Cieszyn, Mikulov na kierunek Insbruck. Patrz poniższa mapka i nowe informacje o przejezdności A1.

.

.

Tuż przed miejscowością Ladeck, na zjeździe 144, zjeżdżamy na drogę 180. Po skręcie z autostrady, droga wiedzie najpierw długim na prawie 7 km tunelem, w którym przez cały rok panuje stała temperatura około +17o C, potem szeroką doliną (tutaj skręca się na Fis-Ladis-Serfaus, tędy również jedzie się do Bormio i Livigno), gdzie warto zatankować, zwłaszcza olej napędowy, bo w Szwajcarii jest on nieco droższy (ale tylko nieco), by kilka kilometrów dalej, za budynkami straży granicznej, położonymi wśród lasów, nad szumiącymi o tej porze roku strumieniami, zacząć się stromo wspinać serpentynami ciągnącymi się przez prawie 100 km, w tym czasie pokonujemy różnicę poziomów wynoszącą 1400 m, bo St. Moritz leży na wysokości ponad 1800 m n.p.m. Droga jest wąska, w niektórych miejscach są nawet odcinki szutrowe (ale to chyba raczej w związku z jej remontem), ale niezwykle malownicza i dobrze oznakowana, już zaraz po zjeździe z autostrady pojawiają się drogowskazy na St. Moritz. Ruch na niej jest raczej niewielki, a co chwila to z lewej, to z prawej strony widać tory kolejowe, biegnące po kamiennych estakadach lub ginące w tunelach. Co kilka kilometrów zarówno tory kolejowe jak i droga przecinają maleńkie wioski, często składające się zaledwie z kilkunastu domów, ale obowiązkowo ze stacją kolejową wyglądającą zazwyczaj, jak domek Baby Jagi. A już widok pociągu, składającego się z najwyżej trzech, ciemnoczerwonych wagonów szwajcarskiej kolei, jest tak nierealistyczny, że po krótkiej chwili nabieramy pewności, iż mamy do czynienia z makietą kolejowo-drogową. Na kilkanaście kilometrów przed St. Moritz  (patrz: http://www.stmoritz.ch/ ), droga wjeżdża na szeroki płaskowyż i biegnie już prawie po równym terenie. Po lewej stronie widać małe lotnisko, na którym w weekendy co chwila lądują, bądź startują małe, prywatne odrzutowce. No cóż, wielki świat. My mamy mieszkać w Celerinie (zob. http://www.engadin.stmoritz.ch/en/region/celerina/ ), małej miejscowości położonej 3 km przed St. Moritz. Dla tych, którzy szukają spokoju i ciszy jest to odpowiednie miejsce. Miejscowość składa się głównie z dwóch ulic, przy których stoją dwu, lub trzypiętrowe kamieniczki, o grubych murach i oknach z bordowymi okiennicami. Cała miejscowość to głównie hotele, apartamenty, restauracje i sklepy sportowe, są też dwa sklepy spożywcze, otwarte od 8:30 do 18:30 z przerwą w południe, z o dziwo, całkiem umiarkowanymi cenami, bo np. 1 litr mleka kosztuje 1,90 CHF, kawałek sera brie tyle samo, mała weka 2,90 CHF, a chleb 0,5 kg 1,20 CHF, zaś sok pomarańczowy można kupić już od 1,- CHF za 1 litr, natomiast hiszpańskie poprawne (tylko poprawne) wino np. za 8,90 CHF. Ponadto, tak naprawdę dostęp do terenów narciarskich położonych w rejonie o dźwięcznej nazwie Corvilgia, jest stąd znacznie wygodniejszy, niż z samego St. Moritz, bo przed budynkiem dolnej stacji kolejki gondolowej jest wygodny parking, płatny tylko w soboty i niedziele 5,- CHF za cały dzień postoju, czego nie znajdziemy w samym St. Moritz, a ponadto Celerina znajduje się niżej i zjazd do niej jest możliwy nawet po zamknięciu wyciągów, nawet z najodleglejszych rejonów Corvilgii.

St. Moritz

Natomiast, dla żądnych wrażeń na dyskotekach, łasych na nocne życie w barach i restauracjach polecam samo St. Moritz Dorf lub Bad. St. Moritz leży nad jeziorem St. Moritzersee, które o tej porze roku jest całkowicie zamarznięte, więc widzi się ludzi jeżdżących na łyżwach i biegających na nartach. Centrum miasteczka to głównie hotele, restauracje i sklepy. Armani, Dior, Chanel, Gucci, Versace i wiele innych. Dalej od centrum znajdują się apartamentowce z bardzo ekskluzywnymi mieszkaniami. Już za około 3700,- zł za tydzień można wynająć apartament przy głównej ulicy Via Maistra, składający się z dwóch sypialni, dwóch łazienek, kuchni, małej jadalni i salonu z kominkiem, no i garażu na małe coupe, wszystko dla czterech osób. W całym St. Moritz trudno poruszać się samochodem, gdyż na wielu ulicach obowiązuje zakaz ruchu pojazdów, który jednak nie dotyczy mieszkańców, nie ma też praktycznie możliwości parkowania poza płatnymi, wyznaczonymi zatoczkami lub parkingami i to tylko przez godzinę, ( 1,- CHF za 1 h, w godz od 9:00 do 19:00 ), a i tak ciężko znaleźć jakiekolwiek miejsce. Garaż w takim przypadku staje się nieodzowny, tylko że nie każdy przyjeżdża małym coupe. Dolna stacja kolejki linowo-terenowej znajduje się w samym centrum miasta, wśród gęstej zabudowy, na małej wąskiej uliczce, tak że dojazd do niej możliwy jest tylko ski-busem lub piechotą. Zresztą ski-bus zatrzymuje się też z 200 m od stacji. Można też wyjechać kolejką linową, której dolna stacja znajduje się w St. Moritz Bad, a tu jest już dość duży, płatny parking i przystanek ski-busa, tuż obok budynku stacji.

Można też mieszkać w pobliskiej Pontresinie w jedną stronę lub Silvaplanie w drugą. Albo też w okolicy tych miejscowości. Z punktu widzenia dostępu do terenów narciarskich jest to bez znaczenia, gdyż jeździ się na stokach położonych między tymi właśnie miejscowościami.

Po przyjeździe, odbieramy klucze i karnety w lokalnym biurze Interhome, oczywiście jeśli korzystamy z usług tej firmy lub strony internetowej www.vacando.pl 

Karnety są ze zniżką 10%! Dla klientów vacando.pl rzecz jasna.

.

Niedziela, 15 marca. Zaczynamy od terenów Corviglia.

http://www.engadin.stmoritz.ch/winter/de/aktivitaeten/sport/ski-snowboard/corviglia-skifahren/

.

mapka tras_corviglia

.

Trzeba sobie jasno powiedzieć że wszystkie trasy zarówno w tym rejonie, jak i w dwóch następnych są tylko i wyłącznie czarne! Na mapkach są zarówno czarne, jak i czerwone i niebieskie, ale myślę że to po to, aby mapki ładniej wyglądały, żeby były takie kolorowe.

gdzieś między Corvilglia i Marguns

Wyciągów tutaj jest kilkanaście i tras też niewiele więcej, tak że nawet w jeden dzień można przejechać je wszystkie. A warto. Większość tras to szerokie, idealnie gładkie i równe, nawet do zamknięcia ośrodka, pola śnieżne. Tutaj jeździ się tylko i wyłącznie po naturalnym śniegu, co powoduje że narty świetnie trzymają, chociaż trasy są twarde. Można poszaleć. Jazda jest niesamowita. W tym roku śniegu tu jest pod dostatkiem, na trasach leży go zapewne ponad trzy metry. W Celerinie chodzi się ścieżkami i chodnikami wyczyszczonymi do suchego asfaltu, ale ograniczonymi półtorametrowymi śnieżnymi bandami. Ponieważ jeździ się tutaj pomiędzy dwa a trzy tysiące metrów, trasy są zmrożone i nie ma tu mowy o rozgarnianiu bryi.

śniegu jest pod dostatkiem

Podczas naszego pobytu temperatura wahała się od -2 do -14 oC, a tzw temperatura odczuwalna spadała nawet do -31 oC. Zimne miejsce. Wzdychamy trochę za ciepłymi dolomitami, ale trasy rekompensują nam wszystko. Można przejechać tą samą trasę po raz piąty i nie odczuwa się znużenia, gdyż sama jazda dostarcza tyle emocji, że szkoda gadać.

Corvilglia

Nigdzie indziej nie jeździłem z tak dużymi prędkościami, co tu. Dla tych co jeżdżą poza trasami jest to wymarzone miejsce, gdyż tu można jeździć którędy się komu podoba. Najwyżej można natknąć się na tabliczkę, że jazda odbywa się na własne ryzyko. Nikt nikogo nie goni, nikt nikomu nic nie zakazuje. A żlebów tutaj nie brakuje. Do największych należy zapewne Val Suvretta, który ciągnie się od górnej stacji kolejki linowej na Piz Nair (3057 m n.p.m.), aż do miejsca pomiędzy Suvrettą a Silvaplaną.

Możemy tutaj liczyć też na wiele innych atrakcji, np. nocną jazdę na nartach przy świetle księżyca w pełni. Oczywiście wycieczki odbywają się podczas pełni i przy ładnej pogodzie.

.

Wtorek, 17 marca. Postanawiamy wybrać się na Corvatsch.

.

http://www.engadin.stmoritz.ch/winter/berge/corvatsch/

.

mapka tras_corvatsch

.

Jeśli ktoś mieszka w St. Moritz, Celerinie lub okolicy, może się tam dostać na trzy sposoby.

Samochodem – należy pojechać do Surlej, gdzie najlepiej zaparkować na podziemnym parkingu, skąd windą można wyjechać na peron kolejki linowej na Corvatch, parking jest niestety płatny ( za pierwsze pół godziny nie płacimy nic, za kolejną godzinę 4,- CHF a za każdą następną po 0,50 CHF, co daje na zakończenie 7,50 CHF). Można też pojechać dalej do Sils, gdzie parking jest darmowy.

Darmowym ski-busem (darmowym dla posiadaczy karnetów, rzecz jasna), który jeździ od Diavolezzy po Surlej. Ski-busy jeżdżą co kilkanaście minut od wczesnych godzin rannych do późnego popołudnia. Patrz rozkład jazdy. http://www.busengadin.ch/

Wreszcie metodą kombinowaną na nartach i ski-busem, która to wersja dostarcza najwięcej wrażeń z wycieczki.

Z Celeriny wjeżdżamy kolejka gondolową na Marguns (2278 m n.p.m ), potem przemieszczamy się poprzez Corviglie (2486 m n.p.m.) w kierunku Signala by z niego zjechać trasą 28 i dostać się do dolnej stacji kolejki linowej w St. Moritz Bad, skąd ski-busem podjeżdżamy do Surlej. To kilka przystanków, po piętnastu minutach jesteśmy na miejscu.

Corvatsch Glacier

My, po przyjechaniu na miejsce od razu wjechaliśmy na Corvatsch na 3303 m n.p.m. Ludzi niewiele, choć kolejka była pełna. Wychodzimy na stok, to jest lodowiec. Przed nami rozpościera się pusta, lekko nachylona, szeroka, perfekcyjnie przygotowana przestrzeń. Ruszamy trasą nr 3. Szeroko, bardzo szeroko, nikogo na stoku. Gładziutko. Nachylenie zwiększa się. Można jechać ile fabryka dała. Robi się stromo i węziej, mały „es” i znowu szerzej. Robi się tłoczno, gdyż w połowie trasy mijamy dwie osoby stojące z boku. Wyskakujemy z cienia na zalaną słońcem przestrzeń przed orczykiem G, którym dostajemy się do pośredniej stacji kolei linowej i znów na górę. Powtarzamy wariantem przez trasę 2 i tym razem do orczyka H. Tak samo, gładko, równo, po drodze mijamy zaledwie kilka osób. Jazda niesamowita. Dawno nie jeździłem po takich hektarach i tak perfekcyjnie przygotowanych.

Przemieszczamy się dalej, w kierunku Curtinelli i Furtschellas. Wszystkie trasy gładkie, strome, równe do późnego popołudnia. Zjeżdżamy do dolnej stacji kolejki linowej na Furtschellas, robi się miękko i ciepło, dolna stacja jest na wysokości zaledwie 1797 m n.p.m. Wracamy poprzez Furtschellas Bergstation (2800 m np.p.m.) do Alp Surlej, skąd wyciągiem E poprzez Corvatsch Mittelstadion do wyciągu F na Giant’Alva, gdyż chcemy wrócić czarną trasą 5 do St. Moritz Bad. Trasa długa, trochę taka „pozatrasowa”, jakby nieprzygotowywana, ale godna polecenia. Po zjechaniu na dół wystarczy odepchnąć się kilka rzazy kijami, przejść na drugą stronę szosy aby wsiąść do kolejki linowej A na Signal, potem trzeba się przesiąść na krzesło J na Murezzan i już długi zjazd do Celeriny.

.

Środa, 18 marca. Postanawiamy pojechać do Diavolezy.

.

http://www.engadin.stmoritz.ch/winter/de/aktivitaeten/sport/ski-snowboard/diavolezza-skifahren/

.

mapka tras_diavolezza

.

To jakieś 30 minut jazdy samochodem. Oczywiście można tam dojechać ski-busem albo pociągiem. Droga wije się serpentynami przez las, raz czy dwa przejeżdżamy przez przejazd kolejowy. Samochody zostawiamy na parkingu obok stacji kolejowej w Bernina-Diavoleza ( 2093 m n.p.m.), przed dolną stacją kolejki linowej na Diavolezę ( 2978 m n.p.m.). Pogoda przepiękna, tak z minus dziesięć, słońce. Jedziemy na górę. Cały szczyt to lodowiec. I w dół. Czerwona 1 i 2 wspaniała. Szeroko, śnieg gładziutki ale miejscami bardzo twardy. Powtarzamy raz i drugi z uwzględnieniem fragmentów czarnej 3 i 4. Wszystkie trasy podobne. Im niżej tym lepiej. Ludzi prawie nie ma. Wyciąg Gletscher to badziewie, choć dla porządku też go zaliczamy.

lodospady i lodorumowiska

Postanawiamy zrobić główny punkt programu, czyli zjechać dziesięciokilometrową, nieprzygotowywaną trasą Diavoleza-Morteratsch nr 31. Tylko na początku trasa jest trudna technicznie, gdyż prowadzi przez morze twardych i bardzo wrednie ustawionych względem siebie muld, potem to już jazda prawie po płaskim. Z trasy można podziwiać widoki na pobliskie lodospady i lodorumowiska a niżej wcisnąć się w szczelinę pomiędzy lodowymi ścianami. Jedziemy w dół. Z przeciwka nadchodzą dwie młode matki, pchające wózki z niemowlakami… Widzimy przed sobą przejazd kolejowy ze szlabanami, jest stacja kolejowa w Morterarsch.

słychać dzwonki zamykających się rogatek…

Znowu mamy wrażenie że to makieta kolejowo-drogowa, jeden tor, peron, budynek stacji z poczekalnią, kawałek wysprzątanego do czysta chodnika, hotel z małą restauracją czy barem, gdzie siedzi kilkadziesiąt osób, czekających tak jak my na pociąg do Diavolezy i to wszystko. Wokół szumiące potoki, las, śnieg i góry.

wsiadamy do pociągu

Pociąg ma być za 43 minuty. Zjadamy co mamy, jakaś herbatka. W międzyczasie nadjeżdża pociąg w przeciwnym kierunku. Słychać dzwonki zamykających się rogatek a po chwili prawie bezszelestnie, spomiędzy drzew, wjeżdża na peron czerwony pociąg. Ludzie wysiadają i wsiadają, konduktor gwiżdże, pociąg rusza by zniknąć znów pomiędzy drzewami. Wszystko odbywa się w jakimś zwolnionym tempie, bez pospiechu, ale w porządku i z wewnętrzną logiką, powodując że obserwowane sceny są zupełnie nierealistyczne, jak w teatrze. Znów zamykają się rogatki, na peron wjeżdża nasz pociąg. Bar przy hotelu pustoszeje. Wsiadamy. W pociągu są wypasione wagony pierwszej klasy i takie bardziej zwykłe drugiej. Stoimy z nartami w korytarzu bo jedziemy tylko dwa przystanki. Podróż niesamowita. Pociąg jedzie niezbyt szybko, raz wąwozem, raz po nasypie, tory wrzynają się w leśne przecinki, raz widzimy z okien pionową skałę, za chwilę otwiera się widok na zaśnieżone i skąpane w słońcu polanki leśne. Nie ma stukotu kół, nie ma hałasu, tak przecież zwykłego w naszych pociągach. Dwukrotnie przejeżdżamy przez drogę. Uśmiechnięty konduktor sprawdza bilety. Naszym biletem są karnety narciarskie. Wysiadamy na stacji w Diavolezie, pociąg bezszelestnie odjeżdża tunelem pomiędzy zwałami śniegu, sięgającymi do połowy jego okien. A my znów na górę. Znów dwa razy w dół. Za drugim razem odbijamy w prawo na czarną 25 aby przenieść się na Lagalb. Tu też nieźle, ale trasy są zdecydowanie węższe, wiją się zakosami po zboczu góry. Na Diavolezie były to prawdziwe, szerokie stoki. Pogoda zaczyna się psuć, w ciągu kilkunastu minut pojawiła się mgła i chmury. Jeździmy po omacku, kompletne mleko. Postanawiamy wracać. Do parkingu z samochodami nie da się zjechać na nartach, trzeba podjechać jeden przystanek skibusem, który przyjeżdża po kilkunastu minutach oczekiwania. Ten skibus jedzie pod nasz apartament, no ale trzeba wziąć samochody.

.

Czwartek, 19 marca, piatek 20 marca. Znowu Corviglia i Corvatsch. Powtarzamy te same trasy co w pierwszy dzień i tak jak w pierwszy dzień perfekcyjnie przygotowane.

Piz Nair 3057 m

Pożyczyłem sobie Atomic’ki SL12. Wspaniała narta. Potrzebowałem kilku godzin żeby się do nich przyzwyczaić, ale potem wrażenia niezapomniane. Szybkie, a nawet bardzo szybkie, szalenie zwrotne, przejście z krawędzi na krawędź – błyskawiczne, można z nimi robić co się chce ale bardzo wymagające, cały czas trzeba trzymać nienaganną pozycję, pilnować krawędzi. No,  narty dla lekkich i dobrych technicznie narciarzy. Typowe slalomki na tyki i właśnie takie trasy jak tu, strome, gładkie i perfekcyjnie przygotowane.

Wieczorem można pójść na basen w Pontresinie. www.pontresina-bellavita.ch To prawdziwe spa. Nie tanio, wejście na basen wraz ze spa to wydatek 24,- CHF od osoby dorosłej, no ale można się wysałnować i wypływać do woli a wrażenia niezapomniane…

.

.

Kraków, kwiecień 2008 – grudzień 2009

20
kwi
11

-Podróż XXVII, XXXII – Ladis-Fiss-Serfaus

Podróż XXVII, XXXII

Byliśmy w Fiss-Ladis-Serfaus

Sobota, 17 stycznia. Na pierwszy wyjazd do Ladis w Austrii, namówił mnie Marek. Kilka tygodni przed wyjazdem, powiedział że jedzie z dziećmi i ma wolne miejsce w samochodzie i w apartamencie. Dałem się namówić. Miejsce na tyle wydało mi się ciekawe a nawet urokliwe, że trzy lata później pojechaliśmy tam jeszcze raz, tym razem z rodzinami.

Obecnie najlepiej pojechać przez Gliwice, A1 w kierunku na Ostrawę. Ponieważ jest już praktycznie otwarta autostrada A1 aż do Ostrawy. O tej praktycznej przejezdności i innych problemach z winietkami na Czechy i Austrię można przeczytać na

http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

.

Na wysokości miejscowości Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem jest Oldtimer a w zasadzie Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami, niż na całej autostradzie. W zasadzie to przeważnie mają tam ceny niewiele różniące się od tych w Polsce, a i do jakości paliwa nie można się przyczepić. Tankowałem tam kilka razy diesla i byłem zadowolony. Ostatnio benzyna 95 kosztowała tam 1,489 eur ( około 6,25 zł, a więc znacznie więcej niż za Brnem, no i w Polsce) ale za to diesel 1,359 eur (około 5,70 zł, a więc praktycznie tyle samo co w tym momencie w Polsce). Mają tam też wyjątkowo dobre i tanie hamburgery, jeśli hamburgery mogą być w ogóle dobre. Z obu tych względów stację upodobali sobie głównie Rumuni, Bułgarzy, no i Polacy też, czyli nacje o mniej zasobnych portfelach, niż Austriacy, Niemcy, czy też Szwajcarzy.

Po zjechaniu z autostrady na zjeździe Oberintal na drogę 180, wjeżdżamy do długiego na prawie 7 km tunelu. Zaraz za tunelem jest kilka stacji benzynowych, na których warto zatankować paliwo. Powiedziałbym zresztą, że jest to konieczne, bo dalej już nie ma stacji benzynowych. Ceny są tam umiarkowane. W każdym razie niższe niż na autostradzie. Należy tylko uważać tam na gminne fotoradary.

W każdym razie trasa liczy około 1030 km a czas przejazdu to około 10 godzin, nie licząc postojów na tankowanie i jedzenie.

.

Ladis. Zamek i jezioro zamienione na lodowisko

Ladis. Zamek i jezioro zamienione na lodowisko

Fiss i Serfaus może nie są specjalnie większe ale bardziej zurbanizowane, więcej tam dyskotek, hoteli, restauracji a Ladis jest spokojną, bardzo malowniczą, leżącą na uboczu wsią, nad którą góruje, posadowiony na skale obronny zamek. U podnóża zamku jest jeziorko, które w zimie zamieniane jest na dość spore lodowisko.

Ladis. Widok z okien naszego apartamentu na zamek i okoliczne góry

Ladis. Widok z okien naszego apartamentu na zamek i okoliczne góry

Za pierwszym razem mieszkaliśmy w apartamentach Neier ( http://neier.at/ ) położonych tuż przy głównej drodze i niestety nie tanich. Za drugim razem w Haus Erhart ( http://erhart-ladis.com/ ). W ogóle, to w Fiss, Serfaus i Ladis ceny apartamentów są raczej dość wysokie i dlatego polecałbym zaglądnąć na stronę Interhomu, gdzie można znaleźć ciekawsze i tańsze propozycje. Na przykład położone tuż nad dolną stacją gondoli, apartamenty Ladis ( http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/fiss-ladis/at6533.600.3 ) lub Razil ( http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/fiss-ladis/at6533.630.11 ). Albo na stronie Vacando: http://www.vacando.pl/fiss-ladis/tyrol/austria?Nao=20 też coś się znajdzie.

Więcej informacji o tym rejonie i dalsze propozycje zakwaterowania na http://www.serfaus-fiss-ladis.at/de

.

Niedziela, 18 stycznia. Idziemy na narty. To znaczy w pierwszy dzień podjechaliśmy samochodem pod dolną stację gondoli, żeby wypakować sprzęt. W podziemiach budynku stacji znajdują się szafki na sprzęt narciarski. Chyba każdy apartament ma tam swoją szafkę, a te większe nawet po dwie. W nocy wszystkie pomieszczenia są grzane, tak że nawet buty od biedy można zostawić. W każdym razie można w ciepłym miejscu ubrać buty, pozapinać się i dopiero wyjść na mróz i wiatr. Dobre rozwiązanie, zwłaszcza dla rodzin z małymi dziećmi. W ogóle Ladis to dość dobre miejsce na spędzenie urlopu z małymi dziećmi. Wzdłuż gondoli Sonnenbahn jadącej z Ladis do Fiss są szkółki narciarskie dla najmłodszych, parki zabaw a i sama trasa do Ladis wzdłuż tej gondoli jest łagodna i nie nastręczająca trudności. A tuż obok w okolicy Schonjoch znajdziemy wspaniałe trasy dla bardziej zaawansowanych rodziców.

Patrz mapka tras: http://www.serfaus-fiss-ladis.at/en/winter/winter-panorama

albo taka http://pl.bergfex.com/serfaus-fiss-ladis/panorama/

Tak naprawdę to w Ladis nie ma żadnych stoków i tras. Trzeba wsiąść do gondoli i pojechać nią do Fiss. Można jechać gondolą aż do samego Fiss albo wysiąść z niej na Sonnenburg i zjechać na nartach do Fiss. Po dojechaniu do Fiss wsiadamy do gondoli Schonjochbahn, gdyż w pierwszej kolejności chcemy pozwiedzać północne stoki z Zwolferkopf (2596 m) i Schonjoch (2436 m).

Gdzieś na jednej z tras wzdłuż krzesła Zwolferbahn

Gdzieś na jednej z tras wzdłuż krzesła Zwolferbahn

Tak, trzeba przyznać że trasy wzdłuż gondoli Almbahn, krzesła Zwolferbahn i Schongampbahn ( w czasie moich przyjazdów do Fiss był pomiędzy tymi krzesłami jeszcze długi orczyk, obecnie zlikwidowany ) są wspaniałe. Bardzo malowniczo położone, dość szerokie, poprowadzone wzdłuż linii spadku stoku, pośród niewielkich iglastych zagajników, łączą się, rozjeżdżają. Jest nawet czarna trasa o nazwie Zwolfer-Sportiv i koniecznie należy nią pojechać i to nie raz. To na tyle przyjemne i ciekawe miejsce, że zostaliśmy tutaj praktycznie cały dzień.

W dole Schon-Gampalm

W dole Schon-Gampalm

Niestety nie można tego samego powiedzieć o trasach po południowej stronie. Czarna Direttissima i Schonjochabfahrt West były zawsze zamknięte a czerwona o tej samej (niemożliwej do wymówienia) nazwie, to wijąca się po zboczu zakosami, wąska droga, po której raczej ciężko coś pojechać. Góra tu jest bardzo stroma i jeśli ta czarna byłaby otwarta, to faktycznie byłoby po czym pojechać. Dopiero w niższej części doliny trasy robią się szersze i bardziej atrakcyjne. Bardzo fajna jest Zwischenholzapfahrt (Międzydrewnianywyjazd) i Langwieseawyjazd (ach to niemieckie słowotwórstwo).

Widok z okna knajpki na Frommesalm

Widok z okna knajpki na Frommesalm

Ale my wracamy przez Frommesabfahrt. Bardzo długa i malownicza trasa z Schonjochl (2509 m) do pośredniej stacji gondoli z Ladis do Fiss, czyli na  Sonnenburg. Po drodze jest urokliwa knajpka na Frommesalm. Przesiedziałem kiedyś w niej kilka godzin, gdyż wywaliłem się na górnym odcinku tej Frommeswyjazd (a może to było na tym czarnym odcinku Extrem, on jest faktycznie extrem), wiązania nie wypięły i złamałem nogę. No, może za dużo powiedziane, ale po powrocie do kraju, tak to określili lekarze. Ja tam myślę, że było to niewielkie pękniecie, tuż na stawem skokowym. Musiało być niewielkie bo w następnych dniach mimo wszystko jeździłem dalej. Ale tamtego dnia dojechałem do tej knajpki na jednej, lewej zresztą narcie, ledwo zdjąłem buta i tak już tam zostałem. Marek dzielnie się mną opiekował i donosił mi co rusz, kolejne porcje tamtejszych specjałów tych do zjedzenia i do wypicia. A trzeba przyznać że i jedne i drugie były wyborne. Nie jestem zwolennikiem popijania na stoku ale tym razem musiałem się trochę znieczulić, aby móc jakoś wrócić do domu. I poskutkowało. Na jednej, bo na jednej narcie ale dojechałem do gondoli, którą zjechałem do Ladis. Sam fakt, że wracałem gondolą świadczy, że musiałem być poważnie ranny…

.

Poniedziałek, 19 stycznia. Ponieważ narty, kije a niektórzy nawet buty zostawili w szafkach na stacji gondoli, to idziemy sobie spacerkiem, taka mała rozgrzewka. Po dojechaniu do Fiss, wsiadamy do gondoli Moseralbahn i po przejechaniu krótkiego odcinka Gondewyjazd, wsiadamy na krzesło Sattelbahn.

Z krzesła można podziwiać śmiałków uczepionych do liny rozpiętej na wysokości prawie 50 m nad całą Moser Alm i pokonujących dystans około siedmiuset metrów, frunąc w powietrzu, niejednokrotnie z dzikim wrzaskiem. Nic dziwnego, gdyż pacjent podczepiony do skrzydła imitującego lotnię osiąga prędkość 80 km/h. Taka lokalna atrakcja.

Dorota i Marek na szczycie Mittl. Sattelkopf 2310 m n.p.m.

Dorota i Marek na szczycie Mittl. Sattelkopf 2310 m n.p.m.

Z górnej stacji tego krzesła, zjeżdżamy najpierw czerwoną Harbalobabfahrt i obracamy ponownie na pięknym, nowym krześle Konigsleithebahn a następnie czerwoną Jochwyjazd zjeżdżamy już do samego Serfaus. To prawie 1000 m różnicy poziomów, ale nie czuje się tego, gdyż trasa jest straaasznie długa. Samo Serfaus leży w zasadzie poniżej miejsca gdzie dojechaliśmy, tutaj są jedynie dolne stacje trzech gondolek, jednej kolejki linowej (obecnie zlikwidowanej) i górna stacja podziemnego metra jeżdżącego przez całą wieś i dowożącego tych narciarzy, którzy mieszkają w Serfaus albo zostawili samochód na olbrzymich parkingach, znajdujących się na drugim końcu wsi. Serfaus jest najmniejszą miejscowością a w zasadzie jedyną na świecie wsią, w której zbudowano w latach osiemdziesiątych ubiegłego już wieku (oddano je do użytku 16.01.1986) metro . Ma ono 1280 m długości i cztery przystanki na trasie, wagoniki poruszają się z prędkością 40 km/h na poduszce sprężonego powietrza (!), 1 mm nad torem prowadzącym a ciągnie je lina jak w zwykłej kolejce linowej. Odlot…

Trochę poniżej Alkopf

Trochę poniżej Alkopf

Wsiadamy do gondoli Alpkopfbahn, którą wjeżdżamy na Alkopf (2023 m). Bardzo urokliwe miejsce, a trasa Waldwyjazd naprawdę świetna. Po zjechaniu znowu do Serfaus, tym razem wsiadamy do gondoli Komperdellbahn i wjeżdżamy na Komperdell (1980 m), czyli do Kolner Haus. To już miasto. Stacje gondoli, restauracje, sklepy sportowe, wypożyczalnie, toalety normalne, toalety dla dzieci, zgiełk, muzyka. można się zgubić. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej. Wjechaliśmy krzesłem Planseggbahn na szczyt o tej samej nazwie ( 2376 m ), by zygzakami poprzez Obere Scheid (2600 m) i Scheid (2424 m) dojechać do małej knajpki na Schalber Alm. Knajpka może mała ale kucharza miała wielkiego. Jedzonko, palce lizać. Wydostanie się z tej dolinki nastręcza trochę kłopotu ale udaje się nam przejechać korzystając z małego orczyka Stierlerhutte, co pozwala przez tamtejsze funparki dojechać do Kolner Haus i dalej do wyciągu na Plansegg. Do popołudnia obracamy na trasach właśnie z Plansegg zarówno po wschodniej, jak i po zachodniej stronie, a także zapuszczamy się na trasy z Obere Scheid. Przyjemnie, ale jakoś tu tak łyso i wiatr hula.

Na Schalber Alm. W dali gondola Lazidbahn

Na Schalber Alm. W dali gondola Lazidbahn

Wracamy więc przez Alkopf i w dół Waldabfahrt, potem Sunlinerem na górę. Tutaj działa kolejna atrakcja. Nieopodal górnej stacji gondoli rozpoczyna się czteroodcinkowy zjazd na linie, który kończy się aż w Serfaus. Kawał jazdy. Lina rozpięta jest nad doliną na wysokości nawet 85 m. My jednak kierujemy się na niebieską Fisswyjazd i do krzesła Sattelbahn jadącego na Mittelere Sattelkopf (2310 m) a następnie czerwoną Kerrbodenwyjazd do pośredniej stacji gondoli Schonjochbahn. Musimy się spieszyć bo gondola ta jeździ do 16:00. Zdążyliśmy w ostatniej chwili. A wszystko po to aby z Schonjoch zjechać najpierw niebieską Jochlpiste a potem czerwoną Frommesabfahrt i dalej niebieską Ladisabfahrt aż do domu. Piękny wieczorny zjazd. Jedzie się i jedzie. Ludzi już mało, zapada zmierzch, jedziemy tak nieśpiesznie, delektujemy się widokami.

.

Wtorek, 20 stycznia. Pogoda piękna, choć mróz spory. Znowu mały spacerek do dolnej stacji. Dzisiaj chcemy jak najszybciej przenieść się w okolice Scheid i Pezid aby tam więcej coś pojeździć. Więc znowu do Fiss, potem gondola Moseralmbahn, krótki zjazd do krzesła Sattelbahn i z Mitt. Sattelkopf zjazd w dół, długimi, najpierw czerwonymi a potem niebieskimi trasami do Serfaus. Wsiadamy do Komperdellbahn i następnie Lazidbahn, która wywozi nas na olbrzymie ramie górskie (Boderkopfe ciągnące się od Scheid 2429 m po Lazidkopf 2346 m), którego zbocza schodzą do doliny Lawensalpe. Wzdłuż tego zbocza i zarazem  wzdłuż krzesła Lawensbahn poprowadzono kilka bardzo przyjemnych tras. Trasy są poprowadzone wzdłuż linii spadku stoku, całe skąpane w słońcu, z przepięknym widokiem na dolinę. Pozwalamy sobie na dobrych kilka zjazdów tutaj.

Widok ze szczytu Pezid 2770 m n.p.m.

Widok ze szczytu Pezid 2770 m n.p.m.

Potem zjeżdżamy czerwoną Mooswyjazd i przesiadamy się na gondolę Pezidbahn, która wywozi nas na Pezid (2770 m). Już w dolinie widać wyraźną zmianę w otoczeniu. Jest tu zimniej, jakby dostojniej, wszystko jest oszronione, czuje się, że się stoi u wrót prawdziwych gór. Ze szczytu roztacza się widok na nieskończone morze gór. Gdzieś tam na zachodzie, przysłonięte siną mgłą widać Ischl. Zupełnie blisko widać trasy pod Masnerkopf. Huraganowy wiatr, skręca i porywa w górę miliony płatków śniegu, tworząc prawdziwą zawieję śnieżną. Na szczęście od północno-wschodniej strony, gdzie poprowadzono czarną Pezid-Abfahrt i Pezid Vertikal jest zaciszniej. No, te czarne trasy to kawał góry. Zaraz na początku zaczynają się bardzo stromą ścianką, co powoduje że większość narciarzy ma przed nimi respekt i jest tu raczej pusto. Obracamy kilka razy. Potem poprzez niebieską Arrez Non-Stop docieramy do zacisznej i ciepłej kotlinki pod Masnerkopf i Hexenkopf. Trochę zmarznięci i wysmagani wiatrem, który na pierwszym odcinku tej niebieskiej Arrez Non-Stop (poprowadzonej malowniczą rynną wzdłuż grani) bił nas po twarzach tysiącami lodowych igieł, z radością znajdujemy dużą i ciepła, samoobsługową Skihutte Masner. Popijając gorącą herbatkę i jedząc Leberknödelsuppe, patrzymy przez wielkie panoramiczne okna na zalaną słońcem dolinę, śmiejące się dzieci, turystów leżących na tarasie na leżakach i wygrzewających się na słońcu. Idylla. A tam w górze wiatr i zawieja. Nawet stąd widać kurniawę nad szczytem.

Po lunchszczyku objeżdżamy trasy wzdłuż krzesła Masnerkopfbahn. Dawniej w tym miejscu był orczyk, teraz gdy jest krzesło (poprowadzone zresztą znacznie wyżej, z dużo większą liczbą tras) dolina stała się znacznie bardziej atrakcyjna. Trasy wzdłuż krzesła Arrezjochbahn znacznie mniej wymagające, takie bardziej leniwe, położone są w głębi dolinki, zasłonięte przed wiatrem przez Pezid, Masnerkopf i Hexenkopf, więc jest tu ciepło i zacisznie. Tylko trzeba pamiętać, że dostać się tu można wyłącznie przez Pezid.

Widok na Fiss z trasy Langwiesewyjazd

Widok na Fiss z trasy Langwiesewyjazd

Wracamy niebieską Arrez Non-Stop do krzesła Mosbahn, którym wjeżdżamy na grań Boderkopfe i poprzez Kolner Haus wracamy niebieską Mitteabfahrt do Serfaus. Potem standardowo: Sunliner, niebieska Fisswyjazd, krótki wyciąg Rastbahn, potem niebieska Moser-Wonne, Moseralmabfahrt do Fiss, gdzie wsiadamy do jednej z ostatnich gondolek jadących do Ladis. Te gondole kursują w kierunku Ladis do 16:30 ale i tak ledwo zdążamy. Oczywiście wysiadamy na pośredniej Sonnenburg i dalej już jedziemy na nartach do Ladis.

Od początku stycznia do pierwszych dni kwietnia w każdy wtorek na Moseralm w Fiss jest tzw. Nightflow, na który składają się pokazy ogni sztucznych, rożnego rodzaju akrobacje narciarskie, pokaz jazdy na zabytkowych nartach i w strojach z epoki oraz nocna jazda na nartach. Za jedyne 11,- euro można od 18:00 do 23:00 pojeździć na Moseralmwyjazd, a ponadto o 21:00 zobaczyć owe pokazy a dodatkowo pokosztować grzanego wina i rożnych specjałów kuchni tyrolskiej a także polatać na linie rozpiętej nad Moser Alm.

Więc pojechaliśmy. Samochodem, po krętej i zaśnieżonej drodze z Ladis do Fiss. Chociaż nie wiem dlaczego pojechaliśmy samochodem, skoro podczas tych nocnych pokazów w Fiss, kursuje gondola Ladis-Fiss. Ale nawet samochodem warto było pojechać. Oprócz nocnego jeżdżenia na nartach, które zawsze powoduje całkiem inne doznania niż jazda przy dziennym świetle, to faktycznie pokazy były godne obejrzenia. Nic podobnego ani wcześniej ani już później nie widziałem. Mianowicie, kilka metrów od widowni usypana była całkiem spora góra ze śniegu, na którą wspiął się młody człowiek w stroju torreadora a raczej matadora bo z muletą, wówczas z kilku stron nadjechały ratraki i próbowały go najechać gąsienicami. Ale Matador dzielnie odpierał ich ataki, więc one raz cofały się, uciekając z podkulonymi ogonami, raz znowu atakowały a on walczył i wywiał muletą. Ratraki miały świecące ślepia i groźnie ryczały swoimi silnikami, z nozdrzy buchał dym a spod ich kopyt ze stalowymi pazurami tryskały fontanny śniegu. Wrażenie było jakby istotnie stado byków czy nawet smoków próbowało dopaść i pożreć dzielnego rycerza ale ten spychał je w dół zadając razy swym błyszczącym mieczem. No, zwłaszcza dzieci patrzyły na to z wybałuszonymi oczami.

Podobne pokazy są organizowane również w Serfaust i w Ladis gdzie pod zamkiem (za darmo) można uczestniczyć w „magicznym show” opowiadającym o walce dobrego czarownika z leśnym gigantem. Więcej o tych i innych atrakcjach tutaj: http://www.serfaus-fiss-ladis.at/en/news_and_events/event_calendar

.

Środa, 21 stycznia. W kolejne dni przemierzaliśmy dolinki i góry ponad Ladis, Fiss i Serfaus. Głównie jednak jeździliśmy z Schonjoch i Zwolferkopf w kierunku na Schongalm oraz w okolicach Alkopf. Jakoś te tereny najbardziej przypadły nam do gustu. Od czasu do czasu zbaczaliśmy z utartych tras aby np. zjeść coś w leżącej na uboczu Rodelhutte. Można do niej dotrzeć albo z Schalber Alm albo w oznaczonym zresztą drogowskazem miejscu, skręcić z Waldwyjazd. Oczywiście i w jednym i w drugim przypadku trzeba poodpychać się trochę kijami ale w nagrodę można dostać tam coś naprawdę dobrego. Zresztą o tym, ze tam dobrze karmią, świadczy fakt że trudno tam o miejsce w porze obiadowej, pomimo że leży ona dość daleko od nartostrad i wyciągów. Wieczorami zaś, spacerowaliśmy po Ladis a nawet próbowaliśmy coś pojeździć na łyżwach na zamarzniętym stawie pod zamkiem.

.

.

Kraków, luty 2013

.

.

Jedna z ulic w Ladis

Jedna z ulic w Ladis

Widok z Ladis na Ried i stoki w Fendels

Widok z Ladis na Ried i stoki w Fendels

16
kwi
11

-Podróż XVI, XXXI – Maso Corto

 Podróż XVI i XXXI

Byliśmy na Maso Corto

.

Czwartek, 12 października. Na Maso Corto lub jak kto woli Kurzras byłem kilka razy i to przynajmniej dwa razy w październiku. Nie jest to blisko. Ponad 1100 km, jadąc A1 na kierunek Ostrava, potem na Brno, Innsbruck, Brenner, Bolzano. Ta trasa jest o tyle optymalna że do Merano jest autostrada. Potem to już kilka zakrętów i jest się na miejscu. Można by pojechać od Prutz za Insbruckiem drogą 180, albo prez Solden i Hochgurgul, drogą 186 – ale to przez wysokie góry, no może w kwietniu można by się tamtędy wybrać, dla celów widokowych i poznawczych, ale w listopadzie może być tam nieciekawie. We Włoszech płaci się na bramkach za przejechany odcinek autostrady i dodatkowo około 8,- euro za Brenner.

Mapa googla podaje najszybszy dojazd przez Wrocław, Monachium… No, ale to jest o 200 km dalej a czas dojazdu niby o pół godziny krótszy. Jak dla mnie, to wole przez Czechy.

Więcej o przejeździe autostradą A1, winietkach na Czechy i Austrię, na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

.

widok z hotelowego okna

.

Koło osiemnastej byliśmy na miejscu. Tym razem mieliśmy zarezerwowane pokoje w hotelu Gerstgras, położonego nieco przed centrum Kurzras, po lewej stronie drogi. Hotel czy raczej pensjonat trzygwiazdkowy ale z wcale dużym basenem, sauną i innymi atrakcjami. Bardzo dobre jedzenie. W październiku wszystko w cenie. Pensjonat jakieś 2-3 km od kolejki, cóż trzeba więcej.

http://www.hotelgerstgras.com/  więcej opinii tutaj i tutaj

nad jeziorem Vernago

Można też znaleźć kilka pensjonatów czy też hoteli nad brzegami jeziora Vernago ( np. http://www.hoteledelweiss-schnals.com/ ) albo w samym centrum Kurzras. Dla lubiących czuć się jak w domu polecam Rezidence Kurz. Apartamenty w stylu francuskim, a więc dość ciasne ale wszystkomające, ceny umiarkowane (mieszkanie + karnet dla jednej osoby na tydzień, to nieco powyżej 300,- euro, poza sezonem oczywiście), obok duży basen i sauna. Apartamentowiec położony jest 150 m od dolnej stacji kolejki linowej, miła polska obsługa (choć nie wiem jak teraz jest, bo niedawno Pani Beata zawiadomiła, że właśnie zrezygnowała z pracy w pięknej dolinie Senales…).

http://www.topresidencekurz.it/en/wellness-spa.html

http://www.masocorto.com.pl/masocorto/index.php?dzial=Narty

Każdego roku w czerwcu organizuje się tutaj Polskie Dni w Maso Corto. Kto tam wówczas bywa i co się dzieje najlepiej przeczytać na stronie:

http://www.polskiedni-masocorto.pl/

No, niewątpliwie jest tam wówczas spory ruch, ale w końcu można pójść pojeździć na nartach.

Rezidence Kurz zaprasza na testowanie sprzętu narciarskiego, zwłaszcza firmy Blizzard, K2 i Tecnica, http://www.skirent-masocorto.com/skirent-maso-corto-amp-ceny.html

na lodowcu zapada zmierzch…

Dla tych co nie mają choroby wysokościowej i lubią być w sercu gór, polecam Hotel Grawand znajdujący się na górnej stacji kolejki linowej, to znaczy na wysokości 3212 m n.p.m.

Istotnie, widok jaki roztacza się z okien hotelu na oświetlone zachodzącym słońcem i ciągnące się po horyzont, chaosy szczytów – jest imponujący. Z tej wysokości widać już krzywiznę Ziemi… A może mi się wydawało… Hotel jest niedrogi ale o przyzwoitym standardzie ma saunę, mały basen, można tam wykupić pobyt z półpensją za nieco powyżej 40,- euro od osoby za dzień. Oczywiście poza sezonem.

http://www.grawand.com/

Dla tych co kochają wiejskie klimaty, zapach świeżego mleka i chleba a nawet siana, polecam apartamenty Oberniederhof ( http://www.oberniederhof.com/ ). Miejsce niesamowite, cisza, spokój, no można rzec magiczne miejsce, niestety położone dość daleko od dolnej stacji kolejki linowej, bo poniżej jeziora Vernago, (niedaleko Archeoparku), tak że czas dojazdu na narty to około pół godziny. Ale miejsce warte odwiedzenia, tylko że może w lecie…

W pobliżu dolnej stacji kolejki ciężko o jakiś apartament u bauera, same hotele i pensjonaty.

Strona z kontaktami na większość apartamentów, pensjonatów i hoteli w okolicy: http://www.schnalstal.com/de/talinfo/unterkuenfte-schnalstal/

Dolina jest faktycznie bardzo malownicza, a przy tym cicha i spokojna. Wczesną jesienią albo wiosną, kiedy słońce przygrzewa mocno a od ośnieżonych gór płynie mroźne, rześkie powietrze, spacer brzegami Lago di Vernago może być niezapomniany.

w tafli jeziora odbijają się szczyty spowite w kłębiące się chmury…

Tu ciepło, przytulnie a w tafli jeziora odbijają się szczyty spowite w kłębiące się chmury… No, po prostu, pięknie.

                                                                                                                                                                                                                                                                         Piątek, sobota, niedziela, 13-15 października. Piątek i trzynasty, to się oczywiście źle kojarzy, trzeba będzie wolniej jeździć i bardziej uważać. Z samego rana wjeżdżamy funivą na górę. Jazda trwa około 6 minut.

O tej porze roku czynne jest zazwyczaj tylko krzesło (2) na lodowcu i czasami dodatkowo orczyk (4 i 5) obok. Na stokach poniżej dolnej stacji tego krzesła nie ma jeszcze śniegu. A szkoda bo naprawdę dobre stoki są niżej i na przeciwległym zboczu. Patrz mapka tras

na lodowcu

na lodowcu

Stok ten nie jest specjalnie długi, nie jest też jakoś specjalnie stromy, na dodatek zazwyczaj większość jego szerokości zajmują ustawione tyczki (ale tylko do południa), ponadto nawet o tej porze roku znajdą się ze dwa lub trzy miejsca, gdzie znajdziemy dłuższe i większe stoki (jak choćby Pitztal, Tux, czy też Solden) – ale tu zawsze śnieg jest idealny, najczęściej jest piękne słońce (czego nie można powiedzieć o Tuxie) a dolina, to naprawdę wyjątkowe miejsce i myślę że warto tu od czasu do czasu przyjechać.

Po południu jedziemy do Archeopark’u. Muzeum znajduje się już poniżej jeziora i trzeba tam jechać ponad 20 min. Samo muzeum multimedialne, a jakże, trochę filmików, trochę makiet pokazujących życie ludzi na tych terenach pięć i pół tysiąca lat temu i tyle. Niewątpliwie powstało w związku z odnalezieniem w 1991 r, właśnie tu, na Tisa Ridge, Otzi’ego, choć jego samego tu nie zobaczymy, gdyż jego zmumifikowane szczątki są do nadal badane na uniwersytecie w Insbrucku. Jak się jest z dziećmi warto mimo wszystko zobaczyć.

Zobacz: http://www.archeoparc.it/

W niedzielę po 15-stej ruszamy do domu. W Krakowie jesteśmy dopiero koło 2-giej w nocy…

.

.

Kraków, kwiecień 2011

góry, chmury

20
gru
10

-Podróż III, VIII, XV – Bad Kleinkirchheim I Turracher

Podróż III, VIII, XV, XVII

 byliśmy w Bad Kleinkirchheim i Turracher

.

 O możliwości wyjazdu do Bad Kleinkirchheim dowiedzieliśmy się wiele lat temu od znajomych, w czasach kiedy jeszcze praktycznie nie było internetu a jedyną łączność ze światem dawał telefon i fax. Zwabiły nas tam, baseny na świeżym powietrzu z gorącą wodą i bardzo atrakcyjna cenowo, oferta na tygodniowy pobyt w marcu. W tych czasach, w Polsce nie śniło się nikomu o termach, parkach wodnych, saunach i niewątpliwie wyjazd tam, to był powiew wielkiego świata. Potem byliśmy tam jeszcze ze trzy razy, ale w styczniu albo lutym, płacąc już za wysoki sezon.

.

Wtorek, 20 stycznia. Dostaliśmy od znajomych numer telefonu do agencji turystycznej w BKK, wysyłam tam faxem zapytanie o możliwość wynajęcia apartamentu dla sześciu osób, właśnie w marcu.

.

Piątek, 23 stycznia. Przyszła odpowiedź z agencji. Podają namiary wraz z podstawowymi danymi do kilkunastu apartamentów w samym BKK i okolicy, kilka dni później dostajemy też pocztą katalogi, mapki, plan miejscowości, pełny profesjonalizm. Wybieramy apartament na samym końcu bocznej doliny, już za St. Oswald. U państwa Aufegger.

http://www.bergfex.at/sommer/badkleinkirchheim/ferienwohnung-urlaub-am-bauernhof-und-buschenschaenke-aufegger/#/sommer/badkleinkirchheim/ferienwohnung-urlaub-am-bauernhof-und-buschenschaenke-aufegger/?p=detail

Z mapy wynika, że „dalej to już tylko smoki”. Oferta jest więcej jak atrakcyjna. Za cały pobyt, to znaczy za mieszkanie i karnety dla sześciu osób, na siedem dni (siedem a nie sześć !), z wolnym wstępem na baseny, mamy zapłacić nieco ponad 7600,- ATS-ów, czyli około 550,- euro!

.

Sobota, 7 marca. Mamy do przejechania niecałe 800 km, więc się nie spieszymy. Wyjechaliśmy koło siódmej rano. Pojechaliśmy, tak jak w tamtych czasach jeździliśmy zwykle, autostradą do Katowic potem 81 na Mikołów i Żory, a następnie na lokalną 938, bo droga nr 1 przez Pszczynę i Bielsko, wówczas praktycznie była nie przejezdna z uwagi na jej przebudowę. Potem przez Czechy. Granice austriacką przekraczaliśmy w Laa, bo szybciej się tamtędy dojeżdżało wówczas do Wiednia niż przez Mikulov, autostrad S1, S2 i A5 wówczas jescze nie było. Oczywiście, obecnie chyba jednak lepiej pojechać przez A1. Więcej na:

http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

.

Potem tak jak na Graz, z tym że zamiast jechać autostradą A2 aż do Klagenfurtu, skręciliśmy na zjeździe 57 w pobliżu Neunkirchen na drogę S6 i dalej S36 , B96, B97 i B95, by nią dojechać przez przełęcz Turracherhohe do BKK. Trasa malownicza, drogi S6 i S36 prawie jak autostrady, ruch niewielki, brak korków, mnie się podobało.

Apartament, faktycznie na końcu świata, już powyżej dolnych stacji wyciągów w St. Oswald, dobrze że dojechaliśmy jeszcze za dnia bo chyba byśmy go nie znaleźli, dalej już tylko lasy i góry. Mamy do dyspozycji dwie sypialnie, każda z łazienką, kuchnie z jadalnią (i zmywarką), z okien widzimy szczyty oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca na tle ciemniejącego, wieczornego nieba i cisza, a właściwie szum pobliskiego lasu. Jak dla mnie, bomba. W całym domu pachnie sianem, mlekiem i świeżym chlebem. Gospodyni zresztą przynosi nam takiego ciemnego, razowego chleba, pyszny, choć twardy.

.

Niedziela, 8 marca. Jedziemy samochodem do centrum Bad Kleinkirchheim, ( patrz: http://www.badkleinkirchheim.at/) na parking przy Romerbad, gdzie jest też dolna stacja gondoli na Kaiserburg (2055 m npm). Wyciągamy narty, ciepłe czapki i ciepłe rękawiczki i do kolejki. Wysiadamy na pośredniej stacji. Jest koszmarnie gorąco. Słońce jak w lipcu. Wszyscy zdejmują polary, wyciągają cieńsze rękawiczki… Teraz ja z tym całym dobytkiem muszę zjechać do samochodu, z powrotem na parking. A więc czerwona 1T, na początek, może być, choć na dole trochę miękko.

Patrz mapka tras: http://ski.intermaps.com/Kaernten/skimap.asp?map=bad_kleinkirchheim&lang=en&startdata=lifte

widok z Kaiserburga

Potem już idzie jak po maśle. Na Kaiserburg i 1-ką w dół. Raczej wąska, w górnym odcinku poprowadzona nagim ramieniem, spod przewianego śniegu wystają drobne kamyczki, potem kawałek stoku i znowu jakieś trawersy. Ja lubię stoki, a nie jakieś tam powykręcane ścieżki.

No nic, z pośredniej gondoli wsiadamy na wyciąg 5 – Strohsackbahn i w dół czerwoną 7-ką o tej samej nazwie. No, ta to fajna. Jeszcze raz i na czarną 8, Franza Klammera, tzw. „klamerkę”. Naprawdę kawał trasy. To naprawdę pucharowa trasa, stroma, nawet dość twarda, choć dookoła lipiec. Miejscami jej nachylenie naprawdę robi wrażenie, gdyby był lód, to byłby chyba problem, na szczęście śnieg na niej jest perfekcyjny, gdyż cała jest raczej o północno-wschodniej orientacji. Szkoda że jej górny odcinek 8a, jest nieprzygotowany i raczej nie da się tamtędy zjechać. Gdyby pociągnąć od samej góry, to trasa ta ma 800 m różnicy poziomów. To co prawda nie to samo co Alppach, gdzie jest taka trasa co ma aż 1000 m różnicy poziomów, ale…

widok z Nockalmu na Kaiserburg i Strohsack

Przenosimy się na 11 . Też bardzo dobra. Kawał góry, choć już przy dolnej stacji wyciągu 7, kałuże roztopionego śniegu. No, ale jest już wczesne popołudnie, rano było tu twardo. Na zdjęciu powyżej widać od prawej: trasę 11 Maibrunnabfahrt, kawałek 8, tzn „klamerkę”, trasę nr 1 Kaiserburgabfahrt i najbardziej po lewej  okrężną 6-kę. Robimy sobie przerwę na obiadek w Maibrunnhutte. Bardzo przyjemne miejsce z dużym, stylowym piecem. Choć jest ciepło i większość narciarzy siedzi na zewnątrz, my wybraliśmy miejsca w środku bo pusto, a i słońca jak na pierwszy dzień wystarczy. Po południu, powtarzamy te same trasy w rożnych wariantach.

na stokach były takie małe pokoiki

W kilku miejscach, zarówno przy trasach, jak i górnych stacjach wyciągów, stoją pokoiki, takie jakby z domków dla lalek, mają trzy ściany, podłogę, okno z zasłonkami, przeważnie czerwoną sofę, stoliczek z lampką lub atrapą telewizora, można tam sobie usiąść i odpocząć. Mają symbolizować troskę regionalnych władz o turystów, albo coś tam podobnego…

pławimy się…

pławimy się…

…w Romerbad

…w Romerbad

Ponieważ zjedliśmy mały obiadek w knajpce na stoku, zaraz po nartach idziemy na basen do Romerbad. No, pełen wypas. Wówczas basen wydawał nam się dość duży i urozmaicony, choć nie było tam zjeżdżalni i jedyną atrakcją były różnego rodzaju bulgoty, wodospady i bicze wodne. Oczywiście największe wrażenie robi na nas część basenu znajdująca się na świeżym powietrzu. Woda jest gorąca, ma chyba z 34o C i nad wodą unosi się warstwa nagrzanego powietrza, tak że pomimo iż wieczorem zrobiło się znacznie chłodniej, u nas dalej lipiec. Z tej części basenu doskonale widać Kaiserburg, Strohsack i trasy narciarskie w tym rejonie. Widać też ratraki przygotowujące trasy na dzień następny.

.

Poniedziałek, 9 marca. Chcemy dziś pojeździć w rejonie Nockalm (1870 m), więc zaraz po wyjechaniu z domu wjeżdżamy na parking w St. Oswald, przy gondolce 22 Nationalparkbahn na Brunnach (1908 m). To nowiutka, wygodna gondola. Trasy 25, 26, 27 niespodziewanie dobre, ciekawie poprowadzone, w dolnej części wśród lasów. Przemieszczamy się w kierunku Nockalm by zjechać trasą nr 19. Też bardzo dobra, niestety tu jest znacznie mniej śniegu, a i temperatury wyższe, więc w dolnym odcinku tej trasy rozgarniamy bryję. Ale słońce świeci, dzieci zadowolone, więc nie narzekamy. Wracamy na górę, starą, zbudowana w 1977 r Nockalmbahn. Wygląda jakby była z jakiegoś wesołego miasteczka. Kolorowe, małe, skrzypiące wagoniki…

widok na Nockalm

Trasy 16 i 14 z Priedrof (1963) bardzo dobre, wręcz świetne, niestety już na 13-tce bryja a 13T w ogóle zamknięta, tak że ci co chcą na nartach przejechać w kierunku na Strohsack, muszą w dół jechać też wyciągiem nr 12 – Sonnwiesenbahn 1. Na zdjęciu powyżej widać trasy z Priedorf i następną w prawo z Nockalm. Trasy 15, 18, 20, 22, 25 łączące poszczególne szczyty w tym rejonie, raczej tylko do przemieszczania się a nie do jazdy. Mały popas w Nockalmhutte. Przed knajpą huśtawki, zjeżdżalnie, w ogóle takie ciepłe miejsce dla matek z niemowlętami.

Po nartach znów jedziemy na basen. Dla odmiany dziś Therme St. Katherin, znajdujący się w samym centrum wsi. Basen znacznie większy, składający się z ogólnodostępnego basenu z bulgotami, wodospadami, oraz z dużego basenu tylko dla dorosłych z wodą o temperaturze ponad 36o C. Trudno powiedzieć czemu nie wolno tam pływać dzieciom poniżej, chyba 16-go roku życia, ale może wiedzą lepiej. Część zewnętrzna, mniejsza i mniej malownicza niż w Romerbad, bo usytuowana pomiędzy domami. Jest za to dodatkowy basen z „zimną”, bo „tylko” o temperaturze około 24o C, wodą. Oczywiście za dodatkowa opłatą można skorzystać z sauny czy też masażu.

.

Wtorek, 10 marca. Jedziemy samochodem do Falkertu.

Patrz http://www.falkert.at/ lub http://pl.bergfex.com/falkert/panorama/

To zaledwie 22 km kilometry, a patrząc z naszego domu, to „tuż” za granią i można by pieszo przejść… No dobrze, nie można, choć ze szczytu Falkertspitz (2308 m) zapewne widać było nasz dom.

Postawiliśmy samochód na parkingu obok hotelu Heidi (to podobno tu, mieszkała filmowa Heidi), nad jeziorem Falkertsee, które wówczas było zupełnie zamarznięte. W ogóle, to w tym Falkercie, to styczeń. Jedyną godną uwagi trasą narciarską tutaj, jest czarna trasa nr 6 z Falkertspitz. To niesamowita góra w kształcie klina i niesamowita trasa. Nigdzie nie widziałem, ani wcześniej, ani później trasy narciarskiej, która jest idealną równią pochyłą o stałym nachyleniu, dodajmy dość dużym nachyleniu. Różnica poziomów, na tej dość w końcu krótkiej trasie, wynosi ponad 400 m, a trasa biegnie wzdłuż linii spadku stoku. Pamiętam że zjechałem nią chyba z dwadzieścia razy. Trasy 13 i wyciągu nr 4, chyba w tamtym czasie jeszcze nie było, bo gdyby był na mapce to przecież, choćby z czystej ciekawości, byśmy tam podjechali, a nie byliśmy tam. Pozostałe trasy i wyciągi można sobie darować, choć dla porządku też raz zjechaliśmy 8-ką i 9-tką, ale to bardzo kiepskie traski i nie wiem kto oznaczył je jako czerwone. Jakieś takie koślawe.

Jak ktoś jest tydzień w BKK, to na pół dnia może zrobić sobie wycieczkę do Falkertu. I górka fajna i miejsce bardzo urokliwe, choć takie, jakieś „zimne”. Pewnie w lecie jest tu przyjemniej.

Wczesnym popołudniem wracamy do BKK i dalej jeździmy na „klamerce” i okolicy.

Po nartach, pławimy się oczywiście w basenie.

.

Środa, 24 stycznia. Podczas jednego z kolejnych już, styczniowych czy lutowych wyjazdów, postanowiliśmy pojeździć w Turracher Hohe. Nie byliśmy tam jeszcze, a i w tym czasie, w samym BKK było śniegu jak na lekarstwo. Na Kaiserburgu było tyle kamorów, że nie dało się jeździć. Po takim jednym dniu musiałem przy kuchennym stole zrobić pełny

biglowanie nart

serwis nart.

Wówczas, Ola była pierwszy raz na nartach po skomplikowanym złamaniu nogi i nie wiadomo było czy da radę we wszystkie dni jeździć na nartach, wynająłem więc w samym centrum BKK, naprzeciwko Therme St. Katherin, apartamenty Reichl, ( http://www.tiscover.com/reichl ), tak żeby było bliziutko na basen, jakby co.

Z centrum BKK do Turracher mieliśmy zaledwie 21 km.

Opłacało się pojechać. Turracher, to cudowne miejsce na Ziemi.

Patrz: http://www.turracherhoehe.at/de lub http://pl.bergfex.com/turracherhoehe/

Sama miejscowość położona jest na przełęczy, na wysokości ok 1790 m n.p.m. nad pięknym jeziorem. Po jego zachodniej stronie są dwa wypasione wyciągi. Panoramabahn z podgrzewanymi siedzeniami i Kornockbahn, a może to ten ostatni ma podgrzewane siedzenia, nie pamiętam. Oraz kolejny mały orczyk. Jednakże trasy z Kornock’a (2205 m) są jakieś takie, nijakie. Niby czerwone, niby przecież kawał góry, ale jakieś takie, jednak nijakie. A ponadto wystawało tam kilka kamieni. Nie podobało mi się. Mapka tras: http://www.turracherhoehe.at/de/wintersportgebiet

na zamarzniętym jeziorze widać tańczące pary…

Za to na wschodnim brzegu jeziora widać kilka pięknych hoteli, czy też pensjonatów, z drewnianymi werandami i pomostami wychodzącymi w jezioro, na którego zamarzniętej o tej porze roku tafli widać było tańczące na łyżwach pary… No jak na starych widokówkach. Muzyka płynąca z oddali, słońce, skrzący się śnieg i te tańczące pary… No może jedna para… Ale i tak pięknie…

przeprawa przez jezioro

Przez jezioro jeździ elektryczny wózek golfowy, z szerokimi na kilka metrów wysięgnikami, za które można się było złapać i w ten sposób przejechać na nartach na drugą stronę jeziora, gdzie znajduje się też kilka wyciągów. Znad samego jeziora, gdzie dojeżdża ów melex, trzeba wyjechać najpierw dość krótkim Sonnenbahnn, skąd można wrócić czerwoną 25, która jest całkiem sympatyczna, lub przemieszczać się dalej aż do trasy 21 – Eisenhut, która przechodzi potem w czarną 35. To kawał góry. Nachylenie stoku na tej czarnej jest ekstremalne, rzadko się jeździ po tak stromym i tak długim stoku. Lubie takie wymagające stoki. Na dużej i długiej stromiźnie trudno jest zachować styl, łatwiej o odruchowe wejście w ześlizg, czy inne błędy. Taka trasa jest „szkoląca”.

słonecznie, zacisznie, pusto…

W tym rejonie na wszystkich trasach śnieg był wspaniały, żadnych kamieni, oblodzeń, twardy ale trzymający. Tu w ogóle wspaniała, śnieżna zima. Wszystkie trasy świetne: 20,19, a 24 i 23 położone wzdłuż orczyka Weitentallift bardzo malownicze i choć może nie jakieś nadzwyczajnie strome, to za to szerokie, ciągnące się między ośnieżonymi drzewami, malowniczymi polanami. Nawet, niebieskie 18 czy 26 wijące się leniwie pośród lasów, z przyjemnością się przejeżdża bo jest tam po prostu ładnie. Bardzo urokliwe miejsce.

chwilka relaksu w słoneczku

Na górnych stacjach wyciągów stoją wielkie, drewniane „leżanki” z materacami, podobnymi do tych, jakich używa się na szkolnych salach gimnastycznych, gdzie można się położyć i odpocząć sobie chwilkę. Na uwagę zasługują też domy do wynajęcia, znajdujące się w pobliżu górnych stacji wyciągów. Dojazd do takich domów jest możliwy tylko wyciągiem albo jakimś skuterem śnieżnym. Jeden z nich położony jest na górnej stacji wyciągu Turrachbahn: (na zdjęciu powyżej, w głębi widać taki dom do wynajęcia ). Był tam kontakt telefoniczny i mailowy: +43 4278 360, nussinil@aon.at - rodzina Franz Sappl i tyle.

Inne są bliżej cywilizacji, obok malowniczej knajpki stojącej nad jeziorem:  http://www.meizeit.at/de

Kolejne można znaleźć na: http://www.turracherhoehe.at/en/lodging/holiday-hut

Nęci mnie taka chata w górach, z kominkiem, trochę prymitywna, niektóre są z sauną…

Rano można wyjść przed dom, zapiąć narty i pojechać…

Większość to dość duże domy, nawet dla kilkunastu osób, ale są też i takie dla dwóch. W końcu można pojechać ze znajomymi, znajomymi, znajomych, itd.

Po powrocie do domu, basen.

.

Czwartek, 25 stycznia. Chcemy przejechać okrężną trasę nr 6 (FIS K70). Nie jest jakoś ona specjalnie trudna, ale długa, narciarzy na niej niewielu i trzeba przyznać że dość malowniczo poprowadzona. Po wjechaniu na Kaiserburg, robimy trasy koło małego orczyka 4 Hirschsprung. Mały ale dość stromy i leżący w kotlince, więc jest tu sporo śniegu i jest zacisznie. Potem odbijamy na 6-tkę. Jedzie się nią dobrze, trochę tak jak z dolnej stacji wyciągu na Goryczkowej do Kuźnic, no może lepiej. Jakoś o ziemię nas ten zjazd nie rzucił. Trasy w Turracher znacznie lepsze.

małe „conieco” w Rossalmhutte

Po małym obiadku w przyjemnej Rossalmhutte poniżej szczytu Kaiserburga i znudzeni leniwą 6-tką, wracamy na „klamerkę” żeby coś w końcu pozjeżdżać.

Po nartach basen.

.

Piątek, 03 lutego. Jak ten czas leci. Dziś ostatni dzień na nartach.

To Bad Kleinkirchheim jakieś takie, trudno o jednoznaczna ocenę, jakie. Sam ośrodek raczej mały ale ma sporo tras bardzo dobrych, choćby ta „klamerka”, wycieczka do Falkertu bardzo ciekawa, pomimo że w zasadzie jest tam jedna górka, wspominam ją bardzo dobrze. Z drugiej strony jakoś w samym Bad Kleinkirchheim zawsze było mało śniegu, bywały takie wyjazdy, że w rejonie Kaiserburga było tyle kamieni że nie dawało się jeździć tam na porządnych nartach, jednak baseny świetne ( no dzisiaj, to już nie taka atrakcja jak kilkanaście lat temu, bo już nawet lepsze są w Bukowinie Tatrzańskiej ), apartament u pani Aufeggerowej cudowny, położony na końcu świata, wspaniała cisza i te szczyty oświetlone popołudniowym słońcem, nigdy wcześniej ani później nie mieszkaliśmy już w takim miejscu. Ponadto, marcowa oferta, kiedy się płaci tylko za apartament a karnety są gratis, bardzo kusząca. Tylko że w ostatnich latach przesunięto początek tej promocji z pierwszej soboty marca na drugą, więc już zapewne mniej śniegu będzie, choć tak naprawdę, to w czasie naszego marcowego pobytu było więcej śniegu niż innego, lutowego.

No może gdybym się wybrał tam znowu, to może raczej do tych górskich domów w Turracher, tak Turracher, piękne miejsce, tylko wówczas raczej z basenów nie dałoby się już korzystać.

Tak źle i tak niedobrze.

.

.

Kraków, grudzień 2009 – maj 2010

07
gru
10

-Podróż XXIII – Tignes, Val d’Isere, La Plagne

Podróż XXIII

Byliśmy w Tignes, Val d’Isere i La Plagne

.

Wtorek, 4 stycznia. Nie da się ukryć, znów trzeba jechać na narty, tym razem do Francji, do Tignes.

Musimy powoli zacząć myśleć o trasie dojazdu, o rezerwacji hoteli, na dojazd i powrót, o ubezpieczeniach, o winietkach, no i trzeba wybiglować narty.

Zadzwoniłem do Wojtka, mówi że najlepiej pojechać przez Włochy, tak jak na Matterhorn, czyli przez Czechy, Wiedeń, Graz, Udine, Verone, Milano do Aosty a potem drogą N90 przez małą przełęcz St. Bernarda, na stronę francuską i już jesteśmy w Tignes, a jak nie przez przełęcz, to tunelem pod Mt. Blanc do Megeve, albo tak samo, tylko przez Turyn a potem autostradą A32 do drogi A430 na Albertville, potem do Moutieurs i dalej do Tignes. No, ale trzeba zapłacić za autostrady we Włoszech, prawie 40 euro w jedną stronę, no i za tunel pod Mt. Blanc – 30 euro. Ponadto trzeba by spać we Włoszech, co nie bardzo się nam podoba. Wojtek proponuje nie spać po drodze i pojechać na jeden raz, w końcu to tylko około 1600 km i to prawie cały czas autostradami, ale chyba jesteśmy już za starzy i zbyt wygodni, więc lepiej przez Czechy, Niemcy, Szwajcarię do Włoch na Milano a potem tak samo, przez przełęcz St. Bernarda i już.

.

Środa, 5 stycznia. Narada u Małgosi. Decydujemy się na wariant: przez Pragę, Pilzno i Niemcy (dzisiaj pojechałbym po prostu przez Niemcy, ale wówczas nie było autostrady z Krakowa do Zgorzelca i ta trasa wydawała się mieć sens, choć w praktyce okazała się wyjątkowo uciążliwa i lepiej było jechać wówczas przez Czechy i Austrię). Potem nocleg w Bregenz w Austrii, dalej do Milano itd. To nieco ponad 1600 km, a nocleg wypadnie po niecałych 1100 km. W sam raz. W Bregenz już nocowali nasi znajomi, to taka wypoczynkowa miejscowość nad jeziorem Bodeńskim. Podobno można znaleźć tam tani hotel. Zrezygnowaliśmy z nocowania w hotelach sieci Etap czy Formula1, bo jedne są zbyt blisko a inne zbyt daleko, a ich cena w Niemczech czy Austrii jest raczej podobna do normalnego hotelu. W Niemczech takie hotele kosztują prawie 40 euro za pokój 2 osobowy (bez śniadania), do którego można wziąć tylko jedno dziecko do 12 roku, jako trzecią osobę. Nie mamy dzieci do 12 roku.

.

Sobota, 8 stycznia. Internet to potęga, wystarczy napisać www.bregenz.at i już. Pokazują się wszelkie informacje o hotelach, pensjonatach itd. Małgosia znalazła pensjonat za 25 euro od osoby ze śniadaniem, co prawda w miejscowości obok, czyli w Horbranz, ale nam to nie przeszkadza.

.

Niedziela, 9 stycznia. Dokonujemy straszliwego odkrycia; przełęcz St. Bernarda jest w zimie zamknięta. Musimy zweryfikować tę informację. Bigluję narty.

.

Poniedziałek, 10 stycznia. Informacja okazuje się prawdziwa (choć chyba wówczas, pomyliliśmy małą przełęcz z dużą, duża faktycznie jest zamknięta od października do maja, ale i tak znawcy tematu odradzają przejazd przez małą przełęcz Św. Bernarda nawet w maju… Wystarczy popatrzeć na mapę, żeby zrobiło się niedobrze od widoku serpentyn. W każdym razie doszliśmy do wniosku, że przejazd przez tę przełęcz to głupi pomysł i całe szczęście). Musimy zmienić trasę. Śpimy tak jak zamierzaliśmy, potem pojedziemy przez Szwajcarię do Genewy a stamtąd drogą A40, tak jak do tunelu pod Mt. Blanc, tylko że na zjeździe nr 20 skręcimy najpierw na drogę D1205, którą dojedziemy do D1212 na Megeve i Albertville. Za Alberville skręcimy na N90 do Moutiers i dalej D902 do Tignes. To tylko o kilka km dalej niż przez przełęcz, a dzięki takiemu wyborowi trasy mamy nadzieję ominąć korki w Annecy i dzikie serpentyny na małej przełęczy Św. Bernarda.

.

Wtorek, 11 stycznia. Rezerwujemy hotele. Na powrót też. Ponieważ chcemy jeździć na nartach jeszcze w ostatni dzień, czyli w sobotę, będziemy spać w Genewie, w Formula1, koło lotniska. Spaliśmy tam już raz i było fajnie. Cena śmieszna 28 euro za pokój 3-osobowy (We Francji mogą spać wszystkie osoby dorosłe), bez śniadania, bo dają kontynentalne (sok, bułeczka, dżemik, kawa), za kolejne 7 euro od osoby. Rezerwacji dokonaliśmy przez internet na http://www.hotelformule1.com

.

Sobota, 15 stycznia. Bigluję narty.

.

Środa, 19 stycznia. Bigluję narty.

.

Czwartek, 20 stycznia. Pojechałem kupić winietki na Szwajcarię i Czechy do PZM-tu, trzeba co prawda zapłacić trochę drożej ale nie trzeba potem tracić czasu na kupowanie ich podczas podróży. http://www.pzmtravel.com.pl/informacja-o-oplatach-drogowych.html

.

Sobota, 22 stycznia. Bigluję narty.

.

Niedziela, 23 stycznia. Bigluję narty.

.

Wtorek, 25 stycznia. Pojechałem kupić ubezpieczenia, takie z OC, gdyby ktoś z nas uszkodził kogoś na stoku i żeby w cenie była akcja ratownicza nawet z udziałem śmigłowca. Jedyne 160,- zł za 4 osoby, za 10 dni, bo od wyjazdu do powrotu.

.

.

Piątek, 28 stycznia. Ruszamy. Kierunek Horbranz koło Bregenz nad jeziorem Bodeńskim. Przejazd przez Czechy (Praga, Pilzno) jest raczej wariacki, jedzie się i jedzie. (teraz jest piękna autostrada z Krakowa do Niemiec, więc dziś decyzja byłaby jedna – prosto do Niemiec – przyp. autora)  Na miejscu okazuje się, że hotel i knajpa prowadzona jest przez Chińczyków! Mamy trochę głupie miny, ale wszystko jest O.K. pokoje duże, z łazienkami, czysto, ciepło. Idziemy na kolacje. Mają tylko karty w języku niemieckim, ale jest jeden kelner mówiący po angielsku. Zamawiamy trochę na chybił trafił, ale jedzenie wyśmienite, objedliśmy się za wszystkie czasy, za 10-15,- euro od osoby. Jak ktoś ma ochotę to niech sprawdzi: tel; +43 5573 82276 – Pensjon Christophorus, Allaustrasse 117, A-6912 Horbranz.

Na powyższej mapie, czerwoną linią pokazano drogę, którą wówczas jechaliśmy, czyli przez Pragę, Pilzno, oraz dojazd do Horbranz i wyjazd z niego z ominięciem austriackich autostrad dla zaoszczędzenia 7,90 (wówczas było to 7,90 – przyp. autora) euro za 10-cio dniową winietkę.

Niebieską linią (żółta a potem niebieska), przejazd przez Niemcy i bez oszczędzania na austriackich winietkach, jak i wariant przejazdu z Genevy autostradą A41 na Annecy i Chambery. Tylko, że w Annecy zwykle bywały spore korki, więc stąd był pomysł na przejazd A40 na Megeve …

Obecnie, to tak w ogóle, należałoby sobie darować Bregenz (spać można też w Niemczech) i pojechać po żółtej linii. Obojętne czy pojedziemy po żółtej, czy po niebieskiej i tak trzeba przejechać około 1700 km. Więc może samolotem…

.

Sobota, 29 stycznia. Rano śniadanie – nie do przejedzenia.

Jedziemy dalej, mamy jeszcze ponad 600 km.

Tignes, widok z trasy „double M”

Droga dobra, w Albertville byliśmy koło 15-tej. Szybkie zakupy w Geancie (trzeba skręcić na rondzie w prawo, jak na Annecy autostradą ), parę butelek wina, jakiś serek tutejszy, jeszcze tankowanie paliwa, można przy Geancie, ale jest spora kolejka, można na przeciwko, benzyna jest po 1,08 euro, ropa poniżej 1,- euro. Trzeba zaznaczyć że w Niemczech i Szwajcarii benzyna po jeden i kilkanaście euro, w Austrii poniżej jednego euro. Decydujemy się jednak na tankowanie w Moutiers, jest tam mała stacja na kierunek Courchevel. Benzyna po 1,09 euro. (no, niestety to nie opowieść o raju, tak było… kiedyś… w styczniu 2005 – przyp. autora). Za Moutiers korek aż do Bourg. Stoimy z półtorej godziny. Za Bourg pusto, walimy po serpentynach, żeby zdążyć przed 19-tą do agencji po klucze do apartamentów i karnety. Tignes leży powyżej sztucznego jeziora Lac du Chevril, spiętrzonego przez zaporę jak z filmów akcji – wielki łuk wygięty w stronę zbiornika. Droga zresztą wiedzie koroną zapory a potem serpentynami w górę. Już w samej miejscowości jest drugie małe jeziorko, które dzieli Tignes na dwie części, niższą i wyższą.

Tignes wieczorem, widok z okna apartamentu

Apartament mamy w części Tignes le Lavachet (zaznaczonej na zdjęciu żółtym kołem), czyli najniższej położonej (ale i tak jest to 2100 m n.p.m.). Apartament mały ale ładny. Wyładowujemy bagaże, samochód trzeba odwieźć na podziemny parking, znajdujący się jakieś 100 m od budynku, na ulicach nie wolno parkować, ale parking jest w cenie. Nasz apartament jest na IV piętrze, Wojtka na VIII. To jest Francja, tu w takich miejscowościach jak Tignes (wybudowane tylko dla turystów i nie mające stałych mieszkańców) stoją sześcio, -ośmio, -a nawet dziesięciopiętrowe bloki, tak że taka miejscowość wygląda trochę jak osiedle w Nowej Hucie.

miasto wśród gór

Ale jak się patrzy na takie miasto z większej odległości, zwłaszcza wieczorem, to taki widok robi niesamowite wrażenie. Wszędzie śnieg, góry, pusto, cicho i gdzieś na przełęczy kilkunastopiętrowe domy, oświetlone, gwarne ulice, restauracje…

Sklep jest 50 m od nas, do wyciągu musimy podejść ze 100 m. W sumie nieźle. Wieczorem spotkanie u nas. Zastanawiamy się gdzie pojechać na początek, wszyscy są zgodni, że lepiej nie jechać zbyt wysoko, bo nie jesteśmy jeszcze zaaklimatyzowani, a największe dolegliwości z tego powodu mam ja. Zobacz  http://www.tignes.net  i mapkę w tras w całym rejonie w „pdf-ie” do ściągnięcia espace-killy_2010

.

Niedziela, 30 stycznia. Obudziłem się koło 5 rano, na takich wysokościach człowiek szybko się wysypia.

Grande Motte

Zaczynamy od rejonu L’Aiguille Percee (2748 m). Zobacz  interaktywną mapkę na http://www.tignes.net/en/ski-a-tignes/interactive-ski-run-map-28.html Na  początek krzesło “Chaudannes” i czerwona “bleuets”. Przygotowana wspaniale, aż nie możemy uwierzyć, Francuzi, naszym zdaniem niezbyt dbają o przygotowanie tras, a tu równo jak stół, śnieg twardy ale nie za bardzo, można poszaleć. No, ale niestety potem było już tylko gorzej. Na czerwonej “chardons” do Tignes Les Brevieres (1550 m), w jej dolnym odcinku sporo kamieni. Robimy czarne i czerwone traski w tym rejonie, wszystkie godne polecenia. Przerwę robimy sobie w Les Brevieres, idę szukać toalety do restauracji, zaraz za drzwiami zaczepia

takie małe domki przed La Daille…

mnie kelner i nie muszę znać francuskiego aby zrozumieć: “a pan tu czego?”. Ton jest więcej jak impertynencki, w końcu łaskawie wskazuje mi toaletę, koedukacyjną (mnie to nie przeszkadza, zwłaszcza że właśnie przebiera się jakaś młoda kobieta), pisuar jest za zasłonką. Po południu przenosimy się w kierunku Col du Palet i La Grande Motte (wjazd na 3456 m). Oczywiście ja pierwszy, nawet nie wiedzieć jak i kiedy znalazłem się na La Grande. Lodowiec fajny, dość stromy, śnieg wyśmienity, lekkie muldki. Wszędzie szeroko, równo, twardość w sam raz, słońce, mróz około -9o C.  Do 17-tej czynna jest gondola “Aeroski”, więc do zamknięcia robimy czarną “trolles” z Toviere.

.

Poniedziałek, 31 stycznia. Rano La Grande (polecam czarną “leisse”, czerwoną “glacier” potem “grand plan” i “face”), potem przenosimy się w kierunku Val d’Isere. ( www.valdisere.com/gb/index.php )

Val d’Isere

Wszędzie hektary, szeroko, słońce, mróz. Robimy trasy z Rocher de Bellevarde (2827 m), do dolnej stacji kreta (czyli podziemnej kolejki z La Daille – 1785 m); “orange”, “ok”, “triffolet”. Wszystkie takie, jak powinny być. Niestety, znów miejscami na zwężeniach kamienie, nawet nie na samych trasach ale na łącznikach pomiędzy nimi.

Val d’Isere od strony Laisinant

Czasami trudno zgadnąć czym kierowali się ci, którzy wybierali jakim kolorem ma być oznaczona trasa: są niebieskie, które wyglądają jak czerwone; czarne, które okazują się być co najwyżej czerwone i taka jest “face” z Bellevarde do Val d’Isere 1850. W zasadzie czerwona a nawet niebieska poza jedną ścianką, która jest faktycznie dość stroma, ale krótka i przy w miarę dobrych warunkach śniegowych nie stanowi problemu nawet dla mało zaawansowanych narciarzy. Czerwona “plan” i “piste M” lekko oblodzone, ale jak wszystkie – szerokie.

Przed 17-tą znowu kilka razy “trolles”.

.

Wtorek, 1 luty. Załamanie pogody, od rana niskie chmury i sypie, ale słabo, za to wieje silny wiatr. Większość wyciągów w wyższych partiach zamknięta. Nie chodzi kret z Tignes na La Grande Motte, nie chodzą krzesła do Val d’Isere. Jeździmy więc w rejonie Col du Palet i L’Aiguille Percee. Po południu pogoda poprawia się i wychodzi słońce, jeździmy do zamknięcia wyciągów na Palafour i robimy pozatrasową “oeillet” ( to w rejonie snow parku ) – fajna, wymaga trochę pracy.

.

Środa, 2 luty. Dziś i w kolejnych dniach robimy traski pomiędzy Val d’Isere a Le Fornet.

Mateusz

Agnieszka

Ola

.

.

Trochę czasu spędziliśmy z dziećmi w snowparku pomiędzy Toviere i Rocher de Bellevarde, był tam ustawiony równoległy gigant i normalny gigant z pomiarem czasu. Trzeba było co prawda zapłacić parę Euro, ale pościgaliśmy się za wszystkie czasy. Zwłaszcza dzieci nie chciały stamtąd odejść. Potem jeździliśmy dalej na kierunek Le Fornet. Należy zdecydowanie polecić “germain mattis” i “piste L” z Solaise (2560 m) do Le Laisinant. Ta ostatnia choć niebieska to bardzo przyjemna, warto nią zjechać. Dla odważnych polecam wariant pozatrasowy z czerwonej “germain mattis” skręcamy w lewo i po dość stromym zboczu jedziemy do niebieskiej “piste L”. Zrobiliśmy też czarną “foret” do Le Fornet, niestety było mało śniegu i jechało się wąskim żlebem po muldach zrobionych przez deskarzy, ciężka praca. Jak ktoś tam jest to polecam odpoczynek w knajpce położonej koło niebieskiej “mangard” – ładnie i przytulnie. Zdecydowanie nie polecam knajpy w Le Fornet na dolnej stacji kolejki Fornet, zwłaszcza toalet, czegoś takiego dawno nie widziałem: toaleta koedukacyjna, w niektórych kabinach brak światła, tak że po zamknięciu drzwi nic nie widać, ciężko trafić, brak papieru, na środku przed umywalkami kałuża wody, na suficie pleśń.

gdzieś na stoku…

Zwiedzamy rejon Col de L’Iseran i lodowca De Pissaillas. Gondolka Vallon de L’Iseran wygląda tak jak gdyby miała się zaraz rozsypać. Drzwi po ruszeniu nie zamknęły się, obok nich odstawał jakiś płaskownik przykręcony śrubą o długości 10 cm wystającą do wnętrza kabiny, trzeba było uważać żeby sobie nie potargać spodni przy wysiadaniu. W ogóle w tym rejonie i powyżej Solaise same muzealne eksponaty, tak że nasze krzesło na Goryczkowej wypada jak cud techniki. Trasy w tym rejonie raczej kiepskie, lodowiec szeroki, gładki, nawet dość stromy jak na lodowiec, mało ludzi, można pojechać szerokim skrętem. Ciekawy jest przejazd z Solaise do Col de L’Iseran i z powrotem. Jedzie się w obie strony wyciągiem, gdyż w zimie tunel koło orczyka (orczyk zresztą też) jest zamknięty. Jest wrażenie, rzadko doświadczane przez narciarzy, którzy raczej nie jeżdżą w dół wyciągami, kiedy krzesło przejeżdża przez grań, no rollercaster!

.

Piątek, 4 luty. Pojechaliśmy do sąsiedniej doliny – La Plagne.

.

.

Zobacz http://www.la-plagne.com  oraz mapka

Główną atrakcją w tamtym rejonie jest kolejka linowa spinająca rejon La Plagne i Arc, która zabiera około 200 osób i ma dwa pokłady, górny i dolny. Chciałem się nią przejechać. Nasze karnety można było wykorzystać jednego dnia w Trzech Dolinach i jednego właśnie w La Plagne. Najpierw musieliśmy zjechać w dół do Bourg potem dalej do Aime, skąd chyba setką zakrętów wjechaliśmy do Plagne 1800. Było to, ze wszech miar zbędne, gdyż z Bourg mogliśmy wjechać do Arc 1600, wielką terenowo-linową kolejką. Przejeżdżaliśmy zresztą, tuż obok dolnej stacji tej kolejki. No cóż, wówczas nikt z nas o tej możliwości nie wiedział, nie było takiej strony jak ta. Po dojechaniu do Plagne 1800, koło 45 minut zajęło nam znalezienie kasy, gdzie można by wymienić nasze karnety na takie obowiązujące w La Plagne. Zwykle należy się spodziewać że kasy znajdują się koło dolnych stacji wyciągów, ale nie we Francji. We Francji

centrum La Plagne

kasy są schowane pomiędzy budynkami, koło sklepu, albo w innym dziwnym miejscu i oczywiście nie ma żadnych strzałek czy innej informacji. Koniec, końców zaczęliśmy jeździć grubo po jedenastej. Zaczęliśmy od rejonu Aime la Plagne i Le Biolley. Ładnie, ciepło, trasy poprowadzone w niższych partiach wśród lasów. W Plagne Centre 1970 spotkaliśmy kolegę, który był w tym rejonie od dwóch tygodni, mamy więc przewodnika. Okazuje się, że tu jest zupełnie kiepsko ze śniegiem, na wielu czarnych i czerwonych trasach leży sporo kamieni, lub są w ogóle zamknięte, tylko niebieskie są dobrze przygotowane. Jedziemy gondolką na La Grande Rochette (2505 m), skąd “vegą” w dół. Kolega proponuje przenieść się na lodowiec Glacier de Bellecote. Jedziemy, więc krzesłem Vega, a potem niebieskimi do Plagne Bellecote, stamtąd gondolką na Roche de Mio (2700 m), a dalej znów gondolką (tym razem w dół !) do Col de Chiaupe i znów w górę, potem krzesłem na sam lodowiec. Obłęd, w sumie cała podróż trwała chyba z godzinę, przynajmniej zjedliśmy kanapki i czekoladę, szkoda czasu na przerwy. Krzesło Traversee jest tak małe i ma tak dziwnie umieszczone podpórki pod nogi, że nawet nie próbuję ich użyć (tych podpórek). Czarne trasy “le rochu” i “bellecote” zamknięte, na czerwonej “la combe” wystaje miejscami ziemia. Chciałem zjechać z Roche de Mio czerwona trasą “le ciapet”, a potem “les crozats” w rejon Les Coches, żeby zobaczyć tą dwupoziomową kolej linową, ale kolega mówi, że na tych trasach mnóstwo kamieni a miejscami są przetarcia.

widok na Courchevel

Rezygnujemy. Wracamy doliną Champagny po drugiej stronie grani. To nie ta dolina gdzie produkują szampana. Ciepło, ładnie, raczej same niebieskie trasy. Z trasy przepiękne widoki na Courchevel w Trzech Dolinach.  Z przełęczy pomiędzy La Grande Rochette i Les Verdons zjeżdżamy do Plagne Centre trasą o nazwie “mercedes”. Dużo kamieni, trzeba wyszukiwać przejazd poza trasą, no mercedes to nie jest. Powtarzamy, tym razem “cariną” – dużo lepiej, w dolnej części trafiamy na dziką trasę poprowadzoną wąskim, krętym wąwozem, o ścianach jak rynna do halfpipe. Fajna zabawa. Wracamy. Na Le Biolley a potem w dół “farandole” aż do parkingu.

.

Sobota, 5 luty. Po spakowaniu się, pojechaliśmy samochodami do Val d’Isere, a właściwie do La Daille pod kreta i po wjechaniu na górę zjechaliśmy do podwójnego orczyka Santos i potem krzesłem Grand Pre.

poza trasą

Stamtąd jest pozatrasowy zjazd za Rocher du Charvet aż do dolnej stacji krzesła Manchet Express. Nic trudnego, ale przyjemny zjazd, wielkimi polami pełnymi słońca i śniegu.

wokoło hektary śniegu

W pewnym miejscu jest mała chatka, prawie niewidoczna, bo ledwie wystającą ze śnieżnego zbocza, zjedliśmy tam nasze zapasy. Bardzo miłe miejsce. Potem kilka razy czarną “marmottons” (zupełnie nieprzygotowana, wspaniałe muldy) i czerwoną “arcelle”, na której był lity lód. Potem jeszcze z Solaise czarną “piste A” (też oblodzona) i “epaule du charvet” z Rocher de Bellevarde, którą naprawdę warto polecić, gdyż jest poprowadzona zacienionym żlebem i śnieg tam był wspaniały.

Potem do samochodów i do Genewy. W hotelu byliśmy przed dziewiątą. Małe jedzonko przygotowane w pokoju i spać, bo jutro mamy ponad 1300 km do domu.

Tak, ta Francja jest całkiem, całkiem, no ale do Alpbachu to jej jednak daleko.

.

.

.

Kraków  maj 2005 -  listopad 2009

25
paź
10

-Podróż XXVI – Molltaler Gletscher

Podróż XXVI

Byliśmy na Molltaler Gletscher

.

Piątek, 11 listopada. Wyskoczyliśmy na kilka dni na Molltaler Gletscher, bo jest dość blisko, niecałe 900 km z Krakowa (mapa google pokazuje więcej niż jest w rzeczywistości ), bo nie byliśmy tam jeszcze, bo wreszcie to ponoć bardzo urokliwe miejsce, gdzie można zrobić wiele pięknych zdjęć.

Pojechałem wówczas normalnie, przez Cieszyn, ale teraz to raczej pojechałbym przez Rybnik (patrz: nowe informacje o przejezdnosci A1 ), obok Ostravy, na Brno i dalej na Wiedeń, Graz, Villach, Spital do Flattach, chociaż przedstawiona poniżej mapka, pokazuje krótszy i w dodatku bardzo malowniczy przejazd przez Leoben i Murau. Bardzo fajna trasa. Warto się nią przejechać.

Winietki na Czechy i Austrię kupiłem po drodze, na pierwszych stacjach benzynowych po wjechaniu do danego kraju. Tak jest najtaniej, choć trochę czasu się traci.

.

Flattach to najbliższa miejscowość lodowca. Jest jeszcze kilka wsi po drodze do dolnej stacji podziemnej kolejki, np. Innerfragant (bardzo urokliwe miejsce), czy też Hot.-Badmeister, ale są one małe i trudniej tam o pensjonat czy apartament.

Wynajęliśmy sobie apartament w Landhaus-Burse. Nowiutki i bardzo przyjemny, na uboczu wsi, cisza i spokój. Wzięliśmy taki dwu-osobowy, po krótkich mailowych negocjacjach dostaliśmy dużą zniżkę. Okazuje się że jesteśmy jedynymi gośćmi w całym budynku. Pewnie stąd ta zniżka…

.

 

Sobota, 12 listopada. Wcześnie rano jedziemy dość stromo wspinającą się w górę drogą.

w dolinie…

Słońce jeszcze nisko, jest jeszcze zimno, więc mijane co chwila leśne polany srebrzą się w słońcu od zmrożonej trawy. Zatrzymuję się kilka razy robiąc fotki. Faktycznie okolica przepiękna.

Dobra mapka dojazdu: http://pl.bergfex.com/moelltalergletscher/

Po kilkunastu minutach jesteśmy pod dolną stacją podziemnej kolejki Molltaler Gletscher Express. Stacja wciśnięta jest w wąską, o prawie pionowych zboczach dolinę, ale i tak znalazło się miejsce na niekończącą się ilość parkingów. Parkingi są olbrzymie, część asfaltowych, część trawiasto-ziemnych. O tej porze roku zajęte są tylko te najbliższe wejścia do stacji, choć to weekend. Na parkingu sporo samochodów z polskimi rejestracjami. Kupujemy karnety na trzy dni.

Hochwurtenspeicher 2417 m n.p.m.

Na pośredniej Mittelstation ( 2200 m ) jest już biało, ale śniegu jest mało, zaledwie kilka centymetrów. Z tarasów stacji rozpościera się widok na kilka okolicznych jezior. Ale okolica tu jest bardzo uboga, same piargi, tylko te jeziora odbijające okoliczne szczyty górskie uatrakcyjniają krajobraz.

Przesiadamy się do gondoli, aby nią wjechać na szerokie plateau na wysokości 2800 m n.p.m. Budynek stacyjny to również hotel, restauracje, wypożyczalnia sprzętu, sklep sportowy, można się zgubić…

Patrz mapka tras

Schareck 3122 m n.p.m.

Na Schareck (3122 m ) poprowadzone są dwa krzesła, 6-cio osobowa wygodna kanapa z osłonami, miękkimi poduchami i stare 2-u osobowe siermiężne krzesło, zresztą nieczynne z braku chętnych. Trasy w dół ( czerwona 1-ka i czarna 4-ka, biegnące zresztą tuż obok siebie ) niezbyt długie ale strome i bardzo twarde. Nawet bardzo, bardzo twarde. Wówczas miałem ze sobą Fischery RC4 WC SC. w sam raz na takie warunki. Słońce, lekki mrozik, ludzi jeszcze niewiele, można pociągnąć. No pięknie.

Niebieskie trasy 6 i 5 biegnące wzdłuż krzesła Panoramabahn czynne, śnieg tutaj świeżutki, mięciutki. Pięknie, choć płasko. Czerwona 8-9 zamknięta, cały czas pracują tam ratraki. Nęciła mnie jednak nieskazitelnym „sztruksikiem”, więc późnym popołudniem, kiedy ratraki już odjechały, pojechałem nią. Też pięknie. Jednak „złapałem” kilka kamieni… No może jednak trzeba sobie dać jeszcze spokój. Czarna 10-tka niestety zamknięta z braku śniegu. Szkoda.

.

Niedziela – Poniedziałek, 13-14 listopada. Przez kolejne dwa dni „katujemy się” na czarno-czerwonej trasie z Schareck’a z małymi wypadami, dla urozmaicenia, na niebieskie 5-6. Pozostałe trasy nie zostały otwarte.

Mogłoby się wydawać że przyjechaliśmy tutaj za karę, w końcu jedna górka o niezbyt dużym przewyższeniu, wynoszącym nieco ponad 300 m i to wszystko. No ale w Polsce czy też na Słowacji tylko w niewielu miejscach możemy liczyć na bardziej zróżnicowaną infrastrukturę narciarską. A już na pewno nie na początku listopada. Oczywiście bezwzględnie lepszy o tej porze roku będzie Pitztal, Solden czy nawet Tux, jednak myślę że jeszcze tu wrócę.

…piękna jesień

W poniedziałek wracamy koło piętnastej do naszego apartamentu. Szybki prysznic, małe jedzonko i w drogę. Parę minut po północy jesteśmy w Krakowie.

.

.

 

Kraków, październik 2010

21
paź
10

-Podróż XIX – Pitztal

Podróż XIX

Byliśmy na Pitztalu

.

Sobota, 8 listopada. Czas rozpocząć sezon. Jedziemy na Pitztal.

http://www.pitztal.com/

http://pl.bergfex.com/pitztalergletscher/

To jeden z nielicznych lodowców, które są odpowiednio strome, dzięki czemu można dobrze pojeździć zanim na poważnie rozpocznie się zima. Inne lodowce, jak Stubai, Moltaler czy Maso Corto, nie mówiąc już o takich wynalazkach jak Dachstein, są raczej płaskie. Można dobrze pojeździć na przylegających do lodowca stokach, które owszem, są strome ale potrzeba zimowych opadów śniegu aby były odpowiednie warunki. Raczej rzadko się zdarza aby na początku listopada już takie warunki były. Pobliski lodowiec stabilizuje co prawda temperaturę i zapewnia iż śnieg sypie tam wcześniej i leży dłużej ale jeśli mam wybór to wole jednak jeździć po lodowcu niż obok lodowca, zwłaszcza w październiku czy na początku listopada. Jednak nic za darmo, ponieważ Pitztal jest stromy i panują tu bardzo dobre warunki śniegowe, trenują na nim zawodnicy i do południa na stoku są poustawiane same slalomy, tak że dla „zwykłych” narciarzy zostaje niewiele, ale zazwyczaj koło dwunastej zawodnicy znikają i cały stok jest już dostępny.

Jedziemy na przedłużony weekend, korzystając że 11 listopada jest dniem świątecznym.

Ponieważ do przejechania mamy 1050 km, więc całą sobotę spędzimy w podróży. Przed wjechaniem na prawie 3500 m n.p.m. ( bo na takiej wysokości się tam jeździ na nartach ) trzeba się dobrze wyspać i trochę zaaklimatyzować.

Mamy mieszkać w Plangeross. To chyba ostatnia wieś przed parkingami przy dolnej stacji podziemnej kolejki Pitzexpress. Bliżej jest tylko kilka hoteli. Zaakceptowaliśmy dość wysoką cenę za apartament, ze względu na jego położenie i informacje że w cenie jest sauna. Dobrze jest po nartach wygrzać się w saunie. Patrz poniższa maka i nowe informacje o przejezdności A1.

Apartament znajdujemy bez trudu, gdyż w internecie była dokładna mapka z jego położeniem. http://haus-daheim.at/

w dolinie

Jest ładny, z dwoma sypialniami, z okien rozpościera się widok na ośnieżone szczyty, oświetlone ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Niestety na tym koniec dobrych wiadomości. Okazuje się że sauna, owszem, jest w cenie, ale czynna tylko raz w tygodniu, w środy… W środę to nas tu już nie będzie. W internecie nawet małym druczkiem nic takiego nie było… Ponadto okazuje się że ciepłej wody w łazience wystarcza maksymalnie na prysznic dla trzech osób, potem trzeba czekać kilka godzin aby wielka beczka z wodą się nagrzała. My jesteśmy w cztery osoby… Też nic nie pisało w internecie że ciepła woda będzie reglamentowana. Gospodyni oburzona naszymi pretensjami, winą obarcza naszą wodo-rozrzutność i to że zapewne napełniliśmy wannę po brzeg. Nie zauważa nawet że wanna nie ma korka do odpływu, więc trudno ją napełnić, zwłaszcza po brzeg… Okazuje się że w Austrii też można się natknąć na taki typowo polski ( a może słowacki ) stosunek do gości. Przeżyjemy. Choć brak kąpieli po długiej podróży jest irytujący.

.

Niedziela, 9 listopada. Biorę zaległą kąpiel z dnia wczorajszego. Jestem ogolony, bo ogoliłem się wieczorem, śniadanie też już zjadłem na kolację, więc od razu mogę iść na narty…

mapka tras

Pogoda przepiękna. Słońce, lekki mrozik. W kilka minut dojeżdżamy do parkingu przy dolnej stacji kreta. Kupujemy karnety na trzy dni i w górę.

http://www.pitztaler-gletscher.at/de

Stok ze szczytu Ninterer Brunnenkogel ( 3440 m ) wygląda imponująco. To naprawdę kawał stromej i szerokiej góry. Miejscami nawet bardzo stromej i twardej, tak że dobre slalomki lub gigantki są tu jak najbardziej pożądane.

stok z Ninterer Brunnenkogel. Na zdjęciu widać nieistniejącą już kolejkę na szczyt.

Liczy się tak naprawdę tylko ten stok i dla niego tu przyjechaliśmy. Jadąc ze szczytu do dolnej stacji krzesła Gletschersee i gondolki Mittelbergbahn, położonej na wysokości 2750 m n.p.m. pokonujemy różnicę poziomów prawie 700 m. To całkiem sporo. Nie to co w Alpbachu, ale w Alpbachu o tej porze roku, to na stokach kwitną jeszcze kwiatki… Tutaj natomiast śnieg jest wyśmienity. Jest twardo ale bez jakichś wylodzeń czy innych takich tam przyjemności. Co prawda, dwie trzecie stoku zajmują trenujący zawodnicy, ale i tak dla nas zostaje dość sporo miejsca. Zawodnicy, tyczki, trenerzy, znikną zresztą najpóźniej o dwunastej. Oni tak mają.

widok z Ninterer Brunnenkogel

Widok ze szczytu też imponujący. Patrząc na wschód, widać na grani górną stację kolejki w Solden, a może to jakiś wyciąg w Vent. Chociaż nie, to muszą być wyciągi w Solden, te w Vencie nie wychodzą na grań i są raczej na południu. Patrząc na zachód: Fis, Ladis i Serfaus, na południowym-zachodzie, gdzieś daleko, niewidoczne już, jest St. Moritz a na południowym-wschodzie – Sella Ronada.

Koło jedenastej już wszystkie tyczki są zabrane ze stoku i można pojeździć pomiędzy trasami slalomów, gdzie śnieg jest więcej jak perfekcyjny.

Wracamy zmęczeni nartami, słońcem i mrozem i tylko szkoda że ciepłej wody brakuje… znowu rano się wykąpię. Teraz golę się, jem śniadanie i idę spać…

.

Poniedziałek, 10 listopada. Znowu piękne słońce. Niestety gondola na lodowiec coś chodzi w kratkę. Co chwila zdarza się jakaś kilku lub nawet kilkunastominutowa przerwa. Spotkani rodacy, informują nas, że i tak mamy szczęście bo gondola jest stara i wysłużona i w poprzednim tygodniu prawie cały czas była zepsuta. Faktycznie, obok obecnej stacji widać prawie gotowy budynek nowej kolejki (obecnie jest już gotowa nowa kolejka – przyp. autora). Nie chcąc bezproduktywnie czekać w kolejce do kolejki, jeździmy na gondoli Mittelbergbahn. W czasie naszego poprzedniego pobytu tutaj, zamiast gondoli były dwa długie orczyki. Trasy świetnie przygotowane, w słoneczku, przyjemnie, nie mogą się jednak równać ze zjazdem z Ninterer Brunnenkogel.

gdzieś, tam poniżej dolnej stacji orczyka jest skiturowa Taschach-Talstation

Wracamy tak jak w dniu poprzednim, podziemnym kretem. Zjazd skiturową Taschach-Talstation (zaczynającą się trochę poniżej dolnej stacji, zlikwidowanego obecnie, orczyka Mittelbergjoch II), o tej porze roku jest niemożliwy. Trzeba tu przyjechać kiedyś w pełni sezonu aby ją zrobić.

W domu znowu brakuje ciepłej wody…

.

Wtorek, 11 listopada. Dalej piękna pogoda. Znajomi są na Hintertuxie, przysłali sms-a że od trzech dni wieje, pada śnieg i nic nie widać. No ale na Tuxie to tak zawsze, no może prawie zawsze…  Zabieramy z apartamentu wszystkie rzeczy.

Z powodu konfliktu o wodę, nawet nie chcemy pytać o możliwość przebrania się po nartach. Zwykle tak robimy, że po powrocie z nart bierzemy prysznic (tu i tak nie byłoby ciepłej wody), jemy coś i dopiero w drogę.

mała Ola

mała Ola

Jeździmy tak jak w poprzednich dniach i jeszcze zahaczamy o trasy wzdłuż orczyka Brunnenkogel, takie sobie, do nauki na nartach czy desce, świetne.

Przed szesnastą zjeżdżamy na parking. Przebieramy się przy samochodzie, na szczęście tu jest ciepłe, słoneczne popołudnie. I w drogę. Koło drugiej w nocy jesteśmy w domu…

 

 

 

                                                                                                                                 Kraków, październik 2010

 

27
cze
10

-Podróż VI – Alpe d’Huez i Les 2 Alpes

Podróż VI

Byliśmy w Alpe d’Huez i w Les 2 Alpes

.

W Alpe d’Huez byliśmy wiele lat temu, tak że nie pamiętam już wszystkich szczegółów naszego wyjazdu. Pamiętam że chcieliśmy już jeździć na nartach w sobotę i w związku z tym nocowaliśmy w niesamowitym Briancon, już we Francji i że w samym Huez zimę mieliśmy jak z bajki, gdyż w czasie naszego pobytu spadło tak ze 2 m świeżego śniegu i że w związku z tym jeździliśmy po okolicznych polach i żlebach zapadając się po pachy w śniegu.

Pamiętam też że bardzo mi się ten ośrodek spodobał, taki nie za mały i nie za duży, ot w sam raz na ludzką miarę.

.

Czwartek, 22 stycznia. Wyjechaliśmy rano z Krakowa już w czwartek, gdyż postanowiliśmy się nie spieszyć i po drodze odwiedzić naszych przyjaciół, którzy od prawie tygodnia spędzali ferie w Alpbachu ( ach, Alpbach… ) w Austrii. Tak że nasza trasa przejazdu na pewno nie była optymalna (chociaż czy ja wiem, najbardziej optymalna trasa wiedzie przez Udine, którędy to jedzie się o godzinę krócej, choć w kilometrach obie są porównywalne) ale obfitująca w kontakty towarzyskie. Pojechaliśmy normalnie, przez Cieszyn, Brno, granice Czesko-Austriacką przekraczaliśmy w Laa albo w Znojmo, już nie pamiętam ( wówczas nie było pięknej autostrady A1 na Ostravę, oraz z Mikulova na kierunek Krems ), a potem na Saltzburg, by przed Insbruckiem skręcić na Alpbach, a właściwie na Reith, gdyż tak naprawdę to mieszka się w Reith a jeździ w Alpbachu. Czekał tam na nas, u gospodyni gdzie mieszkali moi koledzy, wygodny pokoik z pachnącą pościelą. Oczywiście wieczorem mała impreza.

.

powyższa mapa pokazuje już przejazd autostradą A1 i przez Znojmo, chociaż obecnie lepiej jechać przez Mikulov, gdyż zaraz za Mikulovem zaczyna się nowa autostrada, patrz http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

Piątek, 23 stycznia. Ranek przywitał nas przepięknym słońcem, lekkim mrozikiem i skrzącym się śniegiem leżącym w około, w niespotykanych ilościach. Trochę nie chciało nam się opuszczać kolegów, Alpbachu i tej pięknej zimy, ale cóż było robić…

Pojechaliśmy na Insbruck, Brenner, by na wysokości Verony skręcić na A4 do Milano (gdzie spotkaliśmy się z resztą naszej wycieczki, jadącą dwoma samochodami przez Udine, już od bladego świtu) i Turynu. Potem A55 i A32 aż do zjazdu na drogę SS24, która po stronie francuskiej przechodzi w N94.

Briancon

Już za granicą Francuską zatrzymaliśmy się na nocleg w Briancon. Jest to żywcem wyjęty ze średniowiecza gród, otaczający zamek znajdujący się na wysokiej skale. Kamienice stoją przy brukowanych, stromych ulicach z rynsztokami na środku. Na rogach ulic tubylcy sprzedają prażone kasztany, które zawijają w tutki z gazety. Wszystko jest tu oryginalne i stare, nasz hotel też. Dostaliśmy pokój na drugim a może trzecim piętrze. Idziemy po skrzypiących drewnianych schodach, jest czysto ale czuć zapach wilgoci. Na ścianach świeże tapety ale naklejone na kilka poprzednich warstw. Ściany aż miękkie od wilgotnego papieru. Pokój duży, z dwoma podwójnymi łóżkami (!) i kabiną prysznicową stojąca na środku (!!). I tak mamy szczęście, bo u naszych znajomych, którzy nocowali też w tym hoteliku (ha, hoteliku… ), był na środku pokoju – bidet… No, ale było tanio. W Polsce żadna inspekcja nie pozwoliłaby użytkować takiego obiektu jako hotelu, a we Francji owszem.

Na szczęście wszyscy byliśmy bardzo zmęczeni podróżą, więc mało co zwracaliśmy uwagę na te niedostatki.

.

Sobota, 24 stycznia. Rano śniadanko. Francuskie, kawusia, soczek, jakieś croissant, bagietka, dżemik, masełko, no ale na więcej nie liczyliśmy.

Na zewnątrz jest -16o C. Ostatni raz tankowaliśmy diesla nad Adriatykiem, gdzieś koło Verony, gdzie było +16o C. Nie wziąłem wówczas tego pod uwagę i nawet nie dolałem żadnego depresatora. Ale o dziwo, samochód zapalił od „tyku”, chyba nie zdążył ostygnąć. Szczęście nie trwało jednak długo, bo po przejechaniu kilku kilometrów, nagle silnik „zdechł” a w lusterku zobaczyłem chmurę białego dymu. Akurat mijaliśmy stację benzynową, więc rozpędem wjechałem na nią. Dotoczyłem się do dystrybutora i wlałem ze 2 litry benzyny, a i taki rozmrażacz do paliwa, a na koniec dolałem do pełna diesla, żeby się wszystko dobrze wymieszało. Jak się nie wymiesza, to może być kłopot… Po kolejnych kilku minutach udało się silnik ponownie uruchomić, dymił i prychał jeszcze jakiś czas, ale dało się jechać a po kilku kilometrach problemy ustąpiły już całkiem. Niestety nasi znajomi w tym czasie pojechali do przodu i dogoniłem ich już dopiero w Huez.

www.alpedhuez.com 

Zaparkowałem samochód pod naszym apartamentowcem, ale poprzednicy jeszcze nie oddali kluczy (i trudno się było dziwić, gdyż była 9:30 rano ) więc poszliśmy po prostu na narty.

Pogoda przepiękna, lekki mrozik, słońce.

Jest nieźle, gdyż do naszego apartamentowca doklejony jest budynek kolejki gondolowej idącej przez miasteczko, w górę, do dolnych stacji wyciągów. Trudno nazwać tę kolejkę gondolą, gdyż na linie co kawałek, zawieszony jest zestaw kilku beczkowatych wagoników bez dachu, drzwi, jakby były z jakiegoś wesołego miasteczka. Dobrze że się nie obracają w czasie jazdy. Lina kręci się cały czas, a do wagoników wsiada się i wysiada z nich, w czasie ruchu. Można sobie więc wyobrazić że jedzie się nimi i jedzie i jedzie. Mniej więcej w pobliżu naszego apartamentowca spotykają się, godola z niżej położonego Huez ( 1500 m ) i krzesło transportowe do wschodniej części Alpe d’Huez. Miasteczko leży na wysokości 1860 m n.p.m. i jest typową, francuską miejscowością turystyczną. Same apartamentowce, hotele, restauracje, lodowisko, basen i inne atrakcje. Ulice miejscami nie są odgarnięte do czystego asfaltu i leży na nich cienka warstwa śniegu. Chodniki zresztą podobnie. Chyba to tutaj taki standard.

Jedziemy tą śmieszną gondolą do miejsca nazywającego się Rond Point des Pistes. Cokolwiek to by nie znaczyło jest to miejsce gdzie zaczynają się normalne wyciągi. Na początek Signal (2115 m).

http://www.alpedhuez.com/en/winter/resort/resort-map.html 

http://www.sataski.com/en/winter/discover-the-domain/maps/

.

Signal, w dole pierwsze domy Alpe d’Huez

Fajna górka, taka akurat na dożynanie się do zamknięcia wyciągów, a szybko się orientujemy, że to właśnie przez Signal będziemy zawsze wracać do domu, gdyż jak w każdym francuskim ośrodku narciarskim można na nartach podjechać pod same drzwi apartamentu. Przez całe miasteczko biegną nartostrady, poprowadzone raz estakadami nad ulicami a raz tunelami pod nimi.

Potem przemieszczamy się do góry, wyciągami TRONCON, LIEVRE BLANC, MARMOTTES. Zwiedzamy najbliższą okolice. Wówczas nie było jeszcze kolejki MARMOTTES III. Szybko konstatujemy, że niedawno musiało spaść sporo śniegu bo tylko trasy w bezpośrednim pobliżu ośrodka są wyratrakowane, te dalsze wspaniale nieprzygotowane. Francuzi mają tak olbrzymie tereny dla narciarstwa, że nawet przy braku opadów ratrakują niektóre trasy nie częściej jak raz, albo góra dwa razy w tygodniu.

Ponieważ jesteśmy po śniadanku złożonym głównie z croissantów, postanawiamy coś zjeść. Znajdujemy knajpkę, gdzieś koło dolnych stacji wyciągów TRONCON i JEUX, czyli na Rond Point des Pistes. Kelnerzy, obrusy, jak to we Francji. Zamawiamy pizze, bo to najbardziej przewidywalna potrawa. Oczywiście kelnerzy mówią wyłącznie po Francusku, karty też są wyłącznie po Francusku. Oni tak tu mają. Ale pizza jest bardzo smaczna a i kieliszek czerwonego wina też nie najgorszy. Ceny zresztą chyba niższe jak w restauracji na Kasprowym…

We Francji, jak ktoś nie mówi po Francusku, musi się liczyć z bardzo niechętnym przyjęciem, nawet przez tych, którym się płaci, jak właśnie kelnerzy (którzy są często wręcz aroganccy), pracownice w biurze turystycznym, obsługa wyciągów, obsługa apartamentowców. Czasami mam wrażenie że najchętniej zabraliby nam pieniądze na rogatkach wsi i kazali zawracać z powrotem do domu, żeby się nie musieć męczyć z jakimiś tam turystami.

Po obiedzie zwiedzamy wschodnią część ośrodka. Czarna z Clocher de Macle (2800 m) – „combe charbonniere” – wspaniała, miękko, dużo świeżego śniegu. Potem przerzucamy się na Signal de L’Homme (2176 m ). Bardzo fajna górka.

Signal de L’Homme, te małe kropki -to my

Tu dopadło nas prawdziwe tchnienie pustki. Jak okiem sięgnąć w lewo i w prawo – szeroki, nieskończenie długi, pusty stok narciarski. Jadąc po czymś takim można wybaczyć francuskim kelnerom impertynencję. Zawsze śmieje się, że w Austrii stoki narciarskie są tak szerokie, jak długie są stoki w Polsce. Natomiast we Włoszech stoki są tak szerokie, jak długie te austriackie, a we Francji są tak szerokie jak długie te włoskie. Ale to prawda, wszędzie hektary stoków i śniegu.

Wracamy przez Signal do naszego apartamentu. Po drodze trzeba odebrać klucze w agencji, zapłacić kaucję i takie tam inne formalności. Jeszcze małe zakupy w sklepiku naprzeciwko, wino, bagietki, jakiś tutejszy serek.

widok z naszego okna

Nie jestem zwolennikiem win francuskich, może dlatego że w Polsce wina francuskie są szaleńczo drogie, albo odwrotnie, te w jakiejś rozsądnej cenie są bardzo kiepskiej jakości. Za należytej jakości wino francuskie w Polsce trzeba zapłacić dwa, trzy razy więcej niż za wyśmienite wino hiszpańskie czy tez chilijskie lub toskańskie. Inaczej we Francji. Można tu kupić bardzo poprawne wino już za mniej jak 10,- euro ( ale tylko poprawne ). Trzeba tylko zaczaić się w pobliżu regałów z winami i podglądnąć co kupują Francuzi.

.

Niedziela, 24 stycznia. Pchamy się na Pic Blanc (3330 m ). Chcemy skorzystać, że dalej jest piękna pogoda, bo prognozy są niepomyślne, ma zacząć sypać śnieg.

Trasy na wschód, „chateau noir”, „serenne”, to wielokilometrowe zjazdy po wspaniałym ramieniu biegnącym ze szczytu w dolinę. Widoki zapierające dech w piersiach. Na zrobienie pętelki potrzeba około dwóch godzin.

Ze szczytu Pic Blanc, poprzez śmieszny tunel można przedostać się na trasy „tunnel”, „breche”, a dalei „chamois”. Wspaniałe. Poprowadzone żlebami pod szczytem Pic Blanc. Ludzi tutaj jak na lekarstwo, raczej jeżdżą po niebieskich, poniżej dolnej stacji krzesła Lievre Blanc. Trasy z Clocher do Macle – „balcons” i „promontoire” strasznie zmuldzone, jak za dobrych czasów na Kasprowym. Musiało tu nie być żadnego ratraka od tygodnia albo i dłużej.

Pod koniec dnia zaczyna intensywnie sypać.

na łyżwach

Wieczorem dzieci postanawiają iść na lodowisko. Sypie coraz bardziej.

.

Poniedziałek, 25 stycznia. Pogoda fatalna, cały czas sypie. Poprzez Signal zjeżdżamy do Villard Reculas. Trasy przyjemne ale już dochodzące do granicy lasu więc takie spokojniejsze. Niżej trochę lepsza widoczność, więc zjeżdżamy do Oz En Oisans (1350 m ). Trasy raczej niebieskie, ale przy tej widoczności i tak ledwie się pleziemy…

Wracamy przez L’Alpette ( 2050 m ) i Dome des Pettites Rousses ( 2800 m ).

Pogoda coraz gorsza. Śnieg już nie pada, ale wali, tak że przybywa go w oczach.

Wieczorem idziemy na basen. Odkryty, z gorącą wodą. Szatnie i samo wyjście na basen dość siermiężne. W samym basenie na wykafelkowanych ściankach, tuż nad linią wody, pas ciemnego osadu, aż szorstki pod palcami… no cóż, to Francja. Wychodzimy zniesmaczeni.

.

Wtorek, 26 stycznia. Sypie dalej. Samochody znikły pod górami śniegu. Chodzą tylko te najniżej położone wyciągi. Choć z prognozy pogody wynika że koło południa ma wyjść słońce. Ciężko było jednak uwierzyć w te prognozy. Jeździmy na Signalu. Z nieba lecą gęsto duże płaty śniegu. Koło dziesiątej kobiety i dzieci odmawiają współpracy i wracają do domu. Pozostali sami mężczyźni. Przemieszczamy się czarną „la foret” w kierunku Villard Reculas.

24

To co zdarzyło się koło południa, można czasami oglądać na jakichś amerykańskich filmach. W ciągu kilku minut śnieg przestał padać, mgły się gdzieś rozpłynęły, jakby nigdy ich nie było, chmury pękły nad naszymi głowami i naszym oczom ukazały się skąpane w słońcu i zasypane nieskazitelnie gładkim śniegiem okoliczne żleby, lasy, doliny. Wszystko białe albo bielsze, skrzące się w słońcu iskierkami, tak że aż oczy bolały od tych rozbłysków.

Tylko tego nam było trzeba, wszystkie żleby i stoki prowadzące do Villard Reculas i Oz En Oisans tego popołudnia były nasze. Jeździliśmy zanurzeni w śniegu po pachy, po stokach bez ani jednego śladu nart czy deski. To jak jazda w chmurach, albo jakby pod śniegiem płynęły fale, gdyż przed każdym skrętem wynurzaliśmy się całkowicie ze śniegu a nawet wyskakiwaliśmy w powietrze, by po skręcie zapaść się powyżej pasa w nieważki puch. I tak raz za razem, całymi kilometrami. A miejsca tu nie brakowało. Taki świeży śnieg stawia jednak duży opór, więc ciągnęliśmy nawet po stromych stokach długimi skrętami, pohukując i nawołując się nawzajem, gdy zatrzymywaliśmy się dla nabrania tchu.

W takim momencie impertynenccy kelnerzy, naburmuszona obsługa wyciągów i jacyś krzykliwi portierzy w apartamentowcach, przestają być istotni i zostają tylko hektary pustych pól śnieżnych przed tobą i festony śniegu wyrzucane w powietrze za tobą… Takie rzeczy, to jednak tylko we Francji…

Ludzi zaczęło przybywać, raz za razem pojawiał się i znikał gdzieś z boku jakiś narciarz. Już i przed nami pojawiły się ślady nart.

Chcieliśmy się przemieścić gdzieś wyżej ale wszystkie wyciągi powyżej L’Alpette, Signala, Plat des Marmottes, były zamknięte.

Wracaliśmy do domu przez Signal, jakbyśmy wracali z innego świata, gdzie wszystko jest jedynie bielą a budynki i drzewa można rozpoznać jedynie po innym jej odcieniu.

.

Środa, 27 stycznia. Poranek wstał przepiękny, słońce, lekki mróz, wszędzie góry śniegu. Wyciągi na Pic Blanc, Clocher de Macle i w rejonie Signal de l’Homme czynne, więc jeździmy na „chateau noir”, „serenne”, „la balme” i „combe charbonniere”. Tu jeszcze nie dotarły ratraki, więc dalej jeździmy po świeżym, choć już mocno rozjeżdżonym śniegu. Pogoda znów zaczyna się psuć. Pojawiają się i znikają jakieś chmury czy mgły, tak że czasami jedziemy w pełnym słońcu a czasami nie widać nic na dwa metry. Przy którymś kolejnym zjeździe, gdzieś na „combe charbonniere” albo raczej już „companules”, w dość gęstej mgle, spotykamy trzy młode dziewczyny, które tak po prostu zaczynają wołać do nas o pomoc. Najpierw po Francusku a potem Angielsku, gdyż zapewne skonstatowały, że nie bardzo rozumiemy ich ojczysty język. Okazało się, że nie wiedzą gdzie są i pytają czy znamy drogę do wsi. Wydaje się nam, że znamy. Ale mgła zrobiła się wyjątkowo gęsta i naprawdę było ciężko. Pamiętałem że podczas poprzedniego zjazdu tą trasą, kiedy było jeszcze słońce, jechaliśmy opadającym w dół żebrem, tak że zarówno na lewo, jak i na prawo było zawsze niżej. Trzeba pamiętać, że to Francja, stoki są tak szerokie jak we Włoszech długie, tak że o jakichś tyczkach wyznaczających kierunek można było chwilowo zapomnieć. Tak więc starałem się jechać szerokimi łukami i jak tylko wyczuwałem że teren opada, skręcałem w przeciwną stronę. Panienki były cienkie, więc wolno nam to szło, no ale skoro obiecaliśmy im „ratunek” to musieliśmy dotrzymać słowa.

   

W końcu wynurzyliśmy się z tej gęstej chmury i przed nami ukazało się w oddali Alpe d”Huez i dolna stacja wyciągu MARMOTTES. Panienki były uratowane, za co dziękowały nam z całego serca… Szkoda że byliśmy z żonami…

.

Czwartek, 28 stycznia. Pogoda znów piękna, wybraliśmy się więc na zwiedzanie zachodniej części ośrodka, czyli na kierunek Montfrais. Trasy w tym rejonie raczej turystyczne. Chociaż czarna „la fare” albo pozatrasowa „roche melon” warte przejechania.

Wieczorem zabieramy się za odkopywanie aut, gdyż chcemy na następny dzień pojechać do Les 2 Alpes. Słabo nam to idzie. Śnieg jest puszysty, zmrożony i trudno go czymkolwiek nabrać. Używamy kartonów po bananach, znalezionych koło pobliskiego sklepu. Udaje mi się odkopać tył i lewy bok samochodu, tak że mogę wejść do środka i cofnąć do tyłu. Po samochodzie zostaje trójwymiarowy negatyw, który już dość szybko udaje się przekopać.

.

Piątek, 29 stycznia. Jedziemy do Les 2 Alpes.

http://www.skionline.pl/stacje/?co=stacje&miejscowosc_id=450

http://2alpes.com/

Już na zjeździe serpentynami z Huez, samochód Wojtka zaczyna dymić i Wojtek ma to samo co ja w Briancon. Też tankował u makaroniarzy z Verony. Na szczęście cały czas jest ostro w dół i dymiący silnik działa jak hamulec, tylko żeby policja go nie zatrzymała za zadymianie środowiska. Trochę to dziwne bo jest słoneczny piękny dzień z lekkim mrozikiem, no ale pewnie biedak przemarzł ( samochód, nie Wojtek, rzecz jasna), stojąc prawie tydzień bezczynnie.

Na głównej szosie D1091 jest stacja benzynowa. Wdrażamy standardową procedurę, dwa litry benzyny, odmrażacz i olej napędowy do pełna. Poskutkowało. Z lekkim opóźnieniem dojeżdżamy do 2 Alpes. Chcieliśmy podjechać pod gondolę DIABLE ale na parkingu praktycznie nie było miejsc, więc podjechaliśmy na duży parking pod gondolami JADRI 1 i JADRI EXPRESS.

.

.

Chcieliśmy pojeździć na Diable, ale JADRI EXPRESS zawiózł nas prawie na Glacier ( 3200 m ).

http://winter.les2alpes.com/pistes-map-2-alps.html

http://www.j2ski.com/ski_resorts/France/Les_Deux_Alpes_Piste_Map.html

Jak już znaleźliśmy się w tym miejscu, to wjechaliśmy podziemnym „kretem” na miejsce zwane Dome de Puy Salle, gdzie okazało się że przewóz narciarzy za ratrakiem na Dome de la Lauze (3568 m ) jest nieczynny, więc nie mogliśmy zwiedzić lodowca La Grave. Szkoda bo słyszałem wiele pozytywnych opinii o tym miejscu. Przewyższenie wynosi tutaj aż 2150 m ! Jest po czym pojeździć. Górna stacja orczyka Girose, znajduje się na wysokości 3600 m n.p.m. (to chyba najwyżej położone w Europie miejsce, gdzie wjeżdża się wyciągiem narciarskim i gdzie można na tych nartach jeździć), natomiast dolna stacja gondoli Meije, jest na wysokości 1500 m, jednak sam zjazd kończy się na wysokości 1450 m n.p.m. W każdym razie miejsce dla „dużych misiów”. Same pozatrasowe zjazdy. Przy La Grave, jakieś tam Verbier to kaszka z mleczkiem… Do tych terenów pod masywem La Meije, można też dostać się z miejscowości La Grave. Nazwa symptomatyczna, gdyż w języku angielskim nieodparcie kojarzy się z grobem. Jednakże nazwa pochodzi od francuskiej nazwy żwiru.

Patrz: http://www.la-grave.com/winter/index.php?rx=1.6 zwłaszcza ten filmik należy obejrzeć.

Oraz: http://www.ski2die.pl/

http://www.la-grave.com/images/visuelles/900ko.pdf

Trudno powiedzieć czy te żółte przerywane linie na powyższej mapce, to trasy dla takich „mniejszych misiów” jak my, czy wszystkie trasy tam wymagają specjalnych umiejętności. W każdym razie, opisy w internecie o stokach spod La Meije,  są raczej mrożące krew w żyłach…

Pewnie i tak byśmy tam nie pojeździli bo byliśmy z dziećmi i żonami… No, ale można by było choć popatrzeć z Col des Ruilans ( 3211 m )…

tak mogło być w La Grave

Pozjeżdżaliśmy więc w rejonie Glacier i powoli zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku Toura i Diable. Cały odcinek, od Dome de Puy Salle aż do Toura, to piękny, skąpany w słońcu, „łagodnie” ( różnica poziomów wynosi tutaj 800 m ! ) nachylony płaskowyż. No jednak łagodnie, bo trasy tu są raczej zielono-niebieskie, czasem wpadające w różowy. Ale przyjemnie.

Niżej z Tete Moute i Toura kilka czarnych naprawdę dobrych tras. W niższych partiach mało śniegu (!), w ogóle tu jakby nie padało.

Ośrodek zdecydowanie mniejszy niż Alpe d’Huez, a najlepsze trasy są położone tuż powyżej wsi, więc i śniegu mniej i ludzi na nich dużo, jakoś o glebę to mnie ten ośrodek nie rzucił.

Oczywiście warto tu przyjechać, tak na dwa, trzy dni. Na więcej to chyba nie, no chyba żeby pojeździć na La Grave… Tak, może kiedyś…

.

.

Kraków, czerwiec 2010




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.