Archive for the 'Uncategorized' Category

28
cze
14

-Podróż II, V, VII, X, L – Alpbach

 Podróż II, V, VII, X, L

Byliśmy w Alpbachu

.

Czwartek, 19 grudnia. Stało się! Po wielu, wielu latach postanowiliśmy pojechać znowu do Alpbachu w Austrii.

http://www.alpbachtal.at

Alpbach, był naszym pierwszym, alpejskim „kurortem” i jeździliśmy tam przez wiele, wiele kolejnych lat.

Po raz pierwszy byliśmy tam w połowie lat dziewięćdziesiątych (ubiegłego wieku, rzecz jasna), ostatni raz, z dziesięć, może jedenaście lat temu. Chociaż, jakieś dwa lata temu, w marcu, wracając z Hintertuxu, wpadłem tam na jeden dzień, a raczej na kilka godzin.

W tamtych czasach, miejsce to jawiło się nam jako najcudowniejsze miejsce na ziemi i byliśmy szczerze zachwyceni wszystkim tym, co wówczas tam doświadczaliśmy. Niewątpliwie, w porównaniu z naszą ówczesną, siermiężną rzeczywistością, było się czym zachwycać. Począwszy od przytulnych i wygodnych apartamentów, połączonych z niekłamaną gościnnością ich właścicieli, poprzez baseny z widokiem na zachodzące słońce, aż po dobrze przygotowane stoki i całkowity brak kolejek do wyciągów, które to kolejki były zmorą dla ówczesnych narciarzy w Polsce. Nawet koszmarnie uciążliwy dojazd, nie był w stanie nas zniechęcić do spędzenia tygodnia ferii zimowych w Alpbachu.

No właśnie, dojazd. Tak naprawdę jeździ się na nartach w Alpbachu (i Inneralpbachu), ale mieszka w Reith lub w Hygnie i to do tych miejscowości trzeba dojechać. Sam Alpbach jest małą miejscowością, usytuowaną na stromym zboczu, raczej z hotelami niż apartamentami. W okolicach Reith jest znacznie większy wybór miejsc noclegowych, a i ceny za apartamenty – znacznie niższe.

Centrum Reith. W dali widać stok narciarski w Reith.

Centrum Reith. W dali widać stok narciarski w Reith.

Między Bielskiem-Białą a Cieszynem, w zasadzie nie było wówczas drogi (najpierw była – wąska, kręta, z koleinami, po której bez końca, wolno ciągnęły ciężarówki, potem – przez wiele lat ją przebudowywano), jeździliśmy więc przez Mikołów i Żory (81), a potem lokalną drogą 938. Jak nad ranem, w sobotę spadł śnieg, to do granicy jechało się i ponad trzy godziny (z Krakowa). Potem, na samej granicy kolejka do kontroli, czasami pół godziny, czasami półtorej, albo i dwie. Czesi potrafią być upierdliwi, a w tamtych czasach wychodziło im to nadspodziewanie dobrze. Potem przejazd przez centrum Czeskiego Cieszyna, przez Frydek Mistek, cały czas z maksymalną prędkością 50 km/h. I polscy kierowcy i czescy policjanci lekko naciągali przepisy. Ci pierwsi w górę, ci drudzy w dół, tak że często zdarzały się „pokuty” i to niemałe.

Tak, że nic dziwnego, iż przeważnie wyjeżdżaliśmy w piątek po południu i zazwyczaj nocowaliśmy niedaleko Wiednia u Pani Raczew. 48.457665,16.399411

Pani Raczew i jej pensjonat, a raczej schronisko, to osobny temat. (+43 2263 6647, +43 222 312 2022) http://www.dasschnelle.at/index/siteentry/7002043337

Pani Ania jest Polką i wówczas prowadziła w budynku po starej szkole, schronisko, z piętrowymi łóżkami, łazienkami na korytarzu, wielką salą jadalną i stojącym w rogu fortepianem, ale też ze wspaniałą atmosferą i trudną do zapomnienia gościnnością, że o bardzo atrakcyjnych cenach (10,- do 15,- eur ze śniadaniem) nie wspomnę. Zazwyczaj przyjeżdżaliśmy koło północy, a mimo to Pani Ania czekała na każdego. Dzieci częstowała herbatą, a zmęczonych drogą kierowców, kieliszeczkiem czegoś na wzmocnienie. My, oczywiście odwdzięczaliśmy się jej, zakupionymi w strefie wolnocłowej trunkami, tak że zazwyczaj na drugi dzień nie udawało się nam nigdy wyjechać wcześniej, jak po dziewiątej. Sama strefa wolnocłowa, znajdująca się na granicy czesko-austriackiej, budziła również w nas zachwyt, graniczący nawet z uwielbieniem, gdyż wówczas ceny ekskluzywnych trunków i perfum wynosiły tu zazwyczaj trzecią część tego co w Polsce, pomijając fakt, że w Polsce nie zawsze można było kupić owe trunki.

Potem, jechało się przez uśpione austriackie wsie i miasteczka, aż do autostrady A1,

Dzisiaj, dojazd do Alpbachu (tak naprawdę, to do Reith) zajmuje około osiem, góra dziesięć godzin, jeśli doliczyć postoje na kawę i tankowanie paliwa. Jeździmy, jak zwykle ostatnio, na Gliwice (A4 i A1), potem na Brno, Krems, Salzburg, w sumie 900 km. Patrz: http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ i poniższa mapka. Oszczędnym, polecam stację benzynową w Oed ( 48.117138,14.731237 ), gdzie można zatankować paliwo w dużo niższej cenie, niż wzdłuż całej autostrady, a diesla to nawet w „polskiej” cenie. Jest tam też Kingburger z bardzo dobrymi kingburgerami, jeśli w ogóle hamburgery mogą być dobre.

.

Podczas naszego pierwszego przyjazdu, mieszkaliśmy u rodziny Astner’ów http://www.gasteighof.at/

Wysoko, wysoko, gdzieś już nawet za Hygną, w okolicach Kolber ( 47.392517,11.90788 ), wśród szumiących lasów, tuż pod samym niebem. Cisza. Zapach siana, drewna i mleka. Dom z bali drewnianych, czyściutko, rano świeże bułeczki, wspaniały bimber własnej produkcji, przemiła gospodyni. No, zostaliśmy powaleni na kolana. Trzeba pamiętać, że cały czas mówimy o połowie lat dziewięćdziesiątych. Dzisiaj, pewnie uważalibyśmy to wszystko za oczywistą, oczywistość.

 

W jednym z domów na Reither Almen

W jednym z domów na Reither Almen

Kolejnym razem poszliśmy na całość i wynajęliśmy wraz z przyjaciółmi, kilka domów w Reither Almen  (http://www.reither-almen.at/en) ( 47.411298,11.875027 ), na peryferiach Reith. Zespół kilkunastu, przepięknych, stylowych, oczywiście drewnianych domów, położonych na zboczu, pod lasem. Wewnątrz kominki, rustykalne meble, codziennie dostawa świeżych bułeczek. No, było pięknie. Markowi, to nawet dziewięć miesięcy później urodziła się córeczka… Chyba, jakoś tak…

Potem kilkakrotnie mieszkaliśmy u Ludwiga Margreiter’a w Hygnie. ( http://www.alpbach-apartments.at/ ) ( 47.402521,11.890272 ) Jakoś polubiliśmy tego Ludwika, miał (i chyba ma, do nadal) dobre ceny (6-ścio osobowy apartament wynajmowaliśmy wówczas, za równowartość 60,- eur, plus końcowe sprzątanie), łatwy dojazd, bułeczki, również doskonałe napitki i w końcu duży wybór samych apartamentów.

Tak więc i tym razem, zdecydowaliśmy się pojechać właśnie do niego. Przywiozłem mu zgrzewkę żywca, ale podobno przepada za żubrówką, przynajmniej tak twierdzi szwagier, który od lat też do niego jeździ. Oczywiście, już pierwszego dnia wypiliśmy kilka kieliszeczków znakomitego Enzianschnaps’a, potem było już tylko z górki… Naprawdę, było świetnie, a i pies czuł się tutaj bardzo dobrze.

.

Piątek, 20 grudnia. Jedziemy samochodem na darmowy parking w Inneralpbachu. ( 47.376667,11.959357 ) Jakoś zawsze wolałem jechać na ten parking, choć jest dalej do niego, niż na parking pod „starą” gondolkę. Ponadto, jeszcze ciągle jest bezpłatny. Na dodatek, wracając już z nartowania, można tutaj podjechać prawie pod samo auto i nie trzeba wykonywać kilkusetmetrowego spaceru z nartami w ręce.

Kupujemy karnety. Na trzy dni, niestety, tylko na trzy dni. http://www.alpbachtal.at/de/winter/skigebiet-alpbachtal/preise-skipaesse

.

widok na Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.) i tereny narciarskie Alpbachu

widok na Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.) i tereny narciarskie Alpbachu

Oczywiście, wiemy, że ten ośrodek nie jest specjalnie duży i wystarczy jeden, dwa dni, żeby go całego objechać. Obecnie i tak jest świetnie, bo jakieś dwa lata temu, połączyli tereny dostępne z Auffach, z tymi w Alpbachu i powstał „Skijuwel”… patrz mapka tras: http://skimap.skijuwel.com/

.

Wjeżdżamy na górę, wybudowaną kilka lat temu gondolką W12-W13, Poglbahn (dawniej były tu dwa, niemiłosiernie wolne krzesła). Jedzie ona, widoczną na środku powyższego zdjęcia przecinką, prawie na sam szczyt Gmahkopf (1900 m n.p.m.). Na górze nic się nie zmieniło. Pięknie.

Czerwona 44, gdzieś tam na samej górze widać dolną stację orczyka W8

Czerwona 44, gdzieś tam na samej górze widać dolną stację orczyka W8

Od razu pognaliśmy w dół, do Inneralpbachu, widoczną na prawo od gondoli, czerwoną 44 (Ast Abfahrt) i 47 (Inneralpbach). To kawał góry, przewyższenie wynosi tu prawie 900 m. To sporo, jak na dość mały i dość nisko położony ośrodek. Trasa ma wschodnią orientację i poprowadzona jest leśnymi przecinkami, wzdłuż linii spadku stoku. Najpierw nasłoneczniony górny odcinek (widoczny na powyższym zdjęciu), potem krótki trawers i znowu szeroki stok, tym razem już wśród drzew i znowu trawers i znów stok.  Świetna jazda. Twardo, dość stromo, tylko kilka osób na trasie.  Znowu do góry i powtarzamy. Kolejny raz do góry. Przemieszczamy się do najdalej położonego krzesła W5 (Hornbahn 2000).

Kamil poza trasą. To już archiwalne zdjęcie z 2003 r

Kamil poza trasą. To już archiwalne zdjęcie z 2003 r

Z tego krzesła poprowadzone są czarne i czerwone trasy. Nic specjalnego, ale w dobrych latach, kiedy to bywało dużo śniegu, jeździliśmy tam poza trasami, w dół, do okrężnej, widokowej 66 (Schiroute Baumgarten nach Inneralpbach). Fajna jazda, przez polanki, między niewielkimi świerkami, przez zapadliska wypełnione kilkoma metrami nieważkiego puchu. Fajna jazda, ale nie zawsze i nie dla wszystkich.

A to Maciek... Piękna była wówczas zima... Śniegu po uszy... (2003 r)

A to Maciek… Piękna była wówczas zima… Śniegu po uszy… (2003 r)

Właśnie tam, wiele, wiele lat temu, w taki słoneczny i mroźny dzień, jadąc do góry tymże wyciągiem i rozmawiając głośno z Maćkiem o tym i o owym, usłyszałem wołanie o pomoc. Jakiś młody głos krzyczał rozpaczliwie – „ratunku, ratunku”. I znowu – „ratunku, pomocy”. W pierwszej chwili sądziłem, że to nasze dzieci, jadące jedno krzesełko powyżej, tak wrzeszczą (głos wołał wszak po polsku), ale w tym głosie była taka autentyczna trwoga i rozpacz, że nie tyle same słowa, co ich intonacja zwróciły moją uwagę. Zacząłem się rozglądać i nagle zobaczyłem na zboczu jednego z niewielkich żlebów, tuż obok przesuwającego się krzesła, jak się potem okazało, jedenastoletniego chłopca. Był na desce. Trzymał się kurczowo krzaków. Pod nogami nie miał oparcia. Nie widział, co jest poniżej i zapewne bał się, że jak się puści to poleci gdzieś w dół, może z lawiną. Ja, patrząc z krzesełka, z góry, mogłem ocenić, iż daleko nie poleci, najwyżej wpadnie do niewielkiego strumienia znajdującego się pod nim. Niemniej jednak krzyknąłem – Nie ruszaj się, przyjedziemy po ciebie.

Był przerażony i należało do niego się dostać i pomóc mu.

Zanim dotarliśmy do miejsca wypadku, upłynęło trochę czasu (trudno było przecież skakać z krzesełka), tak że zdążył się tam zebrać spory tłum gapiów. Stało też tam dwóch, może trzech instruktorów z miejscowej szkoły narciarstwa, ale jakoś nikt nie kwapił się pojechać w dół, do owego chłopca. Krzyknąłem więc tylko do Maćka – Jedziemy! I pojechałem.

Musiałem objechać sporą bulę, po jej prawej stronie, by nieco niżej wtrawersować się w lewo, w zbocze, porośnięte młodymi krzakami. Śniegu było tam mnóstwo, tak że spociłem się niemiłosiernie. Jechałem zapadając się w śniegu po pachy. Przez chwilę myślałem, że to mnie ktoś będzie musiał ratować, bo utonę w tym śniegu. Na szczęście miałem wówczas, takie, trochę pozatrasowe Salomony X-SCREAM i jakoś dałem radę. Skonstatowałem, że nie ma Maćka. Pomyślałem, że utonął w tych śniegach. Trudno, podczas akcji ratunkowych, ofiary zdarzają się również wśród ratowników. Przy nieszczęśniku był już jakiś człowiek (a więc, znalazł się jednak ktoś, kto nie pozostał obojętny na wołanie). Ów ktoś, rozmawiał z chłopakiem po angielsku. Może Holender? Spytał, czy to mój syn. Odpowiedziałem, że nie, że jestem z Polski, usłyszałem wołanie po polsku, więc przyjechałem (czy przyjechałbym, słysząc wołanie po Niemiecku?). Pomogłem mu wyciągnąć delikwenta z potrzasku. Był przerażony (chłopiec oczywiście, nie Holender). Trząsł się cały, nie mógł utrzymać się na nogach, nie było mowy, żeby założył deskę i pojechał sam, ale ucieszył się na dźwięk polskiej mowy. Okazało się, że już wielokrotnie przejeżdżał podobnym żlebem, z czarnej (obecnie 54 – Horn), na czerwoną 53 (Horn). Tym razem pomylił sobie czarną z czerwoną i wylądował w krzakach. Pogadaliśmy chwilę, żeby się trochę uspokoił, że w końcu nic się przecież nie stało, że mój syn właśnie dwa dni wcześniej złamał rękę (w samej rzeczy, złamał wówczas rękę), że zaraz go zabierzemy w bezpieczne miejsce, itd. I faktycznie, z chłopcem na plecach, jego deską i plecakiem owego Holendra, pojechaliśmy w dół, przez polanki, między niewielkimi świerkami, przez zapadliska wypełnione kilkoma metrami nieważkiego puchu, aż do okrężnej, widokowej 66… Fajna jazda…

W pewnym momencie poczułem, że wypina mi się narta, ale udało mi się, jakimś cudem, wpiąć ją ponownie, nawet bez zatrzymywania się. Byłoby wstydu co niemiara, gdyby trzeba było ratować, ratującego. W tych śniegach, nie znalazłbym narty i przez rok.

 

To gdzieś w okolicy tego miejsca dojechaliśmy do nartostrady. Chyba... (2003 r)

To gdzieś w okolicy tego miejsca dojechaliśmy do nartostrady. Chyba… (2003 r)

Na nartostradzie, rozstaliśmy się z owym, domniemanym Holendrem, dziękując mu gorąco, w imieniu wszystkich polskich narciarzy (i deskarzy) za okazaną pomoc. Założyliśmy w końcu deskę i powoli, trzymając się za ręce, pojechaliśmy prawie płaską w tym miejscu nartostradą, w dół, ku dolnej stacji krzesła i nadchodzącemu z przeciwka, ojcu chłopca… Chyba, jednak obyło się bez lania. Przynajmniej, tak mi się wydaje.

 

Takie to miewaliśmy przygody. Znalazłem i teraz to miejsce, ale jakoś wypłaszczyło się, zmalało, aż dziw, że wówczas wydawało się takie groźne dla owego chłopca. Może przez te lata, woda naniosła kamienie i ziemię, do owego żlebiku, czyniąc go płytszym, łagodniejszym… Zmienił się też trochę układ nartostrad od tamtego czasu. Wówczas nie było 56-ki, przynajmniej oficjalnie. Taak, minęło sporo lat od tamtych wydarzeń, ów chłopiec ma dziś pewnie grubo ponad dwadzieścia lat…

 

Wieczorem – spacer z psem. Nad lasem, górującym na Hygną, widać jasną łunę. To światła reflektorów, oświetlających stok wzdłuż gondoli R1 – Reitherkogel. To niezły stok, tylko że położony na uboczu i przez to mało popularny w dzień. Albo trzeba jeździć na nim cały dzień, albo po dwóch, trzech godzinach przenieść się do Alpbachu. Ale wieczorem, jak ktoś ma jeszcze siłę, spokojnie może wybrać się na nocne jeżdżenie. http://www.alpbachtal.at/en/winter/skiing-alpbachtal/night-skiing

.

Sobota, 21 grudnia. Po przyjechaniu na ten sam parking, znowu wjeżdżamy gondolą W12 na górę, aby po zjechaniu w dół, wsiąść do gondoli J1-J2, jadącej w kierunku Auffach. Dolna stacja tej gondoli jest tak usytuowana, że trzeba by do niej podchodzić z parkingu, a tak to sobie podjedziemy do niej, jadąc z góry. Gondola ta łączy trasy narciarskie w Inneralpbachu, z tymi w kierunku Auffach. Poprzez stację pośrednią (ale nie trzeba na niej wysiadać), wjeżdżamy na szczyt Schatzberg (1903 m n.p.m.).

Schatzberghutte

Schatzberghutte

Te tereny, są dla nas całkowicie nieznane (tę gondolę wybudowano zaledwie dwa lata temu i za naszych poprzednich pobytów tutaj, jeszcze jej nie było). Zaczynamy więc od „głównej” kotlinki pomiędzy krzesłami S3 (Gipfelbahn) i S2 (Hahnkopfbahn). Przyjemnie.

Zjazd do pośredniej stacji gondoli J1-J2 (foto by PT)

Zjazd do pośredniej stacji gondoli J1-J2 (foto by PT)

W zasadzie, jest to jeden, szeroki stok narciarski i można jechać, jak się komu podoba. Ot, takie łączki, ale przyjemne. Pod samym szczytem, jest dość ładna knajpa, z kelnerkami ubranymi w ludowe stroje. Jedzenie poprawne, ale bez euforii. Trochę powyżej tej knajpy, stoi stary hotel, czy może raczej schronisko. Taki „niealpejski”. Ma płaski dach i w ogóle wygląda jak duża szopa. Hotel wygląda na nieczynny i trochę „straszy” swoim wyglądem. Ale właśnie przez takie niedopasowanie do otoczenia, tworzy jakiś, taki surrealistyczny obraz i bardzo przyciąga uwagę. Zjazd do pośredniej stacji gondoli J2, czerwoną 13-tką (Wurmeggabfahrt), bardzo dobry.

.

Z nartostrady rozpościera się piękny widok na trasy narciarskie w Alpbachu i górujący nad nimi szczyt, Wiedersberger Horn (2128 m n.p.m.). Sama nartostrada, poprowadzona jest wzdłuż linii spadku stoku i ma dobre nachylenie i w dodatku we właściwym kierunku, tak że słońce ją ładnie oświetla, i w ogóle jest taka – przyjemna.

widok na Wiedersberger Horn

widok na Wiedersberger Horn

Zjazd jest możliwy tylko do pośredniej stacji. Do Inneralpbachu trzeba zjechać gondolą. No, ale my nie mamy zamiaru na razie wracać. Po wjechaniu ponownie na górę, przenosimy się w kierunku Auffach.

Nartostrada 5 (Verbindung Talabfahrt)

Nartostrada 5 (Verbindung Talabfahrt)

Piękny zjazd nartostradą nr 5 (Verbindung Talabfahrt), a potem nr 2 (Schatzberg Abfart) do pośredniej stacji gondoli S1 (Schatzbergbahn). Tutaj znajduje się rozległa, pławiąca się w słońcu polana, idealna dla młodych matek z małymi dziećmi. Płasko, zacisznie, bezpiecznie. Nartostrada 1 (Talabfahrt) do samego Auffach też bardzo dobra, tylko że Auffach leży na wysokości 875 m n.p.m i śnieg na tej nartostradzie jest wyraźnie gorszej jakości, jeśli w ogóle jest ona otwarta. To trochę dziwne, gdyż nartostrada ta ma taką samą orientację, co czerwona 44 (Ast Abfahrt) i 47 (Inneralpbach) do Inneralpbachu. Inneralpbach leży na prawie tej samej wysokości co Auffach, a warunki śniegowe bywają na nich krańcowo różne. Może ci z Auffach mają gorsze armatki?

gdzieś na Gernalm, podczas zjazdu z Schatsberg'u

gdzieś na Gernalm, podczas zjazdu z Schatsberg’u

Niewielka kotlinka, obok orczyka S5 (Thalerkogllift), taka sobie. Przyjemna, ale jazdy tu nie ma.

Wracamy na „naszą” stronę.

Na Gmahkopf. Nad wsią chmury, a tu, u nas, sobota...

Na Gmahkopf. Nad wsią chmury, a tu, u nas, sobota…

Wjeżdżamy znowu na górę i powoli, już nigdzie się nie spiesząc, zjeżdżamy w dół, do parkingu. Jest grudzień, o czwartej po południu, w dolinach zapada już zmierzch, tylko na szczytach widać jeszcze odblaski zachodzącego słońca.

Dawniej, po nartach, zwykle jechaliśmy na basen w Alpbachu. Basen, był jak na tamte czasy, wypasiony. Choć niewielki. Miał wyspę ze sztuczną palmą, mały wodospad, jakieś bulgoty, były też i sauny, jednym słowem było nieźle. Niestety, basen od kilku lat jest zamknięty. Podobno, nie wytrzymał konkurencji z nowym, dużym aquaparkiem, wybudowanym gdzieś koło Woergl. http://www.woerglerwasserwelt.at/          A szkoda, bo przyjemnie było po nartach popływać i poleżeć na leżakach, patrząc przez wielkie, całościenne okna, jak ratraki przygotowują nartostrady na następny dzień. Do Woergl nie pojedziemy, bo zbyt daleko i w ogóle jestem bardzo zawiedziony takim obrotem spraw. Okazuje się, że i w Austrii mogą coś popsuć. Niemniej jednak, trzeba przyznać, że ten basen w Woergl jest znacznie większy i oferuje znacznie więcej atrakcji, niż stary basen w Alpbachu. Jest tam basen relaksacyjny ( z wodą o tem. 32o C), pływacki, dla dzieci. Ponadto wstęp na ten basen, dla posiadaczy karty gościa (z Apbachu, Reith, Hygny i innych okolicznych miejscowości), w dni powszednie, na dwie i pół godziny, jest darmowy.

.

Niedziela, 22 grudnia. Dzisiaj jeździmy trochę po tej, trochę po tamtej stronie. Zjeżdżamy też do pośredniej stacji „starej” gondoli (W1, W2- Wiedersbergerhorn ), najpierw kawałkiem czarnej 41 (Fis), a potem czerwoną 43 (Unterhausalm).

Bardzo dobra trasa. Poprowadzona wzdłuż linii spadku stoku, odpowiednio stroma. Taka w sam raz. Szkoda, że dolny odcinek tej czarnej 41-Fis jest zamknięty, ale on zawsze był zamknięty. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek udało mi się tą trasą pojechać. Koło pośredniej stacji jest knajpa. Kiedyś często tu zaglądaliśmy, teraz jednak nasze wymagania wzrosły i niestety, trzeba stwierdzić, że jedyną knajpą godną tak naprawdę polecenia tutaj, jest stojąca trochę na uboczu Boglalm Hutte. Knajpa znajduje się niedaleko pośredniej stacji gondoli W12-W13, Poglbahn. Można tu naprawdę smacznie zjeść i co najważniejsze, niezbyt drogo.

Hornbodenlift

Hornbodenlift

Na samej górze, wzdłuż małego orczyka W8 (Hornbodenlift), jest pławiąca się cały dzień w słońcu, dość płaska polanka, gdzie początkujący narciarze mogą doskonalić swoje umiejętności. Pomimo wysokości, jest na niej zacisznie i ciepło. To właśnie tutaj kilkuletnia Ala i Ola, jako początkujące narciarki, szlifowały swoje umiejętności i co najdziwniejsze, pomimo całkowitej (wówczas) nieznajomości języka niemieckiego, świetnie „dogadywały” się z obsługą, uśmiechając się, gdy pomagano im złapać orczyk i piorunując wzrokiem, gdy wyciągowy się zagapił. Trzeba przyznać, że i w tamtych latach i dzisiaj, obsługa wyciągów jest tutaj „pierwsza klasa” (czego nie można powiedzieć o obsłudze, np. we Francji), co ma duże znaczenie dla dzieci i początkujących dorosłych, gdyż i jedni i drudzy czują się pewniej i szybko oswajają się z techniczną infrastrukturą.

Stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift)

Stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift)

Zahaczamy też o stok wzdłuż krzesła W7 (Kohlgrubenlift). Dobry, północno-zachodni, nie za stromy, nie za płaski stoczek. Trochę krótki.

Po piętnastej wracamy do naszego apartamentu. Szybki prysznic, coś do jedzenia i w drogę, do Polski. Koło północy jesteśmy w domu.

.

.

.

Kraków, czerwiec 2014

.

Karolina F. (2003r)

Karolina F. (2003r)

.

Ala (2003r)

Ala (2003r)

.

Kasia K. (2003r)

Kasia K. (2003r)

.

Inneralpbach. Jakiś, taki brzydki, zimny. W Reith, jest przytulniej.

Inneralpbach. Jakiś, taki brzydki, zimny. W Reith, jest przytulniej.

.

polanka przy pośredniej stacji gondoli Schatzbergbahn

polanka przy pośredniej stacji gondoli Schatzbergbahn

.

trasy pod Schatzberg 1903 m n.p.m.

trasy pod Schatzberg 1903 m n.p.m.

.

27
lip
13

-Podróż XLIX Sella Ronda cz. IV – Val Gardena

Podróż XLIX

Byliśmy w Val Gardenie

.

Sobota, 16 marca. Po kilku burzliwych naradach u Janusza, postanowiliśmy pojechać tym razem do Ortisei, w dolinie Gardena. Podczas poprzednich wyjazdów, zapuszczaliśmy się co prawda, aż do Ortisei jadąc poprzez Secedę, ale nigdy nie mieliśmy okazji zwiedzić Alpe di Siusi (nie mylić z Alpe Lusia koło Passo San Pelegrino), a i Secedę i Monte Pana przejeżdżaliśmy w pośpiechu i tak raczej pobieżnie. Tak więc zakładamy, że tym razem te miejsca poznamy dokładnie. Byleby pogoda dopisała. Pogodę można sprawdzić tu: http://www.snow-forecast.com/resorts/Ortisei/6day/mid W zasadzie ma być słonecznie, tylko na poniedziałek zapowiadane są obfite opady śniegu.

Na miejsce jedziemy wielokrotnie opisywaną już trasą. Patrz poniższa mapa i dodatkowe informacje na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ Droga jest prosta i łatwa, tylko w końcowym odcinku, pomiędzy autostradą a Ortisei jest trochę serpentyn, ale jak na Dolomity, to właściwie trudno je nazwać serpentynami. Oczywiście tankujemy w Oed ( 48.11719,14.73235 ) (chociaż, odkąd mam nowy samochód, to raczej tankuje na OMV za Mikulovem), a później dolewamy do pełna tuż przed Brennerem (przejazd przez Brenner jest płatny, obecnie 8,50 eur), dzięki czemu we Włoszech w ogóle nie musimy tankować znacznie, znacznie droższego paliwa. Za autostradę po włoskiej stronie trzeba zapłacić 4,- euro.

Na miejsce dojechaliśmy po 18-tej. Mieszkamy pod samym lasem, w apartamentach Solaria. http://www.sal-solaria.it/ Na wybór miejsca miał wpływ, oczywiście fakt, że przyjechaliśmy oczywiście z psem i oczywiście bliskość lasu nie jest bez znaczenia. Ale i o samych apartamentach nie można powiedzieć nic złego, dobry stosunek ceny do jakości. Janusz ma nawet zimowy ogród z przeszklonymi całymi ścianami, skąd rozpościera się widok na Ortisei i całą Val Gardenę.

Apartamenty Solaria

Apartamenty Solaria

.

Widok na Ortisei z naszego apartamentu. W dali charakterystyczne szczyty Sassolungo

Widok na Ortisei z naszego apartamentu. W dali charakterystyczne szczyty Sassolungo

Więcej informacji o samej dolinie tu: http://www.valgardena.it/it/

i tu; http://www.dolomitisuperski.com/gardena/en-US/3440-Val_GardenaEN.html

i jeszcze tu; http://www.val-gardena.com/en/skiing-areas/page10.html

natomiast o możliwości wynajęcia apartamentów lub hoteli tu: http://www.val-gardena.net/apartments-ortisei.asp

i tu; http://www.valgardena-web.com/val_gardena/index.php?hotel-in-val-gardena-dolomites&info=hotel-val-gardena

Zobacz też (prezentowaną zresztą w pierwszej części opowiadania o Sellarodzie), mapkę większości wyciągów narciarskich i innych punktów orientacyjnych : https://maps.google.com/maps/ms?msid=213629008145642127077.0004d8dc24a3179b3c84f&msa=0

.

Niedziela, 17 marca. Ponieważ mieszkamy kilkaset metrów (pięć minut spacerem) od dolnej stacji kolejki terenowej na Resciese (jedne źródła podają Resciesa, inne Rasciesa) ( 46.57799,11.672228 ), postanowiliśmy przejść się dla rozgrzewki (większość w butach narciarskich).

Kupujemy karnety. http://www.dolomitisuperski.com/en-US/prezzi_skipassen.html

Korzystamy z oferty Dolomiti Super Sun, w której mamy 6-cio dniowe karnety, w cenie 5-cio dniowych. Zresztą za apartament, też płacimy mniej o jeden dzień.

Mapka 13. Seceda-Ciampinoi-Monte Pana-Alpe di Siusi

Mapka 13. Seceda-Ciampinoi-Monte Pana-Alpe di Siusi

Wsiadamy do kolejki. Piękna, przestronna, jedzie z zawrotną, jak na tego typu kolej prędkością. Dawniej w tym miejscu był wyciąg krzesełkowy. Ze szczytu Resciesy, do dolnej stacji tej kolejki nie ma nartostrady, a jedynie tor saneczkowy (który też, zresztą nie prowadzi do samej stacji, a bardziej w kierunku nartostrady z Secedy do Ortisei i kończy się w pobliżu restauracji Val d’Anna), tak że chcąc nie chcąc i tak musimy wrócić w inne miejsce. Zawsze chciałem przejechać z Monte Pana na Alpe di Siusi autobusem „terenowym”, jadącym przez góry i lasy, więc mimo oporów pozostałych uczestników wycieczki, zmierzamy w tak obranym kierunku. Pogoda, rano przepiękna, psuje się, więc może jest dobra okazja na taką właśnie podróż. Do Ortisei, wrócilibyśmy więc gondolą nr 1, której dolna stacja znajduje się po przeciwległej stronie wsi. Liczymy więc, że potem wrócimy do domu jakimś skibusem. Mam w kieszeni plan połączeń skibusowych. Z Resciesy zjeżdżamy więc do Furnes, przyjemną, poprowadzoną przez las nartostradą. Niestety, w ostatnim jej odcinku, tuż przed samym Furnes, musimy kawałek podejść pod górkę. To dość spory kawałek i dość stroma górka, tak że jeśli ktoś wybrałby się tutaj z małymi dziećmi, to musi się spodziewać, że się umęczą i upocą tym podejściem. Chyba nie warto. Wsiadamy do kolejki linowej jadącej na Secedę. Wagon jedzie na wyciągnięcie ręki od skalnych ścian.

W kolejce na Secedę

W kolejce na Secedę

Po wjechaniu na szczyt, postanawiamy wrócić się do Orisei i zjechać do dolnej stacji gondoli (nr 2). Trasę tą znamy doskonale, zjeżdżaliśmy nią już wielokrotnie, ale nigdy o tak wczesnej porze, liczymy więc na gładziutki śnieg. I faktycznie, pierwsza polana idealna, można pociągnąć.

gdzieś tam w górze, Seceda...

gdzieś tam w górze, Seceda…

Dalej trasa zwęża się, wchodzi pomiędzy pionowe ściany wąwozów, by pod koniec znowu wyprowadzić nas na szerokie polany. Tak, jak pisałem już wcześniej, bardzo malownicza trasa.

Po ponownym wjechaniu na szczyt, zjeżdżamy na drugą stronę do krzeseł 81 i 8.

widok z Secedy na Saslong,  Ciampinoi i Sassolungo

widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Z Secedy widać lekko zachmurzony Saslong, Ciampinoi, Sassolungo. Trasy z Secedy przygotowane perfekcyjnie, równo, gładko, nie za twardo, nie za miękko. Zjeżdżamy do podziemnego kreta, który kończy swój bieg w St. Cristinie. Musimy przejść kilkadziesiąt metrów przez duży plac (lub raczej parking), aby wsiąść do gondoli jadącej na Sochers. Na górnej stacji tej gondoli, na podwyższeniu stoi piękne Porsche, jako nagroda w konkursie pt. „kto więcej razy zjedzie Saslongiem”, albo jakimś podobnym. Dalej wyciągiem krzesełkowym na Ciampinoi. Oczywiście, moglibyśmy też przejść albo przejechać skibusem przez całą St. Cristinę, do dolnej stacji starego, wolnego krzesła nr 15, jadącego na Monte Pana. Będąc już na Ciampinoi, postanawiamy raz czy dwa zjechać Saslongiem. Najpierw czerwoną, potem czarną trasą. Czarna zdecydowanie lepsza. Potem z Ciampinoi, wzdłuż krzesła 22 na Plan de Gralba, do dolnej stacji dużej kolejki (44) jeżdżącej na Piz Sella. Na Monte Pana można dostać się tylko i wyłącznie z Piz Sella, no albo tym krzesłem z St. Cristiny. Wagonik wjeżdża do betonowej stacji na szczycie Piz Sella. Możemy skierować się do prawego wyjścia i zjechać kilkaset metrów czarną, bardzo wąską i zawsze niemiłosiernie zmuldzoną trasą (a i kamyczki się tu zdarzają), na małą przełączkę, do górnej stacji krzesła 21, a potem wzdłuż niego dojechać do Mont de Seura (2117 m), albo skierować się do lewego wyjścia i zjechać wzdłuż krzesła 52 do charakterystycznej restauracji, białej z niebieskimi okiennicami i całej popstrzonej czarnymi wypustkami (Rif. Comici) i dalej niebieską nartostradą (niezaznaczona na mapach, z wyjątkiem mojej, oczywiście), również na Mont de Seura. Oczywiście lewe i prawe wyjście łączy się ze sobą na zewnątrz, więc te wyjścia określam tylko dla ustalenia kierunku. Z mapek mogłoby wynikać, że krzesła 21 i 19 są blisko siebie i że można się przedostać z jednego na drugie. W rzeczywistości krzesło 19 jest za granią i jest dostępne tylko od strony Saslongu.

Widok z Mt. De Seura na Alpe di Siusi

Widok z Mt. De Seura na Alpe di Siusi

Z Mt. De Seura zjeżdżamy czerwoną (dla mnie niebieską), leniwie wijącą się wśród gęstego lasu nartostradą. Nartostrada jest do tego stopnia leniwa, że pod jej koniec trzeba się trochę poodpychać kijami. To już Monte Pana. Zjeżdżamy czarnymi i czerwonymi trasami wzdłuż wyciągu 23. Wisieliśmy na tym wyciągu kilka lat temu, chyba z godzinę, kiedy to się był, popsuł. Tu też takie rzeczy się zdarzają. Trasy krzyżują się i rozjeżdżają, ale wszystkie i tak prowadzą do dolnej stacji. Obracamy kilka razy w różnych wariantach. To kawał góry, trasy są szybkie i znakomicie przygotowane. Na stoku jeździ zaledwie kilka osób. Niestety okolice Mt. De Seura i Monte Pana to kulinarna pustynia, nie dostaniemy tu raczej nic dobrego do zjedzenia. A my jesteśmy już bardzo głodni, bo zrobiło się już grubo po trzynastej, tak że o mało co nie doszło do buntu, czy może raczej rejterady i zmiany planów, ale moja niezłomna postawa doprowadziła jednak do tego, że głodni, ale wsiadamy do autobusu jadącego do Saltria na Alpe di Siusi. Autobusy odjeżdżają mniej więcej co pół godziny, a koszt przejazdu to trzy euro.

droga z Monte Pana na Alpe di Siusi

droga z Monte Pana na Alpe di Siusi

Autobus jedzie ponad dwadzieścia minut, krętą, zaśnieżoną drogą leśną, wijąca się po górskich zboczach. Raz wjeżdżamy pod górę, raz stromo w dół, raz jedziemy przez leśne polanki, raz wzdłuż stromych urwisk. Jedziemy dość wolno, ale i tak uważam, że jazda dostarcza wrażeń. Zatrzymujemy się nieopodal wyciągu 65 (Florian) i 70 (Floralpina). Wsiadamy na krzesło Florian. Na górnej stacji tego krzesła (2100 m) jest wreszcie knajpa. Williamshutte. Raczej przeciętna i oczywiście nie najtańsza, ale jesteśmy już tak głodni, że jest nam wszystko jedno. Ale pesto, jakie podano, jest naprawdę świetne i nie jakieś znowu drogie, a domowe pierogi z serem i szpinakiem, to lokalny specjał. Jemy bez opamiętania, co odbije się nam w sposób dosłowny za jakieś pół godziny… Tymczasem zrobiła się już prawie trzecia i najwyższy czas przemieszczać się do Ortisei, bo przecież mamy przed sobą jeszcze sporo wyciągów, które w końcu przecież zamkną. Niemniej jednak, pozwalamy sobie jeszcze na zjazd wzdłuż wyciągu 71 (Goldknopf) i 70 (Floralpina). Trasy mocno zmuldzone, miękkie. Z górnej stacji krzesła 71 odbijamy na lewo ( i znów na większości map nie ma pokazanego tego przejazdu w sposób jasny i wyraźny), by czerwonymi trasami biegnącymi obok wyciągu 74 (Paradiso), dojechać do krótkiego krzesła 75 (Bamby) i dalej szerokimi, z początku płaskimi, potem nieco bardziej stromymi trasami, aż do krzesła 60 (Monte Piz-Icaro) i 67 (Leo Demetz). Niestety, mgła zaczęła robić się coraz gęstsza, widoczność pozostawiała wiele do życzenia, zaczął wiać silny wiatr, zrobiło się zimno (albo mnie zrobiło się zimno po ty obfitym obiadku), tak że trudno było określić kierunek, w którym powinniśmy się byli przemieszać. Kierowaliśmy się jedynie kierunkowskazami na Ortisei, ale one coraz częściej zaczęły wskazywać, zdawałoby się kierunek zgoła przeciwny, niż leży zbawienna gondola nr 1, zwożąca narciarzy do miasteczka. Na szczęście, tylko – zdawało się. Choć na górnej stacji krzesła 67 trochę nam miny zrzedły, gdyż drogowskaz z napisem „Ortisei” wyraźnie pokazywał kierunek przeciwny do spodziewanego. A wszystko dlatego, że nartostrady na mapkach są źle narysowane i wprowadzają narciarzy w błąd. Na mapce powyżej wiele błędów zostało skorygowanych, co powinno ułatwić czytelnikowi ewentualną orientację w terenie. W każdym razie nartostrada z tego krzesła faktycznie początkowo idzie na zachód, aby po zatoczeniu łuku, skręcić na spodziewany kierunek wschodni (na mapkach idzie od razu na wschód). Kiedy już wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu, Karolina, która jechała pierwsza i to znacznie wyprzedziwszy pozostałych, skręciła w prawo do dolnej stacji wyciągu 68 zamiast w lewo do wyciągu 69 (Mezdi). A czasu coraz mniej. Janusz i Piotrek pognali za nią, usłyszałem tylko w radiu „jedźcie dalej”, więc z pozostałymi kobietami pojechałem jednak do przodu.

Ala na trasie

Ala na trasie

Ala jeździ na desce i traciła sporo czasu na jej zakładanie po wjechaniu każdym wyciągiem, więc rozdzielenie się było rozsądne. Ponadto, gdyby faktycznie zamknęli im wyciągi, to może przyjechałbym po nich samochodem (obok wyciągu 60 były hotele, obok których stały samochody i to takie z napędem na jedną oś, więc pewnie by się dało). Wszystkie wyciągi tutaj są czynne do 17:00, gondola do miasteczka jeździ nawet dłużej (do 18:00), ale może się zdarzyć, że któryś z wyciągów „po drodze” będzie czynny tylko do 16:45 (a nawet do 16:30 – zwłaszcza w styczniu). W połowie krzesła 69 można wysiąść i zjechać do krzesła 59, które dojeżdża już do gondoli jadącej do Ortisei. Jednak jedziemy do samej góry, gdyż spodziewamy się, że będzie tam bezpośredni zjazd do gondoli. I faktycznie był. Praktycznie nie oznaczony w terenie i nie pokazany na mapkach, ale kierowali się tam prawie wszyscy, którzy wyjechali tym wyciągiem, więc i my też. Po kilkuset metrach jazdy przez las, wzdłuż żółtych tyczek, zobaczyliśmy stację gondoli. Zawiadomiliśmy przez radio grupę pościgową o tym skrócie i spokojnie wsiedliśmy do kolejki. Mając w kieszeni mapkę połączeń autobusowych w Ortisei, z której wynikało, że pod nasz dom jeździ linia 4+5 czyli żółta. (patrz połączenia autobusowe w dolinie: http://www.val-gardena.com/en/time-table/page16.html ) i ponieważ, tuż przed drzwiami dolnej stacji gondoli, zaczyna się wiadukt dla pieszych, prowadzący do centrum miasteczka, gdzie jak z mapki wynikało również, winien znajdować się odpowiedni przystanek tej linii, więc poszliśmy. Poszliśmy w butach narciarskich. Do przystanku jest jednak więcej, niż się spodziewaliśmy, ale jest. Niestety, odczytanie, o której godzinie powinien przyjechać odpowiedni skibus i po której stronie ulicy jest ten właściwy co do kierunku przystanek, przekraczało nasze możliwości intelektualne. Oczywiście o niczym to nie świadczy, ale wśród nas byli informatycy, studenci i absolwenci ekonomii, prawnicy, prezesi dużych fabryk, dyrektorzy tego i owego, że o autorze już nie wspomnę i nikt nie mógł się połapać. Jednakże mam nieodparte wrażenie, że połapywanie się w czymkolwiek, było raczej zbędne, gdyż wystarczyło wsiąść do pierwszego lepszego busa (bo te skibusy, to takie białe, niewielkie busy), pokazać na mapce gdzie się chce dojechać i z pewnością za te trzy albo siedem euro, dowieźli by nas szybko i sprawnie. I pewnie do końca nie miałoby znaczenia czy to skibus linii żółtej, czy niebieskiej. Bo taki skibus jest płatny ekstra. 3,- euro za dzień (a więc można za jedną opłatę pojechać rano w jedną stronę i wrócić po południu, a ponadto można się przesiadać z linii na linię) albo 7,- euro za cały tydzień. Chyba te koszty przelały czarę goryczy, więc poszliśmy do domu na piechotę. Był to bardzo zły pomysł. Droga dotychczas w miarę równa, od centrum wznosi się stromo pod górę. Moje paznokcie u nóg źle to zniosły. Chyba trzeba było iść w dopiętych butach.

.

Poniedziałek, 18 marca. Już dnia poprzedniego wieczorem zaczęło sypać i sypie dalej obfity, gęsty śnieg. Na szczęście chmury są wysoko i widoczność jest całkiem niezła. To znaczy, jest szansa, że nie porzygamy się natychmiast, tylko nieco później. Postanawiamy pojechać przez Secedę gdzieś na Saslong i tam coś poskręcać. Nie próbujemy już jednak korzystać z terenowej kolejki na Resciese, bo już mamy dość chodzenia w butach narciarskich, skibusów za trzy lub siedem euro i innych takich atrakcji. A sam zjazd do Furnes z uciążliwym podejściem, też nie jest aż tak atrakcyjny, żeby się męczyć. Więc chcemy zostawić samochód pod dolną stacją gondoli na Secedę, z butami do przebrania w środku, rzecz jasna. Pod stacją jest wygodny, kryty parking, niestety płatny. To tylko kilka euro (parkingi tutaj kosztują od 6,00 do 8,50 euro za cały dzień), ale zawsze. ( 46.576618,11.675098 ) Ponieważ Janusz ma bardzo szybki samochód znanej niemieckiej marki, z napędem tylko na jedną oś i to na dodatek tylną, więc nawet nie próbuje nim zjechać w dół do gondoli. Ja mam za to z napędem na obie osie, więc biorę wszystkie narty, buty, plecaki, kaski i owszem, próbuje zjechać. Włączam wszystkie napędy, jakie mogę włączyć (dużo tego nie ma) i samochód bardzo ładnie zjeżdża po kompletnie zasypanej i na dodatek bardzo stromej drodze. Pozostali schodzą sobie spacerkiem. To tylko jakieś dziesięć minut.

Zjazd wąwozami do Ortisei

Zjazd wąwozami do Ortisei

Trochę kręcimy się po Secedzie i z tej i z tamtej strony, trochę po Salongu, dotarliśmy nawet do Col Rodelli, gdzie w naszej ulubionej knajpce Friedrich August zjedliśmy małe cocnieco.

Friedrich August

Friedrich August

Ale najwięcej pojeździliśmy na krześle 19, trochę w bok od Saslongu, gdzie było mnóstwo gładkiego, nieprzejeżdżonego i mięciutkiego śniegu. A to ma ogromne znaczenie przy kiepskiej widoczności. Jeździliśmy tam chyba przez dwie albo i trzy godziny, będąc jedynymi klientami wyciągu.

Niektórzy stoją lub jeżdżą...

Niektórzy stoją lub jeżdżą…

Zapadaliśmy się powyżej kolan, by chwilę później wyskoczyć ponad śnieg, a chwilę potem znów zapaść się i tak raz za razem. Oczywiście nie obywało się bez „incydentów”, co chwilę komuś udawało się fiknąć jakiegoś koziołka. Jedni fikali małe, inni duże, wielofazowe, takie malownicze. www-IMG_0648

www-IMG_0650www-IMG_0651www-IMG_0652

Pomimo kiepskiej pogody, muszę przyznać, że bawiliśmy się w tym głębokim śniegu znakomicie. Kto by pomyślał, że tyle radości sprawi nam sypiący, gęsty śnieg i fikanie koziołków…

Wieczorem idziemy na spacer do centrum miasteczka.

http://www.valgardena.it/download/gardena/pdf/maps/piantina_ortisei2011.pdf Chcemy też kupić coś do zjedzenia. Ortisei, to naprawdę jedna z ładniejszych miejscowości narciarskich, jakie widziałem. A już po (a w zasadzie, podczas) obfitych opadach śniegu wyglądała naprawdę bajkowo.

Centrum Ortisei

Centrum Ortisei

W centrum miasteczka jest sporo sklepów z pamiątkami, z butami, z dziełami sztuki, oczywiście sportowych, a także z pięknie opakowanymi, niby lokalnymi przysmakami i alkoholami, w pięknych cenach, rzecz jasna. W zasadzie można się na te sklepy natknąć na każdym kroku, niemniej jednak, jak by ktoś miał problem z ich znalezieniem, jest strona: http://www.val-gardena.net/shopping_en.htm

.

Główny deptak w miasteczku

Główny deptak w miasteczku

Natomiast, zwyczajnych sklepów spożywczych nie znajdziemy już tak łatwo. Jeden w zasadzie tylko z jarzynami jest koło kościoła ( 46.575783,11.67163 ). Dwa supermarkety są przy głównej drodze, a raczej deptaku – Via Rezia, z czego jeden schowany w bocznym zaułku ( 46.572702,11.676423 ), drugi nieco dalej od centrum ( 46.571828,11.676986 ). W supermarketach ceny raczej zwyczajne, wybór dość duży. W restauracjach ceny też umiarkowane, w ogóle jakby Ortisei nie była miejscowością turystyczną.

Kościół w centrum Ortisei

Kościół w centrum Ortisei

Naprzeciwko malutkiego, starego, drewnianego kościołka i stojącego obok, nowego, murowanego (tego na powyższym zdjęciu), znajdujących się przy tejże, głównej ulicy Via Rezia, jest mała uliczka, na końcu której zaczynają się ruchome schody i ruchome chodniki prowadzące do dolnej stacji gondoli na Secedę. Ponieważ cała miejscowość leży na stromym stoku, takie schody to duże ułatwienie. Patrz mapa dojazdu do Ortisei.

.

Wtorek, 19 marca. Ranek wstał przepiękny. Słońce jak wymyte. Wszędzie dookoła zwały śniegu, temperatura raczej poniżej zera. No pięknie.

Słoneczny poranek w Ortisei.

Słoneczny poranek w Ortisei.

Postanawiamy w końcu dogłębnie zwiedzić Alpe di Siusi. (nie mylić z Alpe Lusia koło Moeny) http://www.dolomitisuperski.com/seiseralm http://www.alpedisiusi.info http://www.seiser-alm.it/ i jeszcze mapki 2D i 3D, jeśli komuś nie wystarczałby ta powyżej: http://www.dolomitisuperski.com/seiseralm/en-US/skimap-alpe-di-siusi-1845EN.html Jedziemy więc na parking pod dolną stacją gondoli nr 1 na Alpe di Siusi. ( 46.573012,11.670479 ) Tym razem i Janusz zdecydował się pojechać. Nie miał zresztą wyboru, albo samochód, albo skibus za trzy euro od osoby. Jeden parking jest pod stacją, ale jakiś niski, wjeżdżam więc na ten obok stacji. Obydwa płatne, coś po pięć albo sześć euro za cały dzień, rzecz jasna. Wjeżdżamy na górę. Tak, w piękny słoneczny dzień, wygląda to o wiele lepiej, niż dwa dni temu we mgle.

Alpe di Siusi. Widok z Monte Piz 2109 m n.p.m.

Alpe di Siusi. Widok z Monte Piz 2109 m n.p.m.

Po obfitych opadach śniegu, trasy są mięciutkie, choć nie można powiedzieć, wyratrakowane na sztruksik a przecież jeszcze w nocy padał gęsty śnieg. Wziąłem więc dzisiaj K2 RICTOR. Jedziemy za porządkiem, przejeżdżając po kolei wszystkie trasy, kierujemy się z wolna na zachód, do Compatsch (1980 m), gdzie jemy mały lunch, w wypasionej (w sensie wystroju) samoobsługowej knajpie. Nawet robią tam pizze z prawdziwego pieca, jednakże robią ją na zapas, więc można sobie kupić po kawałku tylko takiej wyleżanej, zmiękłej, gumiastej. Obejdzie się. Jemy więc tylko jakieś sałatki i zupki. Wszystkie trasy szerokie niezbyt strome, ale przyjemne. Ciepło, zacisznie. Takie miejsce dla karmiących matek.

Szałasy na Alpe di Siusi

Szałasy na Alpe di Siusi

Niewątpliwie idealne miejsce na rodzinny wyjazd z małymi dziećmi. Prawie z każdej góry jest poprowadzony sporej długości tor saneczkowy, co może być doskonałym urozmaiceniem, zwłaszcza właśnie dla dzieci. Również, ci co wędrują na piechotę albo na turach nudzić się tu nie będą. Ponadto, można powiedzieć, że jest to płaskowyż (bo raczej płaskowyż niż dolina) tysiąca szałasów. Wiele z nich można wynająć, nawet zimą. Niektóre są komfortowe inne bardziej siermiężne. Ale wszystkie są w górach, z dala od świateł miast, tak że może to być całkiem ciekawa alternatywa dla hoteli czy apartamentów. Np. taki: http://www.mooshuette.it/it/Default.asp fajny, nie? Więcej tego typu ofert na; http://www.alpe-di-siusi.info/alpe-di-siusi-mountain-inns.asp?m=1&s=36

To też szałasy, ze szczytami Sassolungo i Sasso Platto w tle.

To też szałasy, ze szczytami Sassolungo i Sasso Platto w tle.

Wszędzie większe i mniejsze knajpeczki i bary. W tych większych zjemy coś, w tych mniejszych raczej tylko wypijemy. Za to te mniejsze są bardziej kameralne, pijąc więc jakieś bombardino, możemy podziwiać przepiękne widoki, otaczających nas skalnych szczytów, lasów, dolin.

Mała, niezaznaczona na mapach, knajpka, gdzieś w połowie krzesła 64.

Mała, niezaznaczona na mapach, knajpka, gdzieś w połowie krzesła 64.

Przemieszczamy się w kierunku Saltria (1700 m). Chyba jednak najbardziej strome i najdłuższe stoki są wzdłuż krzeseł 65 (Florian), 70 (Floralpina) i 71 (Goldknopf). Zjeżdżamy z górnej stacji wyciągu 65, czerwoną trasą poprowadzoną wzdłuż toru saneczkowego. Jest raczej niebieska. Może dlatego oznaczono ja na czerwono, bo trzeba się mijać z saneczkarzami. Ale zaraz za pierwszym łukiem jest rif. Zallinger. Restauracja i mały, górski hotel zarazem. http://www.zallinger.com/landing/ Tuż obok stoi wśród białych pól śnieżnych, mały, biały kościółek. Bardzo malownicze miejsce.

mały kościółek obok rif. Zallinger

mały kościółek obok rif. Zallinger

Przed Saltrią, osiedle małych domków. Do tych na pewno da się nawet w zimie dojechać samochodem, więc mogą być interesujące dla tych, co jednak nie chcą zupełnie tracić kontaktu z cywilizacją, ale jednak chcą pomieszkać w górach.

Ortisei wieczorem. Gdzieś tam na horyzoncie Sassolungo i widać nawet kawałek Saslongu.

Ortisei wieczorem. Gdzieś tam na horyzoncie Sassolungo i widać nawet kawałek Saslongu.

Po południu cały śnieg stopniał albo został odgarnięty. Leżał już tylko na dachach domów lub na łąkach. Tak że Janusz, bez żadnego problemu mógł dojechać do domu.

.

Środa, 20 marca. Pogoda dalej przepiękna. Postanawiamy objechać całą Sellarondę dookoła, no może z dłuższym pobytem na Porta Vescovo i na dodatek w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara, czyli w kierunku zielonym. Jedziemy więc samochodami na parking na Plan de Gralba. ( 46.534023,11.77199 ) Zaraz za Selvą na drodze pojawia się gruba warstwa trochę rozjeżdżonego śniegu. Zatrzymujemy się, żeby Janusz założył łańcuchy. Proces zakładania jest żmudny i trwa około pół godziny. Założenie łańcuchów na przednie koła to pikuś w porównaniu z zakładaniem tychże, na koła tylne, zwłaszcza jeśli samochód jest nisko zawieszony i jest mało miejsca pomiędzy oponą a nadkolem. Powiem tylko tyle, że w pewnym momencie przyszedł nam do głowy pomysł, żeby podnieść samochód podnośnikiem używanym przy zmianie koła. Ja tam specjalnej różnicy nie czułem, jadąc po asfalcie i po zaśnieżonej drodze, ale Janusz twierdził potem, że bez łańcuchów nie dojechałby do parkingu.

Gruppo del Sella.

Gruppo del Sella.

Rozgrzani zakładaniem łańcuchów, wjeżdżamy funivą na Piz Sella (2248 m) i od razu zjeżdżamy w kierunku Piz Seteur. Zostajemy tu trochę by popajacować na szerokich i niezbyt stromych stokach wzdłuż krzeseł 51 i 53 oraz orczyka 50. Jest tam też duży funpark ze ślimakami i tunelami, skoczniami i pokręconymi torami, więc pajacowanie jest jak najbardziej słusznym określeniem.

Mapka 14 – sellaronda

Mapka 14 – sellaronda

Potem przemieszczamy się dalej w kierunku Col Rodelli. Przed Passo Sella mijamy malownicze kamienne miasto utworzone z setek wielkich, prostopadłościennych brył skalnych. Na samym passo straszy nieczynny o tej porze roku śmieszny wyciąg kubełkowy, jeżdżący tyko latem na Forcella Sassolungo pod schronisko Demetz. Jest tu sporo szlaków i ferrat dostępnych latem.

kamienne "miasto" przed Passo Sella

kamienne „miasto” przed Passo Sella

Zatrzymujemy się chwilę na Col Rodelli (2485 m). Jest tu sporo szerokich, świetnie przygotowanych i stromych stoków, ale ja jakoś nie do końca lubię to miejsce. Choć właśnie tu stoi moja ukochana knajpka Friedrich August. No cóż, życie pełne jest sprzeczności. Może to wszystko dlatego, że tu jakoś zawsze jest cień, wieje dość silny wiatr a dwa krzesła na Col Rodelle (151 i 152) są stare i wolne i zawsze mnie na nich wywieje. Po kilku rożnych zjazdach w okolicy Col Rodelli zjeżdżamy na Passo Lupo Bianco, czyli Przełęczy Białego Wilka. Tu jest znowu ciepło i słonecznie. Długą gondolą wjeżdżamy na Belveder. Duża zaklęsła misa z mnóstwem tras i wyciągów. W zasadzie Belveder (2377 m) to jeden ze szczytów, zamykających od południowego-wschodu ową kotlinę, ale ja nazywam tak cały ten obszar pomiędzy Pecolem (1926 m), Belvederem i Sasso Becce (2538 m). Znajdujemy nawet odcinek czarnej, nieprzygotowywanej trasy prowadzącej w kierunku Pecol’a . Stok jest południowy, no może południowo-zachodni, mordujemy się więc, jadąc po miękkim i mocno zmuldzonym stoku. Na dole jesteśmy solidnie spoceni, ale jakże dumni z siebie. Stoki są tu szerokie, nie za strome, kotlina jest przez cały dzień skąpana w słońcu. Pięknie, chociaż jak dla mnie jest za bardzo zindustrializowana, dużo tu ludzi, wyciągi krzyżują się w trzech poziomach, brakuje tu jakiejś, takiej podstawowej intymności. Chyba i inni też tak sądzą, bo dość szybko przenosimy się dalej, by prawie płaskimi nartostradami dojechać aż do Arabby.

Gdzieś, pomiędzy Passo Pordoi a Pont de Vauz. Widok na strome zbocza Sasso Cappello.

Gdzieś, pomiędzy Passo Pordoi a Pont de Vauz. Widok na strome zbocza Sasso Cappello.

Lubię ten odcinek. Pomimo że czasami trzeba się odepchnąć parę razy kijami, jest tu przyjemnie. Nartostrada najpierw poprowadzona jest małymi polankami, praktycznie wzdłuż drogi prowadzącej na Passo Pordoi, potem już za Pont de Vauz (gdzie trzeba zdjąć narty i przejść przez drogę) wchodzi pomiędzy wysokie sosny, w cień drzew, by znowu tuż przed dolnymi stacjami kolejek na Porta Vescovo (2500 m) wyprowadzić nas na zalane słońcem polany. Na Porta Vescovo jeździ kolejka linowa i duża gondola. Kolejka przewozi 700 osób na godzinę i jedzie na szczyt (a w zasadzie pod szczyt) w 5 minut. Gondola przewozi 3000 osób na godzinę, ale jedzie na górę aż 16 minut. Na początek wybieramy kolejkę. Faktycznie, jedzie znacznie szybciej, choć trzeba czekać na wagonik.

Marmolada widziana z tarasu restauracji na Porta Vescovo

Marmolada widziana z tarasu restauracji na Porta Vescovo

Z Porta Vescovo widać piętrzącą się na ponad trzy tysiące metrów Marmoladę. Piękna góra. Na grani widać słupy kolejki linowej. Szkoda, że chyba tym razem nie uda się na niej pojeździć, choć gdybyśmy się uparli, byłoby to do wykonania. Jest już po południu, więc większość tras jest dość mocno zmuldzona. Szkoda. Jednak trzeba tu przyjeżdżać wczesnym rankiem, wtedy trasy są gładziutkie i można pociągnąć. Chociaż ja lubię jeździć po muldach, stanowią niewątpliwie wyzwanie dla technicznych umiejętności jadącego po nich narciarza. Są muldy i muldy. Niekiedy są oblodzone i tych nie lubię, choć też muszę sobie z nimi radzić. Te tutaj są miękkie, dobrze ułożone, można powiedzieć – fajne muldy, tak że wystarczy dość znacznie obniżyć pozycję i balansując ciałem, wykorzystywać fakt, że za muldą narty są zupełnie odciążone i można łatwo wykonać skręt. W zasadzie jestem zwolennikiem stosowanie w takiej sytuacji tzw. Jet’u na muldach (ci, co robili kursy instruktorskie w latach 70-tych (ubiegłego wieku oczywiście), będą wiedzieli o co chodzi), choć mój pesel nie pozwala mi na zbyt długotrwałe wprowadzanie tej koncepcji w czyn i niestety, co kilkaset metrów muszę się zatrzymać dla załapania oddechu. Ale i tak lubię jeździć po muldach. Zawsze powtarzam – z muldami nie można walczyć, z muldami trzeba się zaprzyjaźnić, zaprzyjaźnić i wykorzystać je do własnych celów…

Fruppo del Sella widziana z Arabby

Gruppo del Sella widziana z Arabby

Jedziemy dalej. Gdzieś w okolicach rif. Burz wybucha panika wśród naszych dzieci (ha, dzieci!), które już nauczyły się trochę orientować na mapie. Ala lamentuje, że nie dojedziemy do samochodów, gdyż jesteśmy dokładnie po przekątnej Selli, a już dawno minęło południe. Tłumaczymy, że my razem z „wujkiem” Januszem zjedliśmy tu zęby i znamy każdy kamień. Dla uspokojenia nastrojów, robimy ostentacyjnie czarną trasę wzdłuż krzesła 05. Porażka. Na trasie same zamarznięte kalafiory. Poprzez Passo Compolongo i Corvarę dojeżdżamy do Colfosco. Lubimy to miejsce. Głęboka kotlina odchodzi w kierunku północnym od głównego kola Sellarondy. Czarna trasa z Col Pradat jest bardzo dobra. Stok jest tutaj szeroki, przy lewej stronie bardzo stromy, po prawej, czyli północnej stronie wręcz sielankowo łagodny. Jadąc bliżej lewej strony, trzeba się przykładać, nie można się obijać. Pomimo późnej pory, stok jest gładki i niezbyt twardy. Można pociągnąć szerokim carvingowym skrętem, wejść na krawędzie poczuć wibrację nart, tylko że wówczas nabiera się sporej prędkości. Obracamy na tej trasie kilka razy. Potem przemieszczamy się do drugiej odnogi dolinki i kilka razy zjeżdżamy wzdłuż krzesła 50. Też fajnie. Stok jest szybki z niewielkimi muldami. Fajna jazda, można na dużej prędkości przeskakiwać z muldki na muldkę.

Zieleń drzew kontrastuje z bielą śniegu

Zieleń drzew kontrastuje z bielą śniegu

Pomimo, że jest druga połowa marca, na dachach starych szałasów piętrzą się malowniczo całe góry śniegu. No ale trzeba się zbierać, gdyż musimy jednak zdążyć przed siedemnastą na gondolę z Selvy na Ciampinoi. Ta gondola jest dla nas „trzymająca”, potem z Ciaminoi możemy już zjechać na parking na Plan de Gralba. Oczywiście, najpierw musimy przejechać przez Passo Gardena, skąd roztacza się piękny widok na skąpane w popołudniowym słońcu Gruppo del Sella.

Widok z Passo Gardena na Gruppo del Sella

Widok z Passo Gardena na Gruppo del Sella

.

Czwartek, 21 marca. Po całym dniu spędzonym na nartach gdzieś w okolicach Colfosco, wracając przez Secedę do Ortisei, zatrzymaliśmy się w malowniczo położonej, tuż przy nartostradzie, knajpce Val d’Anna.

Val d'Anna

Val d’Anna

Zawsze mijaliśmy ją w pośpiechu, patrząc na ludzi wygrzewających się w marcowym słońcu na leżakach i fotelikach rozstawionych wokół restauracji. Powiem więcej, specjalnie przyjechaliśmy tutaj nieco wcześniej, aby trochę posiedzieć. Siedzimy tak więc, pijemy piwo, bombardini i inne takie tam, lokalne specjały, patrzymy na przejeżdżających w pospiechu narciarzy. Nigdzie nam się nie spieszy.

Kurnik przed restauracją Val d'Anna

Kurnik przed restauracją Val d’Anna

Patrzymy na kury siedzące na pobliskim kurniku i nigdzie się nam nie spieszy. Czasami dobrze jest tak usiąść sobie i nie spieszyć się. No, ale pies czeka w domu, trzeba go wziąć na spacer, kupić coś na kolację, więc mimo wszystko zbieramy się i zjeżdżamy do dolnej stacji gondoli w Ortisei, gdzie zostawiliśmy samochody. W miasteczku ani śladu nie zostało z całych gór śniegu, jakie leżały jeszcze dwa dni temu. Wszystko zostało wysprzątane, a reszta się stopiła.

Główny deptak w Ortisei -Via Rezia

Główny deptak w Ortisei -Via Rezia

W padającym śniegu miasteczko wyglądało bajkowo, ale i teraz jest malownicze. Robimy małą, zwyczajową rundkę, zahaczając po drodze o sklep. Jakieś prosciutto, jakieś winko, jakieś warzywa. Wracamy przez ruchome schody. Pies boi się stać na poroszających się schodach i chodnikach, więc i tak idę z nim po wykładanych gumą tradycyjnych stopniach.

Hotele w centrum Ortisei. Na grani widać reflektory zapalone na górnej stacji gondoli na Alpe di Siusi.

Hotele w centrum Ortisei. Na grani widać reflektory zapalone na górnej stacji gondoli na Alpe di Siusi.

.

.

.

Kraków, lipiec 2013

.

.

kolejka na Secedę

kolejka na Secedę

.

na Alpe di Siusi

na Alpe di Siusi

.

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi, w chmurach Sassolungo

www-IMG_1318

szałas na Alpe di Siusi

www-IMG_1327

Sassolungo, górujące nad Alpe di Siusi

.

droga terenowego autobusu z Monte Pana do Alpe di Siusi

droga terenowego autobusu z Monte Pana do Alpe di Siusi

.

Alpe di Siusi, wyciąg 61

Alpe di Siusi, wyciąg 61

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi

Alpe di Siusi, Saltria

Alpe di Siusi, Saltria

.

27
lip
13

-Podróż XLI Sella Ronda cz. III – Civetta

Podróż XLI

Byliśmy w Civettcie

.

Tak, było fajnie w Vigo di Fassa, czas na jakąś zmianę. Chcemy trochę więcej komfortu. Może jakiś pensjonat z wyżywieniem i sauną, a może i basen by się znalazł. Szukamy. Znaleźliśmy coś ciekawego w rejonie Passo Campolongo, pomiędzy Arabbą a Corvarą. Ceny dobre, koło 35,- euro (chyba zbyt dobre…) od osoby z wyżywieniem, za dzień. Jest też sauna. Ale w piątek zadzwoniła Ania, że są wolne miejsca w pensjonacie w St. Fosca. To rejon Civetta. Tam jeszcze nie byliśmy, trzeba spróbować. Mamy tam jechać z kilkorgiem znajomych.

Zobacz:   http://www.valfiorentina.it/     lub

http://www.dolomitisuperski.com/civetta/de-DE/skiurlaub-civetta-388DE.html

.

Czwartek, 15 marca. Zadzwonił Robert i oświadczył, że wyjeżdża w sobotę o szóstej rano. Ja trochę z przekory i wobec faktu, iż on tam jeszcze nie był, a ja już tyle razy, stwierdziłem, że ja wobec tego o siódmej. Potem pomyślałem, że trochę późno, zwłaszcza jeśli kolacja ma być o dziewiętnastej, ale cóż, słowo się rzekło…
.

Sobota, 17 marca. Zerknąłem jeszcze na prognozę pogody dla Civetty. http://www.snow-forecast.com/resorts/Civetta

W niedzielę ma być piękne słońce, ale pod wieczór ma się zachmurzyć i dość solidnie posypać. Dobre prognozy są na maksymalnie trzy dni, więc sprawdzam je w ostatniej chwili. Zbieramy się tak aby o tej siódmej ( siódmej, trochę późno…) już jechać. Mój samochód ma napęd 4×4, co w górach jest zbawienne, ale na autostradzie niestety gorzej mu idzie. Okazało się jednak że samochód naszych przyjaciół (też 4×4) zepsuł się i muszą jechać innym, ale nie mają do niego bagażnika na narty i przydałoby się, żebym to ja wziął również ich sprzęt narciarski. No pewnie, od czego są przyjaciele. Koniec, końców wyjechaliśmy grubo po ósmej. Razem. Fatum jakieś czy co? A kolacja o dziewiętnastej. Jechałem pierwszy, więc jakoś odruchowo pojechałem przez Graz, Villach, Spittal i dalej na kierunek Brunico, by jednak wcześniej skręcić do Cortiny d’Ampezzo na drogę 51 a potem na drogę 48 w kierunku na Passo Falzarego, by z tej drogi skręcić w lewo na drogę SP251 i przez Passo Giau dojechać do St. Fosca. Zobacz też dodatkowe informacje o kupowaniu winietek na Czechy i Austrię na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

.

.

Pozostali uczestnicy wycieczki nie byli tam jeszcze, a droga ta jest wyjątkowo malownicza, więc czemu im nie pokazać czegoś, co jest godne zobaczenia. Tylko że droga przez Passo Giau w ostatnim swym odcinku, składa się z niekończącej się liczby zakrętów, co nie każdy może znieść. Niedobrze robi się już od patrzenia na mapę. Po dojechaniu na miejsce, na kilka minut przed kolacją, Ela była w kolorze betonu i wyglądało, że i tak nie będzie miała ochoty na kolację. Coś za coś. Jechała za to piękną drogą…

Widok z hotelowego okna

Widok z hotelowego okna

W pensjonacie warunki raczej siermiężne, nie wyszło nam z tą odrobiną komfortu, że o luksusie już nie wspomnę. W każdym razie głodni nie chodzimy, pokoje są z łazienkami, woda w kranie gorąca, towarzystwo przemiłe, zima za oknem przepiękna. Ponadto, przyjechaliśmy tu w końcu na narty. http://www.agosti.it/ospita/SFosca.htm

Przy kolacji opowiadam, że co prawda następnego dnia będzie piękne słońce, ale po południu zachmurzy się i zdrowo sypnie i że będzie sypać cały poniedziałek i dopiero we wtorek pogada poprawi się… Niestety, spotyka mnie niedowierzanie. Ludzie odwracają się z niechęcią, co ten wariat plecie, przecież widać, jaki piękny jest wieczór…
.

Niedziela, 18 marca. Piękne słońce. Ciepło. Do wyciągu mamy kilkaset metrów, no ale trzeba podjechać samochodem. ( 46.436393,12.069851 )

Mt. Civetta

Mt. Civetta

Kupujemy karnety. Kasa jest w pobliżu wyciągu. Jak zwykle do wyboru są tańsze karnety, ważne tylko w rejonie Civetty lub trochę droższe, ale z opcją 4 dni w Civettcie + 2 dni w dowolnym miejscu Dolomitów lub na 6 dni w dowolnym miejscu Dolomitów, tzw. Dolomiti SuperSki. Z mapy wynika, że ta Civetta, to niezbyt rozległy rejon, więc decydujemy się na najbardziej wypasioną wersję. Będziemy jeździć też na Selli albo w Cortinie.

Patrz strona z mapami: http://www.dolomitisuperski.com/civetta/en-US/skimap-civetta-1912EN.html albo taka, gotowa;

Mapka 12 - Civetta

Mapka 12 – Civetta

Wjeżdżamy na Fernazze ( ledwie 2100 m n.p.m.) i w dół do pośredniej stacji. Widoki piękne. W koło widać pionowe ściany M. Pelemo (3168 m n.p.m.) i M. Civetta (3218 m n.p.m.). Śnieg książkowy, górka całkiem, całkiem, można poszaleć.

leniuchujemy

leniuchujemy

Mam nowiutkie Salomony Equipe sc. Świetna narta, aż trochę się boję przy wychodzeniu z łuku, tak oddają energię. Choć to banie się mija po kilku skrętach. Więc jeszcze raz i jeszcze. Aklimatyzujemy się. Siedzimy w knajpie, coś jemy, opalamy się i tak w ogóle to leniuchujemy. Parę osób tu już było, więc korzystamy z ich znajomości terenu i zwiedzamy. Do Alleghe nie można zjechać, braki śniegu na trasie. Przemieszczany się w kierunku Zoldo. Bardzo urokliwa okolica, ludzi niewiele. Już przy końcu rejonu Civetty, znajdujemy fajne trasy. Wzdłuż wyciągu 39, 35 i 37, czerwona, oświetlana trasa wzdłuż gondoli 31 też fajna, ale zrobiło się już ciepło, śnieg jest miękki i jest to rozgarnianie bryi.

Wieczorem zaczął padać śnieg. Przy kolacji najbliżej siedzący sąsiedzi z uznaniem komentują moją wczorajszą prognozę pogody. Słyszę, jak Robert z poważną miną mówi; “… tak, to Kaziu, meteorolog…” Zostałem Kaziem.

.

Poniedziałek, 19 marca. I kto powiedział, że trzeba jeździć na Selle na początku marca? Już któryś raz okazuje się, że po połowie marca są znaczne opady śniegu i robi się prawdziwa zima. Sypie jak diabli. Ktoś przy śniadaniu proponuje, żeby jechać do Zoldo, podobno to tylko kilka kilometrów. Jedziemy. Faktycznie, to tylko kilka kilometrów, ale w pionie. Miedzy St. Fosca i Zoldo jest przełęcz o wysokości ponad dwa tysiące metrów. Po pół godzinie jesteśmy w Zoldo. ( 46.391138,12.100257 )

Gdzieś na Selli...  foto by BG

Gdzieś na Selli… foto by BG

Zostawiamy samochody na parkingu przy gondoli 31. Powtarzamy te same trasy co w dniu poprzednim. Tu nie ma zbyt wielu alternatyw. Dodatkowo jeszcze czerwona, przy wyciągu 21, fajna. Sypie coraz bardziej. Koło czternastej, z uwagi na duże opady, wyłączają większość wyciągów! Wracamy do samochodów, które tymczasem zamieniły się w bałwany. Ponieważ jest jeszcze wcześnie, postanawiamy wpaść do sklepu sportowego. Są trzy. Jazda po wsi nie nastręcza problemów, pługi jeżdżą bez przerwy. Kobiety kupują kaski, rękawiczki… Koło siedemnastej postanawiamy wracać. Na pierwszym zakręcie za wsią, samochód naszych przyjaciół odmawia dalszej jazdy. Okazuje się, że pługi jeżdżą tylko do końca wsi i zawracają. No cóż, jest sporo śniegu, a to bardzo, bardzo szybki samochód. Nawet bardzo, bardzo, bardzo szybki i na dodatek z tylnym napędem. Oczywiście kolega wziął łańcuchy od tego, który się był, zepsuł, ale tamten ma zupełnie inne, mniejsze koła. Po półgodzinnych próbach nałożenia mniejszych łańcuchów na większe koła i dialogach (a właściwie monologach Roberta), jak z filmu „Psy 6″, wracamy do wsi, na parking. Śnieg sypie w tempie jednego centymetra na jedną minutę. Jedziemy moim samochodem na stację benzynową po łańcuchy. Ja w ogóle nie mam łańcuchów, ale mam 4×4. Jest stacja…

-Ich kaufen Schneeketten für das Rad 17x220R65 möchten
– ?
– für BMW
– ah jaa, für BMW! Ich haben Ketten für BMW, du sind schon der Vierte heute
für die Ketten für BMW…

Łańcuchy są, ładne, dwa razy tańsze jak w Polsce, a jakże. Grubo po osiemnastej łańcuchy są na kołach, ruszamy. A kolacja o dziewiętnastej. Po ponad półgodzinnej jeździe, tuż przed dziewiętnastą, jesteśmy w naszym pensjonacie. Uff. Podczas kolacji jestem zasypywany pytaniami: kiedy przestanie sypać, ile śniegu jeszcze spadnie… Odpowiadam, że jutro o ósmej już nie będzie padać, a słońce wyjdzie między trzynastą a czternastą…

.

Wtorek, 20 marca. Po siódmej śnieg przestał sypać. Sąsiedzi przy śniadaniu patrzą na mnie jak na szamana. Może boją się, żebym nie rzucił na nich uroku, czy co… A to, tylko technika – internet w telefonie komórkowym, połączenie kosztuje majątek, ale wrażenia, niezapomniane, za resztę można zapłacić kartą…

Cherz

Cherz

Jedziemy do Malgi Ciapelli, ale tam napadało tyle śniegu, że wyciągi nie działają. Więc do Arabby. Odwiedzamy stare kąty. Colfosco, Corvara. Koło czternastej wychodzi słońce…

widok z Sass Pordoi na szosę z Passo Pordoi i Belveder, foto by BG

widok z Sass Pordoi na szosę z Passo Pordoi i Belveder, foto by BG

Postanawiamy więc, w końcu wjechać na Sass Pordoi (2950 m n.p.m.) (powyżej widok z Saas Pordoi na rejon Belveder. Drogą, którą widać na zdjęciu, jechaliśmy kiedyś samochodami, jak zeszła lawina na Passo Fedaia). Narty bierzemy ze sobą, bo boimy się je zostawić na dolnej stacji bez opieki (teraz są już tam zamykane na kluczyk szafki), więc wygląda, że będziemy chcieli wracać na nartach. W kolejce, faktycznie jedzie paru gości z nartami i widać, że ci będą zjeżdżać na nartach. Mają dredy, wyglądają niechlujnie, patrzą flegmatycznie na skały pod kolejką…

karmimy ptaszyska, foto by WG

karmimy ptaszyska, foto by WG

Widok z góry jest niesamowity. Faceci z dredami pomknęli na dół. Śniegu mało, ciężko wywnioskować, którędy da się zjechać. My robimy zdjęcia, karmimy wielkie ptaszyska…

.

.

Kraków, lipiec 2013

23
lip
13

-Podróż XXXIII, XXXV Sella Ronda cz. II – Vigo di Fassa, Latemar, Passo San Pelegrino

Podróż  XXXIII, XXXV

Byliśmy w Vigo di Fassa i Pera di Fassa

.

Postanowiliśmy pojechać do Vigo di Fassa, aby pojeździć w rejonach niedostępnych z rejonu Corvary, czyli na Ciampedie, Passo San Pellegrino, Latemarze, Penii itd. Zobacz: http://www.fassa.com/ albo http://www.dolomitinetwork.com/

Ponieważ Vigo di Fassa leży po “drugiej” stronie Sella Rondy, pojechaliśmy, jak zwykle ostatnio: A4, potem A1 i już w Czechach D1, na Brno, a potem na Wiedeń ( więcej informacji o przejeździe przez A1, winietkach, stacjach benzynowych, na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ ). Jak zwykle też, zatrzymaliśmy się w Oed ( 48.11719,14.73235 ) aby zatankować tańsze paliwo, mam na myśli, rzecz jasna olej napędowy, benzynę należy tankować raczej  jeszcze w Czechach. Potem przez Brenner i na wysokości Bolzano na drogę S241. Pierwsze kilometry tej drogi, utwierdziły nas w przekonaniu, że to właśnie tu kręcono Władcę Pierścieni, a nie jak podawano, gdzieś na antypodach. Droga posadowiona na słupach, wije się serpentynami, pomiędzy pionowymi ścianami skalnego wąwozu, pod drogą huczy potok, a że jest wczesna wiosna i w górach topnieją śniegi, potok niesie ogromne masy wód, które na zakolach wytryskują na skalne ściany, drogę i jadące samochody. Widoki zapierające dech w piersiach.

Raz mieszkaliśmy w Vigo, a raz obok, w Pera. W Pera polecam http://www.residenceholiday.net/ Niedrogi, ładny, dobrze położony, blisko głównej drogi, ale cicho, jest sauna i małe bulgoty, do wyciągu na Ciampedie jakieś 50 m, przed domem duży parking, co we Włoszech nie zawsze jest takie oczywiste. Powyższa mapa pokazuje drogę właśnie to tego apartamentu.

Nie polecam natomiast http://www.laroggia.com/en/index.htm Nietanio, przy samej głównej drodze, tak że ciężko zasnąć przy otwartym oknie, łazienki jak w hotelach Formuła1, kłopoty z ciepłą wodą, kłopoty z ogrzewaniem, kłopoty z internetem, ciasne pokoje, za kiepską pościel trzeba dopłacać. Tyle że też blisko do wyciągu i jest parking.

.

Niedziela, 30 stycznia. Jedziemy na Latemar.

http://www.obereggen.com  

http://www.visitfiemme.it

http://www.dolomitisuperski.com/obereggen/en-US/4312-ObereggenEN.html

Z Vigo czy Pery najlepiej jechać do Predazzo, to zaledwie 16 km i 20 min jazdy

( 46.327891,11.600511 ).

Łatwo tam trafić, gdyż już z daleka widać skocznie narciarskie. Nie są one, co prawda, tak okazałe, jak nasza Wielka Krokiew w Zakopanem, ale są niemniej słynne i na tyle duże, że nie można ich przegapić.

Dolna stacja gondoli na Alpine Coaster znajduje się pomiędzy skoczniami i dużym parkingiem. Trzeba pamiętać, że wzdłuż tej gondoli nie ma nartostrady i musimy tą gondolą wrócić. W czasie naszego pobytu, gondola kursowała do 17:15.

mapka 8 Latemar

mapka 8 Latemar

Pogoda przepiękna. Słońce, lekki mrozik. Z górnej stacji gondoli niewiele widać. Wjeżdżamy więc kolejnym krzesłem na Passo Feudo. Na zachodzie jakieś pasma chmur, ale nad nami świeci piękne słońce. Na północnym-wschodzie szczyty Gruppo dell Latemar, wzdłuż którego wybudowano większość wyciągów pomiędzy Pampeago a Obereggen. Powyżej, mapka tras narciarskich, jakiej (śmiem twierdzić) nie znajdziecie w internecie, a nawet nie dostaniecie, będąc już na miejscu, gdyż jest to tzw. graniówka z numerami zarówno wyciągów, jak i nartostrad. Sam ją robiłem.

Gdzieś na Latemarze

Gdzieś na Latemarze

Dla rozgrzewki z powrotem do gondoli, czerwoną 35. Pięknie. Szybka trasa.

Potem przemieszczamy się dalej, do dolinek o pięknych nazwach Angello i Caserina.

Bardzo fajne miejsce. Same czerwone trasy wzdłuż krzeseł 15 i 16, krzyżują się i rozchodzą, tworząc jeden wielki stok, po którym można jeździć jak kto chce. Niestety trasy mają orientację na północ, więc panuje tutaj dość głęboki cień.

Pala di Santa, 2500 m n.p.m.

Pala di Santa, 2500 m n.p.m.

Bardzo dobry zjazd jest z Pala di Santa. Trasa 20a wzdłuż orczyka 18, bardzo przyjemna a zjazd czarną trasą 20 wzdłuż krzesła 27 to prawdziwe wyzwanie. W trudnych warunkach śniegowych, raczej tylko dla dobrych narciarzy, gdyż nachylenie stoku jest bardzo duże, wręcz ekstremalne, no może przesadzam…

przytulna knajpka

przytulna knajpka

Na szczęście jest objazd nibyczarną trasą 21, więc jak nawet niewprawny narciarz się tu zapędzi, to jakoś przeżyje. Taki zjazd od górnej stacji orczyka 18, trasami 20a, 20, 20b, 9 i 7, poprowadzonymi najpierw odsłoniętym stokiem, a następnie wśród gęstego lasu, nad małymi stawami, czy też zbiornikami wody do naśnieżania, aż do dolnej stacji krzesła 21, to piękna, wielokilometrowa przejażdżka, o przewyższeniu 690 m. To już coś. W samym Obereggen, też jest gdzie pojeździć. Trasy 2, 2a i 2b są o północno-zachodniej orientacji, więc cały dzień w słońcu. Bardzo przyjemna, choć w cieniu, trasa 3 wzdłuż gondoli 22.

Co kawałek są przyjemne knajpki, jednakże czuje się tu pewną „prowincjonalność” – wybór potraw jest mniejszy niż w centrum Selli, knajpki też mniejsze, słońce świeci tu jakby leniwiej, ale przyjemnie.

Z górnej stacji gondoli 22 do centrum Obereggen, poprowadzony jest wspaniały tor saneczkowy.

tor saneczkowy w Obereggen

tor saneczkowy w Obereggen

Tor jest oświetlony i można tam jeździć zarówno w dzień, jak i wieczorami. Fajne urozmaicenie i uzupełnienie nart. Zwłaszcza, jak ktoś mieszka w pobliżu i może pojeździć właśnie wieczorem.

Na koniec dnia zjeżdżamy niebieską, widokową 27, do dolnej stacji powrotnego krzesła 32 i potem do transportowej gondoli ( 30 ), czarną 38-mką. Kawał góry. Pusto.

Bardzo przyjemne miejsce ten Latemar, warto tu przyjechać na jeden dzień. A może nawet na dwa, albo i trzy.

W drodze powrotnej warto przed Moeną, jeszcze przed tunelami, na rondzie zjechać pierwszym zjazdem w prawo, tak aby pod wiaduktem przejechać na lewo od drogi, gdzie jest EUROSPIN ( N 46.36944° E 11.65083° ) – dyskont spożywczy, w którym Brunello di Montalcino, ze znakomitego 2004 roku, można było kupić za 14,99 euro (fakt, że nie Reserva, ale mimo to wyborne, warte tych pieniędzy) a Proseco za 2,49 euro, Grappę Chardonnay 0,7 l za 5,70 euro. Cóż więcej można dodać… A, może jeszcze, że kawę ziarnistą o nieznanej nazwie za 3,99 euro za 1 kg. W pobliżu sklepu jest stacja benzynowa ESSO, z najtańszym w okolicy paliwem… Tylko, że tak naprawdę lepiej tam jechać w dzień powszedni, bo w niedzielę to ten Eurospin jest dość krótko otwarty.

.

Poniedziałek, 14 marca. Znowu marzec. Jak dobrze, nie ma to jak Sella w marcu.

Rano pod samochodem zauważyłem czerwoną plamę. Czerwony to wspomaganie kierownicy. Powinno “dotrzymać” do powrotu do Polski, tylko muszę kupić flaszkę takiego płynu. Obok był warsztat samochodowy. Podjechałem. Właściciel spytał: naprawić czy dolać? Odpowiedziałem; dolać.

http://www.dolomitisuperski.com/valfassa/en-US/3658-Val_di_FassaEN.html

Jeździmy na Ciampedie.  ( 46.421233,11.671788 ) Czarna trasa wzdłuż krzesła 223 z Pramartia, niczego sobie. Czerwona też niezła. Twarda, szybka. Większość tras tutaj, leży w sosnowym lesie, jest zacisznie, ciepło, jak to we Włoszech w marcu.

mapka 9 Vigo di Fassa

mapka 9 Vigo di Fassa

Po kilku zjazdach, przemieszczamy się w kierunku Rualp, spokojną, leniwie wijącą się nartostradą wzdłuż wyciągów 218 i 217. Wsiadamy do skibusa, który zawozi nas do dolnej stacji gondoli na Buffaure. Stąd kolejnym krzesłem 206 wjeżdżamy na 2354 m n.p.m, by znowu kolejnym długim krzesłem wjechać na przełęcz Sella Brunech (2428 m n.p.m.). To już w zasadzie Ciampac.

Gdzieś pod Ciapakiem

Gdzieś pod Ciapakiem

Zjeżdżamy czerwoną, wzdłuż krzesła 132 i dalej czarną aż do Penii. Ta czarna trasa, wzdłuż kolejki linowej, to naprawdę kawał góry. Twardo, miejscami bardzo twardo, szybka trasa, tylko dość dużo ludzi. Słabo sobie dają rade na tej szybkiej, zlodzonej trasce. Jest tutaj raczej wąsko i trzeba uważać.

Małe “conieco” w knajpce na Ciampac-u i w drogę powrotną. Zjeżdżamy z Buffaure w dół, do Pozza di Fassa czerwoną, a w końcówce niebieską nartostradą. Właściwie to ona cała jest niebieska, wije się wśród lasów i jazda nią w ciepłe marcowe popołudnie, to naprawdę duża przyjemność. Jest czas, żeby powdychać pachnące żywicą i sosnowym igliwiem powietrze, porozglądać się, nacieszyć oczy słońcem, śniegiem i zielonymi drzewami. Potem znowu transport do dolnej stacji krzesła 217, tym razem jest to jakiś traktor z doczepionymi wagonikami i wszystko stylizowane na pociąg. Znowu jesteśmy na Ciampedie. Do zamknięcia wyciągów, czarna i czerwona z Pramartia. Potem czerwoną w dół do dolnej stacji funiwy, gdzie czeka samochód. Chyba trzyma to wspomaganie, bo jakoś żadnych wycieków nie widać.

.

Wtorek, 15 marca. Pod samochodem wielka kałuża. Dolewam resztkę płynu, jaki miałem w butelce i pokornie udaje się do warsztatu obok. Tym razem mówię “naprawić”, niestety samochód będzie gotowy na popołudnie. Więc, gdy wszyscy wybierają się zwiedzać Predazzo (na szczęście w Predazzo i na Latemarze byliśmy też innym razem, co opisałem powyżej) my dalej ćwiczymy czarną na Ciampedie, bo to „za rogiem” i można obyć się bez auta. Wieczorem odbieram samochód. Zrobiony. Trzeba było wymienić gumowy przewód, wężyk wygląda jak przecięty szlifierką kątową. Mam wrażenie, że przy ostatnim przeglądzie w Krakowie, ktoś uszkodził ten przewód, nie będę tu podawał, który to był serwis, trzeba być litościwym, ale winowajca zapewne przeczyta ten tekst wcześniej czy później, też zdarza mu się jeździć na nartach. Ale jak sobie przypomnę, jakimi serpentynami jechałem w sobotę, po ciemku, z dziećmi, jak by wtedy ten wąż strzelił…

Dla poprawy nastrojów, wieczorem jedziemy do Pozza di Fassa, bo tam jest oświetlona trasa wzdłuż krzesła 205. Trasa jest dobrze oświetlona, podczas naszego pobytu była twarda i szybka, a jak wiadomo, w nocy jeździ się znacznie szybciej niż za dnia, więc jeździliśmy tak szybko, że chyba szybciej już nie można było.

.

Środa, 16 marca. Po gruntownym poznaniu Ciampedie, bardzo ucieszył nas wyjazd na Passo San Pellegrino. ( 46.377535,11.802084 )

Zobacz http://www.dolomitisuperski.com/trevalli/home.athx?ccode=it-IT

albo: http://www.visittrentino.it/pl/vacanze_a_tema/neve/ski_area/dett/ski-area-passo-san-pellegrino-falcade

Trzeba było pojechać do Moeny i tam, za pierwszym tunelem skręcić w lewo, to znaczy na rondzie w prawo i kluczką na lewo do góry, najlepiej patrzeć na znaki. Co kawałek jest drogowskaz. Dawniej nie było tunelu i trzeba było jechać przez centrum Moeny. Po drodze minęliśmy dolną stację gondoli na Alpe Lusia, ale my chcemy na passo.

mapka 10 - Passo San Pellegrino

mapka 10 – Passo San Pellegrino

Passo San Pellegrino leży na wysokości 1918 m n.p.m. Jest tu ciepło, wręcz gorąco. Wjeżdżamy funiwą na Col Margherita ( 2530 m) i póki jeszcze jest w miarę twardo, dajemy parę razy w dół. To chyba najlepsza trasa w tym rejonie. Jest nawet kawałek czarnej i to naprawdę jest czarna. Równo, dość twardo, no świetnie.

Na dolnej stacji kolejki na Col Margherite

Na dolnej stacji kolejki na Col Margherite

Trasy na lewo od drogi, na kierunek Uomo, są niby czerwone, ale tak naprawdę niebieskie i zielone, ponadto leżą na południowych stokach, więc jest tam koszmarnie miękko. Choć, trzeba przyznać, że jak byłem tu innym razem w styczniu, to trasy były twarde, choć znów trochę może zbyt twarde.

Tak naprawdę to wyśmienite rejony dla młodych matek z dziećmi. Ciepło, łagodnie, bezpiecznie.

Znowu wjeżdżamy na Col Margherite i zjeżdżamy aż do Falcade.

widok z Passo Valles na Mt. Civetta

widok z Passo Valles na Mt. Civetta

Wspaniały, wielokilometrowy zjazd łagodnymi nartostradami przez sosnowe lasy. Ach te zapachy! Niestety, czasami trzeba się odpychać kijami. To dlatego, że Janusz, który prowadził, coś sobie pomylił i wybrał okrężną niebieską. Miejscami brakuje śniegu, trzeba przejść parę metrów. No cóż, zwiedzamy. Siedzimy w knajpce i zarazem hotelu na Passo Valles. Zobacz  http://www.passovalles.com/  Dobre jedzonko, miła atmosfera i widok jak na zdjęciu powyżej. To Civetta, a te trasy widoczne w lewym, dolnym rogu to zjazd do Alleghe.

Dawniej było tu więcej tras i był jeszcze jeden orczyk z parkingu pod hotelem Sussy, do górnej stacji krzesła 407, no ale zlikwidowali… Wracamy na M. Pradazzo. I znów w dół, tym razem czerwonymi i czarnymi (no może nawet mogą uchodzić za czarne), do Falcade. Trasy z widokiem na pionowe ściany, chyba Gruppo Delle Pale. Widoki fantastyczne, zapachy też i to wszystko, jazdy raczej nie ma. Chyba jednak ten zjazd niebieskimi trasami przez Passo Valles przyjemniejszy, taki niespieszny… Następnym razem, jeśli tu znów przyjedziemy, to skupimy się na zjeździe z Col Margherity i do Falcade, reszta to badziewie.

Niestety, rejon San Pellegrino nie ma połączenia z Alpe Lusia i jeśli chce się tam pojeździć, to trzeba w Ronchi wsiąść do gondoli, a potem na Valbonie (1820 m) przesiąść się do kolejki linowej na Piavac (2272 m n.p.m.). Warto zjechać ponownie do Ronchi. Trasa czerwona, a potem czarna, no może ciemnoczerwona, ale fajna. Natomiast trasy na kierunek Bellamonte są bardzo niebieskie, wręcz zielonkawe, ale dla młodych matek, całkiem, całkiem.

.

Czwartek, 17 marca. Postanawiamy pojechać na Marmoladę. Zobacz: http://www.dolomitisuperski.com/marmolada/en-US/3985-MarmoladaEN.html

Na Marmoladzie byliśmy już wielokrotnie, ale być w Rzymie i papieża nie widzieć… Jedziemy samochodami do Canazei, a stamtąd na Passo Fedaia. ( 46.453736,11.888273 )  Jakieś 30 do 40 minut jazdy. Zostawiamy samochody na parkingu i już na nartach zjeżdżamy do Malgi Ciapela. Cały dzień jeździliśmy na Marmoladzie ( wtedy, był czynny zarówno orczyk, jak i krzesło z Passo Fedaia- przyp. autora ).

lawina poniżej Passo Fedaia

lawina poniżej Passo Fedaia

Ale prawdziwa przygoda spotkała nas w drodze powrotnej. Kilkaset metrów za parkingiem, zeszła lawina i zasypała drogę (zdjęcie wyżej). Kupa śniegu nie jest duża, ale piętrzy się na jakieś dwa metry w górę i na całą szerokość drogi. Stoimy tak i czekamy. Może zaraz przywiozą helikopterami pługi i otworzą przejazd. Droga wżyna się tu w dość stromy stok po prawej (Prati Padon), po lewej jezioro Lago di Fedaia. Nagle na samochód stojący kilkanaście metrów przed nami schodzi kolejna lawinka, urywa mu prawe lusterko a wyjść z samochodu można tylko przez lewe drzwi. Fajnie. Wycofuje samochód w bardziej bezpieczne miejsce. Ale tu nie ma naprawdę bezpiecznego miejsca. Ludzie wysiadają z samochodów, ktoś gdzieś dzwoni, może zgłaszają służbom drogowym. Chyba jednak nie liczą, że przyjadą pługi, bo wszyscy, czym kto ma, zaczynają rozgrzebywać górę śniegu. Problem dla nas polega na tym, że tą drogą mamy pół godziny do domu, każdą inną kilka godzin i to po niesamowitych serpentynach. Zabieramy się do roboty, nawet to jakoś idzie. I gdy wydawało się już, że za 20 minut przekopiemy przejazd, a terenówki przejdą pierwsze, torując drogę dla reszty, nadleciał helikopter. Niestety nie przywiózł pługów. Zawisł tylko nad lawiniskiem, na wysokości może metra, może dwóch, po czym wyskoczyło z niego kilka osób z psem i długimi sondami. Kazali się wszystkim cofnąć i zaczęli sprawdzać, czy w środku nie ma samochodu albo ludzi.

Akcja na Passo Fedaia

Akcja na Passo Fedaia

Faktycznie, kupa śniegu była na tyle duża, że spokojnie mogła zasypać samochód. Potem przyjechali policjanci i powiedzieli, że droga będzie zamknięta i tyle. No cóż, chcąc nie chcąc musieliśmy pojechać dookoła. Wówczas miałem najlepszy wzrok, więc dostałem najlepszą mapę okolicy (była to jeszcze epoka przed GPS’owa, a może raczej mapy GPS-owe nie były jeszcze wystarczająco dokładne), jaką mieliśmy i pojechałem jako pierwszy. Trasa wiodła z Passo Fedaia przez Malge Ciapella, Rocca Pietore, Arabbe i wzdłuż wyciągów narciarskich na Passo Pordoi, Pecol, na Przełęcz Białego Wilka i do Canazei. Już od samego patrzenia na mapę, mogło zrobić się niedobrze. Jechaliśmy chyba ze dwie godziny albo lepiej. Góra, dół, w lewo, w prawo, w dół w lewo. Rollercaster. Po drodze zgubił się Michał, zniknął gdzieś, nawet nie zadzwonił. Potem się okazało, że złapał gumę i skręcił do Caprile szukać warsztatu. No cóż jakieś ofiary muszą być.

.

Piątek, 18 marca. Jedziemy samochodami do Canazei, a stamtąd na Passo Luppo Bianco, czyli przełęcz Białego Wilka. ( 46.491435,11.781968 ) Wjazd jest kręty, ale krótki, a tam jest parking, do którego potem łatwo dojechać na nartach. To zaledwie 15 km i nieco ponad 15 minut jazdy. Oczywiście, można na Col Rodellę (2414 m) wjechać kolejką linową z Campitello, ale potem trzeba by tą samą kolejką zjechać na dół, gdyż do Campitello nie ma nartostrady. Ponadto, rano do tej kolejki zazwyczaj czeka dziki tłum narciarzy, tak że i ponad godzinę potrzeba na wejście do wagonika.

Wsiadamy do gondoli na Col Rodelle, by przez Plan de Gralba oraz Piz Sella, dostać się na Ciampinoi i w dół Saslongiem do St. Cristiny. Spieszymy się, bo dzisiaj chcemy pojeździć w rejonie Secedy.

mapka 11 - Col Rodella, Mont de Seura, Monte Pana, Seceda

mapka 11 – Col Rodella, Mont de Seura, Monte Pana, Seceda

Kiedyś dostęp do Secedy był trudny, bo z dolnej stacji Saslongu, trzeba było skibusem przejechać do dolnej stacji gondoli na Secedę. Skibusy, jak to skibusy we Włoszech, odjeżdżały lub nie, jechały długo i często stawały, podróż trwała długo, potem trzeba było jeszcze wrócić i wszystkimi wyciągami dostać się do samochodu. Tak, że trzeba było mieszkać w St. Cristinie lub okolicy, żeby bez stresu zaliczyć Secedę.

Zobacz też: http://www.dolomitisuperski.com/gardena/en-US/3440-Val_GardenaEN.html

Teraz jest lepiej. Wybudowana została piękna, podziemna kolej, która łączy te dwa tereny narciarskie, a czas przejazdu wynosi zaledwie kilka minut. Bomba. Po wyjechaniu gondolą 14, pozwalamy sobie na zjazd czarną trasą wzdłuż krzesła 12. Piękna trasa. Niezbyt długa, ale poprowadzona wzdłuż linii spadku stoku, stroma, szeroka. Trzeba na niej pojeździć rano, gdyż potem marcowe słońce ją zmiękczy, a późnym popołudniem, gdy słońce skryje się za drzewami pobliskiego lasu, mróz zetnie rozjeżdżony śnieg w kalafiory i inne lodowe formy i raczej przyjemności z jazdy nie będzie. Na górnej stacji gondoli znajduje się duża, samoobsługowa restauracja z dość przyzwoitymi cenami. Z tarasu widać jak na dłoni górny odcinek Saslongu, Ciampinoi, Sassolungo.

Widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Widok z Secedy na Saslong, Ciampinoi i Sassolungo

Choć ja polecałbym pizzerie Fermeda, znajdującą się trochę powyżej dolnej stacji krzesła 8. Można tam za kilkanaście euro dostać dużą i dobrą pizzę, którą najedzą się spokojnie dwie osoby. A jak ktoś zapragnąłby trochę luksusu, wyszukanych potraw i smacznych win, to zapraszam do restauracji Sofie. Patrz: http://seceda.com/

Wjeżdżamy wiec krzesłem 8 na Secedę (2518 m n.p.m.). Tam trochę zjeżdżamy po czarnej trasie wzdłuż krzesła 81 i po czerwonej wzdłuż krzesła 8. Przyjemnie.

Naszym celem jest jednak wielokilometrowy zjazd do St. Urlich (Ortisei). Jedziemy. No faktycznie chyba z dziesięć km. Pięknie. Na górze świszcze wiatr i jest dość chłodno, ale po kilku chwilach zjeżdżamy w dolinę, gdzie jest cicho i ciepło.

Restauracja Val d'Anna

Restauracja Val d’Anna

Po drodze mijamy restauracje Val d’Anna, przed którą siedzi chyba ze dwieście osób, w strojach raczej plażowych, niż narciarskich. Ale my nie mieszkamy tutaj i jeszcze musimy wrócić, a na to trzeba czasu. Zjeżdżamy więc do Ortisei i wsiadamy do gondoli. Teoretycznie można by było, dla urozmaicenia, przejść (to jakieś 3 min spacerem), albo podjechać skibusem, do dolnej stacji terenowej kolejki wjeżdżającej na Resciese, ale zajmuje to dość dużo czasu, a i zjazd do Furnes czerwoną trasą nie jest aż tego wart. (więcej o Resciesie, Secedzie, lodospadach i wąwozach w opowiadaniu o wyjeździe do Val Gardeny. Patrz: http://mojenarty.wordpress.com/2013/07/27/podroz-xlix-sella-ronda-cz-iv-val-gardena/  ) Potem następna kolejka linowa i jesteśmy na Secedzie. No, piękny był to zjazd, głównie wśród lasów, dolinami, można wybrać się z dziećmi, nawet małymi. Jadąc, mijaliśmy zamarznięte wodospady, wiszące na pionowych ścianach krętych wąwozów, wjeżdżaliśmy na małe polanki, trasa rozdwajała się i łączyła. Warto tu przyjechać.

Gruppo del Sella, widziana z Passo Lupo Bianco

Gruppo del Sella, widziana z okolic Piz Sella

Zjeżdżamy do podziemnej kolejki. Potem w odwrotnej kolejności, poruszamy się za zielonymi strzałkami, czyli robimy odcinek Sellarondy w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara; Ciampinoi, Plan de Gralba, Rodella.. Właśnie tam, polecam stojącą na uboczu knajpkę i zarazem hotel Friedrich August. Patrz  http://www.friedrichaugust.com/   oraz inne recenzje i opinie.

Friedrich August

Friedrich August

Jest ona położona pomiędzy Col Rodellą, a górną stacją krzesła 155 i z obu tych miejsc można dojechać do niej. Cicha, przyjemna, wieczorami tam ładnie grają. Można tam posiedzieć dłużej, bo mały orczyk, którym należy wydostać się na nartostradę wiodącą na Passo Białego Wilka (działa do 17:00 – czasem 17:10), nie jest niezbędny. Można odepchnąć się kilka razy „z łyżwy” i minąwszy niedawno postawionego, olbrzymiego, drewnianego Jaka, dojechać też do nartostrady.

wieczorem w Friedrich August

wieczorem w Friedrich August

Zjazd, gdy jest już pusto i cicho, gdy powoli zapada zmierzch, zaczyna prószyć drobny śnieg i robi się bajkowo, jest bardzo przyjemny. Bardzo lubię taką jazdę pustymi nartostradami, ale trzeba uważać i znać teren, bo jak się źle skręci, to można wyjechać w sąsiedniej wsi, albo zjechać do dolnej stacji, nieczynnego już od pół godziny wyciągu i wówczas można nocować w zaspie. Na szczęście, nartostrada na Przełęcz Białego Wilka jest prosta i trudno się zgubić. Tylko tuż przed parkingami nartostrada się rozwidla, gdyż jej prawa odnoga prowadzi do Canazei. Ale z tego rozwidlenia widać już parking, więc trudno o pomyłkę.

stoki na Monte Pana

stoki na Monte Pana

Będąc w St. Cristinie i mając trochę czasu, koniecznie trzeba wjechać krzesłem nr 15 na Monte Pana, a stamtąd krzesłem 23 na Mont de Seura (2117 m n.p.m.). Czarna trasa wzdłuż tego krzesła jest wyśmienita, a czerwona jeszcze lepsza, a ponadto wyciąg ten leży poza głównym kołem Sella Rondy i jest tu pusto. Kto tu nie był, niech żałuje. Z Monte Pana, a raczej z Mt. Seura można wrócić wsiadając na wyciąg 21, jadący na przełęcz poniżej Piz Sella, skąd można zjechać np. na Plan de Gralba. Można też z tej przełęczy dojechać do Monte Pana piękną, czerwoną (tak naprawdę raczej niebieską) nartostradą. Mało kto wie, że z Monte Pana można przejechać do Saslongu. Istnieje taka raczej turowa trasa, czy może ścieżka, ale można nią przejechać na nartach zjazdowych. Jadąc w dół, do dolnej stacji krzesła 23, należy wybrać najbardziej na „prawo” biegnącą nartostradę i skręcić w prawo zaraz po wyjechaniu z lasu (jest tam zresztą mały drogowskaz z napisem „Saslong”). Na mapce, zaznaczona jest ona czerwonymi kropkami, jako właśnie ścieżka. Czasami może się przydać. O Monte Pana więcej w opowiadaniu o Val Gardenie.

.

Kraków, lipiec 2013

.

widok  z Canazei na Belvedere

widok z Canazei na Belvedere

.

Latemar

Latemar

.

zjazd z Secedy do Ortisei

zjazd z Secedy do Ortisei

.

.

21
lip
13

-Podróż XXV, XXIX, Sella Ronda cz. I – Alta Badia, Sella Ronda, Cortina d’Ampezzo i Kronplatz

Podróż XXV, XXIX

Byliśmy na Selli Rondzie, Cortinie d’Ampezzo i Kronplatz’u

.

Sobota, 12 marca. Jedziemy na Sella Rondę. Tym razem mamy mieszkać w La Villi.

Na Selli, we włoskich Dolomitach byliśmy już tak wiele razy, że po prostu wsiadamy w samochód i jedziemy, choć jest to około 1050 km. Ponieważ zwykle jeździmy tam w marcu, kiedy to już zdąży napadać wystarczająco dużo śniegu, aby było mięciutko, miejsce to kojarzy się nam z ciepłym, słonecznym, przesączonym zapachem igliwia, wiosennym dniem w dolinach, z twardym śniegiem i mrozem na szczycie Marmolady, z zapierającym dech w piersiach widokiem ośnieżonych, po nocnych opadach, szczytów Gruppo del Sella, jaki można oglądać rano z rejonu Colfosco, kiedy to widać welony świeżego, zmrożonego śniegu, zwiewane ze skalistych grani i ciągnące się setkami metrów w powietrzu. Ale Sella Ronda, to przede wszystkim możliwość objechania Gruppo del Sella dookoła, tak że w ciągu jednego dnia można nigdy nie jechać dwa razy tą sama trasą, czy wyciągiem, a mimo to wrócić w miejsce, z którego się wyruszyło.

La Villa

La Villa

Żeby pojeździć na Sella Rondzie, można mieszkać w jednej z wielu miejscowości położonych koliście wokoło Gruppo del Sella. Można mieszkać w Canazei, Campitello di Fassa, Pozza di Fassa, Pera lub Vigo di Fassa, Selvie czy Santa Cristina albo Ortisei, w Arabbie, Corvarze, czy też w Colfosco. Każda z tych miejscowości ma swoje wady i zalety, każda ma też swoich zwolenników. Na poniższej mapce zaznaczone są te miejscowości, a także ważniejsze wyciągi narciarskie, we wszystkich tych miejscach, które są opisywane zarówno tutaj, jak i w kolejnych częściach opowiadania o Selli Rondzie. Patrz:

http://mojenarty.wordpress.com/2013/07/23/podroz-xxxv-sella-ronda-cz-ii-vigo-di-fassa-latemar-passo-san-pelegrino/

http://mojenarty.wordpress.com/2013/07/27/podroz-xli-sella-ronda-cz-iii-civetta/

http://mojenarty.wordpress.com/2013/07/27/podroz-xlix-sella-ronda-cz-iv-val-gardena/

.

 

.

Moim zdaniem, najlepszy dostęp do terenów narciarskich położonych wokół Gruppo del Sella, jest z miejscowości położonych w tzw. regionie Alta Badia, czyli z Colfosco, Corvary lub Arabby (choć sama Arabba nie należy już do tego regionu). Apartamenty w tych miejscowościach są jednak drogie, więc najczęściej mieszkaliśmy w La Villi, (patrz zdjęcie wyżej) kilka kilometrów od Corvary, albo w Badia (patrz zdjęcie poniżej)

Badia koło La Villi. Foto by WG

Badia koło La Villi. Foto by WG

Mieszkanie tutaj, daje największe możliwości wyboru, gdzie w danym dniu będziemy jeździć. Stąd jest blisko i na samą Sella Rondę, jak i do Cortiny i na Kronplatz i na Marmoladę, choć zapewne Valgardena jest bardziej urokliwa, a okolice Vigo di Fassa trochę tańsze.

Na miejsce można jechać na kilka sposobów. Dawniej jeździliśmy zwykle przez Cieszyn i to drogą nr 81 przez Mikołów i Żory, a potem 938. Inne praktycznie wówczas nie istniały. Dalej też nie było lepiej. Na pograniczu austriacko-czeskim trzeba było jeździć wąskimi drogami przez tamtejsze wsie i miasteczka, że o kolejkach na granicach nie wspomnę. Obecnie jeździmy przez Gliwice nową autostradą A1, która łączy się z autostradą D1 po czeskiej stronie ( więcej o kupowaniu winietek, przejeździe przez Czechy i stacjach benzynowych na: http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ ). Pozwala to skrócić czas przejazdu o prawie godzinę w porównaniu z jazdą przez Cieszyn.

Na wysokości miejscowości Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem, jest Oldtimer, a w zasadzie Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami za paliwo, niż na całej autostradzie. Cena za diesla jest na tej stacji porównywalna z ceną tegoż, w Polsce. Benzyna też na tej stacji jest tańsza, niż na innych stacjach przy autostradzie, ale droższa niż w Czechach, więc tym, co jeżdżą na benzynie, polecam jedną z kilku stacji na wyjeździe z Brna. Dodatkową atrakcją stacji w Oed jest to, że można na niej zjeść smacznego hamburgera, jeśli hamburgery mogą w ogóle być smaczne, ale te hamburgery, jak na hamburgery, to na tej stacji, faktycznie są smaczne. Nie polecam za to kupowania innych dań w restauracji. Są, mówiąc oględnie, kiepskie. Potem należy jechać na Salzburg, Insbruck, aby po przejechaniu przez przełęcz Brenner skręcić na drogę 49 (E66) do Brunico, gdzie należy skręcić w prawo na drogę 244, którą dojedziemy już do samej La Villi. Za przejazd przez Brenner i włoskie autostrady płaci się na bramkach. W zależności czy jedziemy w okolice La Villi, czy do Valgardeny, czy też do Vigo di Fassa, za autostrady zapłacimy od około dwóch do sześciu euro, oraz ekstra za przejazd przez Brenner – osiem i pół euro. Ostatnio, ceny paliw we Włoszech są znacznie wyższe niż w Austrii, więc opłaca się zatankować gdzieś w okolicach Insbrucka, nawet przy autostradzie. Różnice w cenie oleju napędowego mogą dochodzić nawet do ponad dwudziestu eurocentów na litrze.

.

Droga jest prosta, łatwa, a w końcowym odcinku biegnie doliną, wzdłuż potoku, tak że jest praktycznie zawsze przejezdna, choć gdy nią jechałem po raz pierwszy, mijanie się na zakrętach z autobusami jadącym z przeciwka było dużym przeżyciem. Obecnie na tym odcinku wybudowano kilka tuneli, tak że droga stała się bezpieczna i wygodna, nawet po dużych opadach śniegu. Jadąc właśnie tędy, przejedziemy niecałe 1070 km.

Można też pojechać tak jak na Wiedeń, ale odbić w lewo na Graz, Villach i Spittal. Patrz mapka:

.

Cały czas należy kierować się na kierunek Saltzburg, a zaraz za Spittalem należy zjechać w lewo na drogę nr 100 (E66), którą dojedziemy do Brunico. Droga od Spittala jest jednopasmowa, ale bardzo malownicza, gdyż prowadzi przez ciche miasteczka i wsie, wzdłuż dolin rzek i raczej nie należy spodziewać się na niej korków, choć średnia prędkość jaką można na niej uzyskać, to około 60 km/h. Ta trasa jest nieco krótsza i wynosi około 1030 km. Ponadto zaoszczędzimy około dwanaście i pół euro na opłatach za włoskie autostrady. A kto ma trochę więcej czasu, to proponuję, żeby skręcił jeszcze przed Brunico w lewo, na drogę 51 do Cortiny d’Ampezzo, skąd drogą 48 dojedzie do Passo Falzarego, gdzie należy skręcić w prawo, na drogę 24/37 do La Villi. Patrz mapka:

.

Z pozoru, droga ta wygląda na krótszą, ale cały czas jedzie się serpentynami i raz wjeżdża na przełęcze położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m, a raz zjeżdża w doliny, tak że jedzie się znacznie dłużej niż przez Brunico. Za to widoki i zapachy – nie do opisania. Droga jest raczej pusta i wiedzie sosnowymi lasami, wzdłuż szumiących potoków, a z przełęczy otwierają się widoki na ośnieżone Dolomity. Zwłaszcza w słoneczny, marcowy dzień, kiedy to w dolinach jest już ciepło i zielono warto sobie nią pojechać. Nie polecam natomiast, jazdy drogą SS243 poprzez Passo Gardena, gdyż ta droga jest bardzo kręta, przechodzi przez wysoko położone przełęcze, a na dodatek bywa, że jest zamknięta z uwagi na zagrożenie lawinowe.

gdzieś na Selli,  foto by BG

gdzieś na Selli, foto by BG

.

No właśnie, Dolomity. Te góry są inne niż Tatry, czy Alpy. Wyglądają jak powiększone Góry Stołowe, albo jak grzyby stojące grupami na nogach o tej samej grubości co kapelusze. Niewiarygodnie wyglądają wieczorami, kiedy to na ich obłych kapeluszach widać setki światełek ze znajdujących się tam domów, a przecież pionowe “nogi” sugerują, że dotrzeć tam można tylko wspinając się po linach. No cóż, kiedyś było tu ciepłe, płytkie morze i najpierw woda a potem wiatry i deszcze uformowały te kształty. Dolomity zawdzięczają swoją nazwę francuskiemu mineralogowi Déodat Tancrède Gratet de Dolomieu (1750 – 1801), który w czasie swoich badań geologicznych w tym rejonie, odkrył, że tutejsze skały składają się głównie z podwójnego węglanu wapnia i magnezu, co decyduje o specyfice Dolomitów. Zobacz www.dolomitisuperski.com

W La Villi mieszkaliśmy zwykle w willi Col Cuch (zob: www.colcuch.it ), do której wiedzie kilkusetmetrowa stroma i kręta droga, dzięki czemu jest tam cicho i spokojnie, choć standard nie jest tam zbyt wysoki. Raz mieszkaliśmy tuż przy głównej drodze, w apartamentach Pre da Nai (zob: www.predanai.com ), gdzie mieliśmy do dyspozycji saunę, basenik, prysznice z olejkami eterycznymi etc. etc. Raz, w ładnych i niedrogich Ariadbosch (zob: http://www.ariadbosch.eu ). Warto też zastanowić się nad ofertą http://www.rosra.it/index.php/en  Maja oni niedaleko kościoła w La Villi, domek Ciasa Alfred, który może być dobrą propozycją dla sześcio-, ośmioosobowej rodziny lub grupy znajomych.

Więcej apartamentów, pensjonatów i hoteli, oraz informacji o regionie znajdziemy tutaj: http://www.altabadia.org i tutaj; http://www.alta-badia.net i tutaj; http://www.alta-badia.org i tu; http://www.miaaltabadia.it

Jeżeli jednak, ktoś szuka nieco tańszych ofert, a ponadto ciszy i spokoju, to powinien poważnie zastanowić się nad wynajęciem apartamentu w La Val. Kilka propozycji tutaj: http://www.altabadia.org/3445.pdf

.

Niedziela, 13 marca. Zwykle w niedzielę trzeba kupić karnety (można zrobić to jeszcze w sobotę, ale kasy czynne są maksymalnie do 19-tej). Karnety kupuje się w kasach, położonych przeważnie w pobliżu dolnych stacji głównych wyciągów, choć dawniej kasy były w centrach wsi. W La Villi kasa jest obecnie przy gondoli na Piz La Villa, tak że łatwo ją znaleźć. Niestety, w niedzielę rano, trzeba zwykle postać ze dwadzieścia minut w kolejce. My kupujemy karnety Dolomiti Superski, dające możliwość jeżdżenia bez ograniczeń po całej Sellarondzie i we wszystkich okolicznych ośrodkach. Niestety, są one zdecydowanie najdroższe. Można też kupić karnety tylko na Alta Badię, lub kombinowane, które umożliwiają jazdę w jednym (lub więcej niż jednym), wybranym dniu, w niektórych innych dolinach. Więcej na  http://www.dolomitisuperski.com/en/ski-pass/assortment-of-ski-passes 

mapka 1 – trasy w La Villi, Lagazuoi, 5Tori

mapka 1 – trasy w La Villi, Lagazuoi, 5Tori

Na pierwszy dzień, polecam wjazd właśnie na Piz La Villa (2077 m n.p.m.). Samochód można zostawić na płatnym parkingu (opłata za cały dzień wynosi kilka euro), nieopodal dolnej stacji gondoli. 46.581732,11.902258 Dawniej jechało się na szczyt dużą funivą. Teraz jest tam gondola. Czarna trasa (o gorącej nazwie Gran Riza), jest prawdziwym wyzwaniem. Czerwona zresztą też. Dajemy nią kilka razy. Niestety, tylko do południa jest tam twardo. (zob. mapka)

na szczycie Piz la Villa

na szczycie Piz la Villa

.

 

zjazd w kierunku Passo Campolongo i Cherz'a

zjazd w kierunku Passo Campolongo i Cherz’a

.

"malinowe" stoczki w okolicy Pralongia

„malinowe” stoczki w okolicy Pralongia

.

widok gdzieś z Pralongia, na górną stację gondoli na Boe i Valon

widok gdzieś z Pralongia, na górną stację gondoli na Boe i Valon

Potem można zjechać sobie z Piz Sorega, np. czerwoną trasą do S. Casiano – przyjemnie. I to w tym rejonie w zasadzie wszystko. Trasy w kierunku Corvary i Passo Campolongo są zawsze “pod górkę”, a poza tym są niebieskie. Jest też przyjemna trasa z Cherz’a i można tamtędy dojechać do głównego koła Sella Rondy, przejechać sobie do Corvary, a nawet dalej do Colfosco, albo Arabby. Nie polecam tego jednak tym, co słabo znają teren, gdyż zabiera to dużo czasu i można potem wracać na piechotę do domu. Należy sobie wyraźnie powiedzieć: tutaj zamykają wyciągi najpóźniej o 17:00 i nie gwarantują powrotu do domu. Skibusy przewożą narciarzy na nielicznych tylko trasach i trzeba, planując wielokilometrowe wypady na nartach, tak je zaplanować, aby wyciągami móc wrócić do domu lub samochodu.

Widok z Rifugio Punta Trieste, na Gruppo del Sella

Widok z Rifugio Punta Trieste, na Gruppo del Sella

Zamiast więc jeździć na nartach, można posiedzieć w jednej – z bardzo licznych w tym rejonie – knajpek, zjeść coś dobrego i nacieszyć oczy pięknymi widokami.

Może to być np. Rifugio Bioch ( http://www.fornata.it/rifugio/il-rifugio-uetia-de-bioch.htm ), albo Rifugio Punta Trieste, gdzie polecam żeberka. ( http://www.miaaltabadia.it/rifugi/punta-trieste/ ).

Rif. Bioch, nie sprawi nam zawodu. Dobry wybór, smacznie podane, choć na pewno nie najtaniej. Oczywiście, przesadzam z tym brakiem możliwości dobrego jeżdżenia. Trasy są tu łagodne, szerokie, jest dość nisko, więc na pierwszy dzień jest to dobra propozycja. Można się rozruszać.

kolejka na Lagazuoi

kolejka na Lagazuoi

Dla żądnych wrażeń, polecam wycieczkę na Lagazuoi (patrz zdjęcie powyżej) i Cinque Torri. Wycieczkę można zacząć z La Villi, wjeżdżając na Piz La Villa (ale wówczas trzeba ją zacząć bardzo, bardzo wcześnie, np. o 8:25?!) i poprzez Piz Sorega zjechać do Armentaroli. Można też pojechać samochodem na wygodny parking w San Cassiano, znajdujący się pod dolną stacją gondoli nr 11. ( 46.56648,11.938554 ) Ogólnodostępnego, wygodnego parkingu w Armentaroli, nie ma. Są parkingi przy okolicznych hotelach i parking przy przystanku skibusów, ale raczej trudno z nich skorzystać. Tak więc, San Cassiano. W takim przypadku, należy wjechać gondolą na Piz Sorega i również zjechać do Armentaroli. My wybraliśmy właśnie taki wariant, dzięki czemu mieliśmy więcej czasu na pojeżdżenie na Lagazuoi i Cinque Torri.

Zjeżdżamy do Armentaroli

Zjeżdżamy do Armentaroli

Mimo wczesnej pory, w Armentaroli czeka już spory tłum chętnych na transport na Passo Falzarego (2109 m n.p.m.). Jednakże, autobusy i busy podjeżdżają co kilka minut, obsługa wpuszcza każdorazowo odliczoną ilość narciarzy, tak że nikt się nie pcha i wszystko idzie sprawnie. Więc, już po kilkunastu minutach jedziemy krętą drogą, a z okien autobusu otwierają się widoki na pionowe ściany okolicznych szczytów, skąpane w porannym słońcu. Dawniej busy były darmowe, teraz trzeba zapłacić kilka euro (ostatnio było to 5,- ) od osoby. Po kilkunastu minutach jazdy, stajemy na parkingu przed kolejką na Lagazuoi. Kolejka jest dość stara i w dodatku na trasie nie ma podpór, tak że ostatnie metry wagonik jedzie niemal w pionie.

widok ze szczytu Lagazuoi, na parking i trasy narciarskie znajdujące się przy Passo Falzarego.

widok ze szczytu Lagazuoi, na parking i trasy narciarskie znajdujące się przy Passo Falzarego.

Po wjechaniu na szczyt (2750 m n.p.m.), obowiązkowa seria fotek. Parking, budynki, ludzie, samochody tam w dole, wyglądają jak zabawki. Pogoda wspaniała. Słońce, lekki mrozik. Na południowym-zachodzie: Marmolada, jak na dłoni, na wschodzie; Tofana. Bomba.

Marmolada widziana z Lagazuoi.

Marmolada widziana z Lagazuoi.

Dajemy w dół czerwoną dwójką (na jednych mapkach trasa oznaczona jest jako czerwona, na innych, jako czarna). Trasa świetna. Jest jeszcze wcześnie, górny odcinek to poemat. Szeroko, twardo. No pięknie. Czuć, że jesteśmy w górach i to na znacznej wysokości, jest tak – majestatycznie. Potem robi się węziej i bardziej miękko, gdyż trasa skręca na południe. Obracamy jeszcze raz i w dolnym jej odcinku skręcamy na lewo (na wschód), aby przerzucić się na wyciągi znajdujące się po przeciwnej stronie drogi przechodzącej przez Passo Falzarego.

Miejsce przyjemne. Szeroko, niezbyt stromo. Stoki o nachyleniu północnym, więc twardo, gładko, można pociągnąć szerokim skrętem. Po kilku zjazdach, skręcamy na nartostradę prowadzącą na 5Tori. Nartostrada poprowadzona jest wzdłuż drogi do Cortiny. Wije się leniwie poprzez niewielkie laski, wśród malowniczych skałek.

5Tori

5Tori

Po paru minutach jazdy jesteśmy na miejscu. Najpierw jedno krzesło, potem drugie (4 i 5) i jesteśmy na przełęczy, pod szczytem Averau (2649 m n.p.m.). Dajemy w dół, z powrotem na północ. Miejsce przepiękne. Trasy, w dolnej części poprowadzone małymi wąwozami, czy może raczej kotlinkami wśród drzew, dość kręte, puste. Bajka. Powtarzamy.

małe conieco w Rif. Sciattoli

małe conieco w Rif. Sciattoli

Koło południa, małe „conieco” w Rif. Scoiattoli ( http://www.rifugioscoiattoli.it/ ). (2280 m n.p.m.) Wyborne jedzonko, miła obsługa, nie tanio, ale wszystko warte swojej ceny. Mają tam również pokoje do wynajęcia, a lokalną atrakcją jest możliwość wynajęcia wieczorem, olbrzymiej, stojącej na zewnątrz, drewnianej wanny z gorącą wodą, dla max. sześciu osób… Taak, dla sześciu osób… Tak, o czym to ja pisałem? Aha, że jedzonko dobre, taak, i widoki też ładne.

Widok na 5Tori. To największa z pięciu wież, jakie tam są.

Widok na 5Tori. To największa z pięciu wież, jakie tam są.

W ogóle ładnie. Słońce, ciepło, śnieg dookoła. Taak. W każdym razie, po wybornym obiadku pchamy się dalej. Postanawiamy pojechać na południe, trasą 90, w kierunku Passo Giau. Trasa poprowadzona szeroką doliną, wśród nagich skałek. Jakoś tak – pustynnie. Widokowo, to jakoś mnie to miejsce nie zachwyciło, natomiast sama trasa bardzo dobra, niestety bardzo miękka (choć kilka lat wcześniej, również w marcu było tu dość twardo) i to pomimo że nie schodzi ona poniżej 2000 m n.p.m. No cóż, marcowe słońce robi swoje, a ta trasa skierowana jest dokładnie na południe. Wracamy na północną stronę. Tu dalej twardo i jakoś tak, bardziej malowniczo.

Niestety, czas biegnie nieubłaganie, a przecież przed nami jeszcze główny cel naszej wyprawy, czyli zjazd z Lagazuoi do Armentaroli. Musimy ponownie wjechać na przełęcz pod Averau, gdyż odbicie do powrotnego krzesła (nr 8) znajduje się w połowie trasy 90. Znowu taplamy się w brei. Krzesło jedzie wąwozem, wśród kamiennych baszt i szańców, prawie ocierając się o nie.

Lagazuoi w całej okazałości.

Lagazuoi w całej okazałości.

Z przełęczy rozpościera się widok na Lagazuoi. Dopiero z tej perspektywy, możemy zobaczyć cały ogrom tej góry i całą trasę, którą kilka godzin temu zjeżdżaliśmy. Jedziemy długą, łagodną nartostradą. Przyjemnie, choć cały czas w cieniu szczytów Averau (2649 m n.p.m.) i Croda Negra (2518 m n.p.m.). Pomimo, iż z dostępnych mapek wynika, że aby dojechać na Passo Falzarego (pod dolną stację kolejki na Lagazuoi), należy skorzystać z krzesła 2, to jednak w dobrych warunkach śniegowych da się dojechać tam bezpośrednio. Trzeba się trzymać lewej strony i przetrawersować w kierunku dolnej stacji orczyka 3. Jakoś się dojedzie. Co prawdo to „jakoś” działa tylko przy dobrej widoczności. Nam się udało i w parę minut dojeżdżamy do dolnej stacji kolejki linowej.

Ostatnie spojrzenie na 5Tori, ze szczytu Lagazuoi.

Ostatnie spojrzenie na 5Tori, ze szczytu Lagazuoi.

Znowu gapimy się ze szczytu Lagazuoi na okoliczny świat. Pięknie. Słońce świeci pod ostrym kątem, podkreślając kształty okolicznych szczytów i dolin. Doskonale widać 5Tori, choć zlewają się, ze ścianą skalną znajdującą się za nimi.

Ala i Karolina, zwarte i gotowe do zjazdu...

Ala i Karolina, zwarte i gotowe do zjazdu…

Robi się jednak późno, więc, ruszamy w dół. Tym razem czerwoną jedynką. Już pierwszy odcinek powala z nóg. Jedziemy dobrze przygotowaną i dobrze oznakowaną trasą, wijącą się po szerokiej dolinie, okolonej pionowymi ścianami, oświetlonymi popołudniowym słońcem. Gdzieś, w dalekiej perspektywie, widać zbiegające się ku sobie ściany skalne, pozostawiając jednak między sobą, niewielką szczelinę z błękitem nieba, niczym wrota wodospadu. Nasza trasa prowadzi właśnie w tamtym kierunku.

Widok z Lagazuoi na trasę do Armentaroli.

Widok z Lagazuoi na trasę do Armentaroli.

Niemniej jednak, trasa jest łatwa. Wydaje się, że powinna być oznaczona na niebiesko, ale jedzie się przyjemnie, gdyż jest w sam raz nachylona. Śnieg perfekcyjny. Jest raczej pusto. W sumie, na całej trasie, mijamy się z zaledwie kilkoma narciarzami. Wszyscy, co chwilę zatrzymują się i robią dziesiątki zdjęć. Komórkami, małymi i dużymi aparatami fotograficznymi, ale tak naprawdę, zdjęcia nie oddają dokładnie tego, co było tam widać. Może gdyby mieć szerokokątny obiektyw, no ale ciężko wozić całą „szklarnie” ze sobą, coś też trzeba poskręcać na nartach.

Zjeżdżamy w głąb doliny.

Zjeżdżamy w głąb doliny.

.

ściany skalne są coraz bliżej...

ściany skalne są coraz bliżej…

.

Po drodze, mijamy malowniczą knajpkę.

Po drodze, mijamy malowniczą knajpkę.

Im niżej tym trasa zwęża się i robi się nieco bardziej stroma. Skalne ściany przybliżają się. Zupełnie jakbyśmy płynęli jakąś rzeką i zbliżali się do wodospadu. Odstani odcinek to dość wąski, lejkowaty żlebik, nie sprawiający jednak jakichkolwiek trudności. Śnieg jest tu już miękki. Nic dziwnego, Armentarola leży na wysokości zaledwie 1615 m. Zjazd rozpoczęliśmy na wysokości prawie 2800 m, czyli pokonaliśmy niecałe 1,2 km różnicy poziomów. Sporo.

koński wyciąg

koński wyciąg

W końcu, dojeżdżamy do słynnego końskiego wyciągu. Jest już dobrze po czwartej, a wyciąg czynny jest do 16:30. (od 9:30 do 16:30) Wyciąg, to sanki zaprzężone do dwóch koni i długa lina z pętlami, której może się złapać ze dwadzieścia osób. Woźnica ociąga się z odjazdem, czekając zapewne na maruderów, to już ostatni kurs w dniu dzisiejszym.

jazda świetna...

jazda świetna…

W końcu, z kilkuminutowym opóźnieniem, ruszamy. Woźnica, pewnie chcąc zapracować na owe 2,- (które bierze od każdego z góry), pogania konie, które przechodzą na chwilę w lekki kłus. Zabawa przednia, czuje się prędkość.

...wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni

…wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni

Dalej jest nieco pod górkę, więc zwalniamy i już noga za nogą dojeżdżamy do Armentaroli. To zaledwie nieco ponad dziesięć minut jazdy, może piętnaście. Taki mały kulig. Fajnie. My mamy samochód w San Cassiano, więc musimy jeszcze zdążyć na orczyk 12, który co prawda jest czynny do 17-tej, ale obsługa czeka na narciarzy z ostatniego kursu „końskiego wyciągu”. Zapewne jednak, nie czeka w nieskończoność, więc łyżwujemy i mocno pracujemy kijami, żeby jednak zdążyć. Od końca kuligu do wyciągu, jest kilkaset metrów, raczej płaskiego terenu. Zdążamy. Od górnej stacji orczyka, zjeżdżamy łagodną nartostradą do San Cassiano.

Przepiękny dzień, wspaniała pogoda, dużo wrażeń, niezapomniane widoki i ta jazda za sankami. Bezdyskusyjnie polecam każdemu, jak ktoś tej trasy nie przejechał, niech żałuje.

Opisywane miejsca, są częścią długiej (bardzo długiej) trasy Grande Guerrera Ski Tour.

Patrz: http://www.dolomitisuperski.com/en/ski-more/ski/ski-tours

Jednak, zrobienie całej tej trasy jest bardzo trudne, ze względu na jej długość i aż dwa lub trzy (w zależności od kierunku) odcinki, które trzeba pokonać skibusem. Tak, że trzeba by chyba wystartować o 8:30 i przeć cały czas do przodu, nie patrząc na widoki, nie jedząc, ani nie pijąc nic po drodze. To chyba nie dla nas. Zaprezentowana tutaj „pętelka”, jest moim zdaniem, w sam raz. Nawet mniej wprawni narciarze i rodziny z dziećmi, mogą się na nią wybrać.

Oczywiście, na Passo Falzarego i 5Tori, można w pół godziny dojechać samochodem z La Villi, ale to już nie to samo.

.

Poniedziałek, 14 marca. Wsiadamy w samochody i jedziemy na parking do Corvary. ( 46.549033,11.871071 ) Niestety, obecnie prawie wszystkie parkingi są tutaj płatne. Zazwyczaj trzeba zapłacić za cały dzień od pięciu do ośmiu euro. Pogoda taka sobie. Od niedzieli wieczór sypie śnieg, choć koło południa ma przestać i wyjść słońce. Nie wierzymy jednak w to za bardzo. Wsiadamy do gondoli nr 19 na Boe (2200 m n.p.m.). Wyciąg 20 na Vallon (2527 m n.p.m.) jeszcze stoi, kompletnie zasypany. Dajemy w dół po świeżym. Patrz mapka.

mapka 2

mapka 2

Niewiele widać. Jeszcze raz do góry. Na górze mówią, że Vallon chyba dziś nie ruszy. Cała Sella Ronda zresztą stoi. Na dole były komunikaty, że wyciągi na Passo Pordoi stoją. Sypie jak diabli. Idziemy do knajpy. Ta na Boe jest obrzydliwa, wygląda jak bar szybkiej obsługi w latach siedemdziesiątych, na rondzie przed Kuźnicami. Olbrzymie, całościenne, aluminiowe drzwi i okna, po wszystkim od wnętrza cieknie skroplona para wodna. Herbatka. Coś jakby się jaśniej robiło na zewnątrz. Zjeżdżamy w dół. Może do Colfosco? Wsiadamy na transportowe krzesło 34, potem na jeszcze jedno 36, bo jesteśmy kilkadziesiąt metrów poniżej dolnej stacji gondoli 46. Z górnej stacji tej gondoli (46) można zjechać do krzesła 50 lub do kolejnej gondoli 45 na Col Pradat (2044 m n.p.m.). Wybieramy gondolę na Col Pradat. Prawie już nie pada. W krótkim czasie pokonujemy nieco ponad 300 m różnicy poziomów. Za oknami z każdą sekundą robi się jaśniej i jaśniej, w pewnym momencie zalewa nas czysty, słoneczny blask. Jesteśmy ponad chmurami. Wysiadamy. Na górze stoimy, patrzymy, robimy zdjęcia, stoimy, patrzymy i patrzymy… To jest jeden z tych widoków, który będziemy pamiętać na długo. (patrz zdjęcie poniżej)

widok z Col Pradat na Gruppo del Sella

widok z Col Pradat na Gruppo del Sella

U naszych stóp białe, skrzące się chmury, przed nami Gruppo del Sella. Na czystym błękitnym niebie widać welony śniegu zwiewane ze szczytów, drzewa wokół uginają się pod jego ciężarem. Narciarzy prawie nie ma, siedzą na dole w knajpach, albo w ogóle nie wyszli z domu. Tylko tacy zapaleńcy jak my, mogą podziwiać ten widok. Jedziemy w dół po białym polu, prawie jeszcze bez śladów nart. Rejon Colfosco jest bardzo przyjemny, choć niewielki, a ta czarna trasa z Col Pradat naprawdę świetna. Powtarzamy.

Szałasy w Colfosco po dużych opadach śniegu.

Szałasy w Colfosco po dużych opadach śniegu.

Już na dole też świeci słońce. Chmury gdzieś odpływają. Potem jeszcze krzesło 50, ze dwa razy. Dobra, znudziło się nam. Jest jeszcze wcześnie, więc w dół do głównego kręgu Sella Rondy, do krzesła 36. Przesiadka na nową gondolę 39-40. Dawniej były tu ciągnące się bez końca orczyki.

Gondola na Passo Gardena

Gondola na Passo Gardena

Do gondoli, oprócz nas, wsiadły jeszcze dwie, trochę starsze od nas panie mówiące po rosyjsku. Ponieważ były ubrane raczej skromnie i nie „kapały” od złota, nie wytrzymałem i zagadnąłem:

- о! здравствуйте, откуда вы приехали? – zdziwione i zaskoczone, odpowiadają:

- Ну здравствуйте, из Москвы, а вы откуда?

- Мы из Кракова, из Польши.

– Из Польши? – jeszcze większe zdziwienie. Nie spodziewały się, że ktoś tu będzie mówił po rosyjsku, jeszcze z Polski…

- Да.

Rozmawiamy o tym i owym. Rozmowa schodzi na tematy bardziej polityczne i społeczne. W pewnym momencie pada z ich strony pytanie:

- Вам нужна виза, чтобы здесь приехать?

– Нет, нам даже паспорт не нужен, здесь нет границ, нет контроля.

– О! Нам пришлось покупать эту экскурсию в ноябре, чтобы успеть с визам.

– А мы решили приехать здесь несколько дней тому назад. Мы взяли машину и приехали…

Widzę w ich oczach raczej smutek, niż jakąś zazdrość. Zapewne wiedziały, że Polska, Włochy i inne europejskie kraje są w strefie Szengen, ale zapewne co innego wiedzieć, a co innego rozmawiać z kimś, kto nie dość, że nie potrzebuje wizy, to jeszcze paszportu, żeby tu przyjechać…

widok z Passo Gardena na Gruppo Sella

widok z Passo Gardena na Gruppo Sella

Wysiadamy z gondoli, jakbyśmy wysiedli z innego świata, no cóż, polityka… Jeszcze jedno krzesło (42) i jeszcze jedno (41) i jesteśmy na Passo Gardena. Stąd długi, łagodny zjazd do Selva (Selva Gardena), można pojechać czerwoną albo czarną trasą. Jeśli pojedziemy czarną, no to może zjazd nie będzie już taki łagodny, ale za to możemy skręcić w prawo na czarną trasę wzdłuż krzesła 25, a to warto zrobić. Trasa, choć nie jakaś długa, to warta zahaczenia o nią. Leży na uboczu, jest na niej pusto. Ponieważ jest pusto, to śnieg gładziutki. Można poszaleć. Po kilku zjazdach jedziemy dalej w dół, do Selvy. Trasa w końcowym odcinku biegnie pomiędzy domami i wjeżdża do centrum miasteczka. Zdejmujemy narty, żeby przejść przez ulicę, policjantka zatrzymuje samochody (teraz są tu światła i specjalne bramki, pozwalające przejść przez jezdnię tylko przy zielonym świetle, ale jeszcze kilka lat temu, faktycznie policjantka zatrzymywała samochody-przyp. autora). Wsiadamy do gondoli 29 i jedziemy na Ciampinoi (2254 m n.p.m.). Dajemy w dół czarną trasą do St. Cristiny (Santa Cristina Valgardena). To słynny Saslong. Na tej trasie rozgrywane są Mistrzostwa Świata. W St. Cristinie wsiadamy do gondoli 17 (na dolnej stacji ładne toalety – zwiedzamy) i do góry. Przesiadka na krzesło 18 i znów w dół, tym razem czerwoną. Czarna chyba lepsza. Znów gondola.

Kiedyś stało tu czerwone Porsche...

Kiedyś stało tu czerwone Porsche…

Na górnej stacji, stoi na podwyższeniu, wśród śniegu, piękne Porsche. To nagroda w jakimś konkursie. Fajny widok. Przywieźli go tu chyba helikopterem. Koło górnej stacji gondoli jest knajpa, lubimy tam chwilę posiedzieć i coś zjeść i wypić. Jeszcze raz krzesło do góry i jedziemy czarną trasą z Ciampinoi do Selvy. Na górze trochę drobnych kamieni i w ogóle jakby tu nie padało. Trzeba wracać. Przechodzimy przez ulicę. Policjantka zatrzymuje samochody. (teraz tu jest kładka nad ulicą, ale jeszcze niedawno faktycznie policjantka zatrzymywała samochody – przyp. autora) Krótkie 4-osobowe krzesło nr 31 i już jesteśmy przy gondoli ( 30 ) na Passo Gardena. Sprawdzamy, o której zamykają tę gondolę, tak na przyszłość. To newralgiczny wyciąg dla powrotu do domu. Z Passo Gardena długi, łagodny zjazd. Trochę się spieszymy, żeby zdążyć na transportowe krzesło 34 z Colfosco do Corvary, bo tam mamy samochody. Ale to krzesło chodzi dość długo. Jakoś nie czujemy się zmęczeni, więc pada propozycja, aby tylko kierowcy przebrali buty i pojedziemy na Passo Gardena. Jedziemy. Sporo serpentyn, ale po niecałych dwudziestu minutach jesteśmy na przełęczy. Wyładowujemy narty i pozostałych uczestników wycieczki. Kierowcy wrócą na parking w Colfosco samochodami, ale dzieci mają uciechę, jest już pusto, cicho, powoli zapada zmrok. Zupełnie inna jazda. Niby nie wolno już jeździć, ale…

widok z gondolki jadącej na Passo Gardena

widok z gondolki jadącej na Passo Gardena

.

Wtorek, 15 marca. Wsiadamy w samochody i jedziemy na parking do Colfosco. ( 46.550863,11.856351 ) To zaledwie kilka minut jazdy. Samochody zostawiamy na parkingu, koło górnej stacji transportowego wyciągu 34, z i do Corvary. Staramy się stać w bramkach jeszcze przed jego otwarciem, czyli koło 8.30, żeby mieć jak najwięcej czasu, bo dziś robimy żelazny punkt programu, czyli całą Sella Rondę. My lubimy ją robić w kierunku clockwise (czyli w kierunku pomarańczowym). Jest to kierunek lepszy dla startujących z Colfosco, gdyż ostatni wyciąg, na który musimy zdążyć, to gondola z Selvy na Passo Gardena. Stamtąd mamy już tylko długi zjazd do Colfosco. Ostania gondola odchodzi o 17:00, więc mamy trochę czasu. A ponieważ, ta gondola jedzie chyba z pół godziny, w dół będziemy jechali już pustymi nartostradami.

mapka 3

mapka 3

Wyciągiem dojeżdżamy do dolnej stacji gondoli (19) na Boe. Na górze okazuje się, że chodzi już krzesło (20) na Vallon. Robimy raz czarną traskę, tak dla rozgrzewki i od razu wykręcamy w kierunku Arabby. Z Boe do Arabby jedzie się powoli, prawie po równym, ale można w połowie odbić w lewo na Cherz i zjechać z powrotem czerwoną przyjemną trasą.

Arabba – jedziemy na Porta Vescovo (2500 m n.p.m.) . Z dolnej stacji idzie wielka gondola (20-21), zabierająca prawie trzydzieści osób do każdego wagonika i stara funiva (01), zabierająca tak ze sto osób (teraz jest już nowa, ładniejsza, większa – przyp. autora). Zwykle wybieramy gondolę. Zawsze wprawia mnie w zdziwienie, widok olbrzymiej hali, w której kłębi się tłum narciarzy. W kolejce do gondoli stoją setki osób, a pomimo tego jedziemy już po kilku minutach. No, ale ta gondola i kolejka mają przepustowość 3700 osób na godzinę. To chyba tyle, ile wszystkie wyciągi w Polsce. Żartowałem…

widok na Marmoladę z Porta Vescovo

widok na Marmoladę z Porta Vescovo

Z Porta Vescovo widać jak na dłoni Marmoladę, skrząca się w słońcu lodowcami (zdjęcie powyżej).

Tutaj, z Vescovo jest najwięcej czarnych i czerwonych tras w tym rejonie. Na początek czarna i czerwona – w dół, do gondoli. Jest jeszcze wcześnie, słońce jeszcze nisko, chłodno, więc trasa jest gładziutka jak styropian i twarda. Ludzi jeszcze niewiele, można trochę poszaleć. Szeroko, gładko, tylko wiatr świszcze w uszach.

Szeroko, gładko, ludzi jeszcze niewiele, można coś powycinać... Marek wycina piękne łuczki...

Szeroko, gładko, ludzi jeszcze niewiele, można coś powycinać… Marek wycina piękne łuczki…

.

a to Ala, też coś tam wycina...

a to Ala, też coś tam wycina…

.

Powtarzamy kilka razy. Ale trzeba jechać dalej. Odbijamy w lewo i z Pont de Vauz jedziemy krzesłem (126) na Passo Pordoi. Z Passo Pordoi, jedzie kolej linowa na Sass Pordoi (2950 m n.p.m.) (120). W zasadzie, jest to tylko wjazd w celach widokowych, ale jeśli jest dostatecznie dużo śniegu, to można zjechać stamtąd na nartach tzw. pozatrasową nartostradą. Ale o tym później.

(więcej na http://mojenarty.wordpress.com/2013/07/27/podroz-xli-sella-ronda-cz-iii-civetta/ )

.

restauracja "Maria"  foto by BG

restauracja „Maria” foto by BG

Na Passo Pordoi jest kilka dość tanich knajpek, więc można zrobić przerwę i coś zjeść, choć trochę dalej jest kilka ładniej położonych. Tuż za górną stacją wyciągu 126, jest w szarym budynku knajpeczka, bardzo niepozorna, nazywa się „Maria”, ale podają tam lazanie, taką jak nigdzie, uuch… O tym, że dają tu dobre jedzonko, świadczy fakt, że w porze obiadowej trudno tu znaleźć miejsce, ale warto poczekać czasami kilka minut na stolik. Tylko zamawiając trzeba pamiętać, aby zamówić lazagne, a nie lazanię… Jeśli się komuś śpieszy, to z Passo Pordoi może zjechać najpierw niebieską, a potem czerwoną trasą bezpośrednio na przełęcz Białego Wilka, ale przejadą wówczas zaledwie skrajem rejonu Belvederu, a to trzeba zobaczyć. Trzeba więc, wrócić się kawałek z powrotem, za pomarańczowymi znakami i wyciągiem krzesełkowym nr 124, wjechać na szczyt Sas Bece (2430 m n.p.m.).

Belveder widziany od strony przełęczy Białego Wilka

Belveder widziany od strony przełęczy Białego Wilka

Wystarczy odepchnąć się kilka razy kijami, żeby stanąć na grani. Widok, jaki się stąd rozpościera, może każdego polskiego narciarza przyprawić o zawrót głowy. W dole leży olbrzymia dolina w kształcie misy, a wewnątrz niej widać mikroskopijne postacie tysięcy narciarzy, kierujących się w różne strony, jadących, stojących w kolejkach do wyciągów, siedzących w restauracjach, jadących wyciągami, które tutaj krzyżują się w trzech poziomach, tak że zawsze przypominają mi się sceny z obrazów Boscha. Fabryka narciarstwa. Będąc tam po raz pierwszy, tylko na kilka sekund skupiłem się na robieniu zdjęcia, by, gdy już oderwałem oko od aparatu, stwierdzić, że nie ma śladu po reszcie mojej grupy. Już po kilku sekundach, stali się kolorowymi punkcikami, niemożliwymi do zidentyfikowania na tle innych narciarzy. Musiałem zadzwonić do nich, żeby ustalić, w którym kierunku pojechali. Dlatego, warto mieć ze sobą małe walkie-talkie, żeby zaoszczędzić na połączeniach telefonicznych. Dolina jest na tyle duża, że nie czuje się tu ścisku, choć w tym rejonie, do niektórych wyciągów trzeba chwilę poczekać. Robimy tu kilka trasek, zwłaszcza w kierunku Pecol’a, a potem z powrotem na Col Dei Rossi ( 2390 m n.p.m.).

Col Rodella, Sassolungo, a wdole przełęcz Białego Wilka - widok z Sas Bece

Col Rodella, Sassolungo, a w dole przełęcz Białego Wilka – widok z Sas Bece

W końcu ruszamy dalej, do przełęczy Lupo Bianco. Stamtąd gondolą 155 na Col Rodellę. Tutaj jest parę czerwonych tras, które należy zrobić. Zmęczonym, polecam w tym rejonie kilka knajpek do wyboru (jest ich aż sześć), ale najbardziej polecam stojącą na uboczu Friedrich August. Cicha, przyjemna, często tam ładnie grają. Więcej o tym wyjątkowym miejscu, w opowiadaniach o wyjeździe do Vigo i Pery di Fassa, a zwłaszcza w opisie wyprawy na Secedę. Od Passo Sella, niebieską trasą, dojeżdżamy do wyciągu 48 na Piz Seteur. Jak mamy czas, to możemy wyjechać tym wyciągiem i czerwoną trasą zjechać do Plan de Gralba. Jeśli nie, to wcześniej można skręcić na Plan. Stąd na Piz Sella (2240 m n.p.m.) rusza duża kolej linowa (44). Jedziemy na górę. Dziś tylko jeden raz czerwoną trasą w dół, z powrotem do dolnej stacji, bo już późno. Przyjedziemy tu jeszcze pojeździć, a zwłaszcza na Saslongu. W ciągu kilku minut, poprzez Plan, zjeżdżamy do Selvy. Trzeba zdjąć narty i przejść na drugą stronę ulicy. Policjantka zatrzymuje samochody (teraz tu jest napowietrzna kładka – przyp. autora). Parę schodów (ale wystarczy, żeby się spocić, a to już 16.40!) i siadamy na krótkie czteroosobowe krzesło (31). Jedzie strasznie wolno. Z górnej stacji, krótki zjazd do gondoli (30) jadącej na Passo Gardena. Jest 16.53. To jest trochę igranie z czasem, bo gdyby tak komuś w grupie zdarzył się upadek, uciekła narta, to pewnie byśmy się spóźnili i trzeba by wrócić do centrum Val Gardeny i natychmiast (póki inni spóźnialscy nie wzięli wszystkich taksówek) brać TAXI na Passo Gardena, na inny transport nie ma co liczyć.

Gruppo Sella z Passo Gardena

Gruppo Sella z Passo Gardena

Gondola jedzie ponad dwadzieścia minut, tak że po wyjechaniu na górę nie ma się co już śpieszyć. W marcu o 17.30 jest oczywiście jeszcze jasno, karabinierzy już zjechali i możemy wśród nielicznych już narciarzy, spokojnie jechać niebieską trasą do Colfosco, gdzie mamy samochody.

.

Środa, 16 marca. Jedziemy do Arabby. ( 46.496177,11.875373 ) To jakieś dwadzieścia minut jazdy samochodami. Chcemy je zostawić na parkingu przed stacją gondoli na Porta Vescovo, żeby mieć więcej czasu na jeżdżenie w tym rejonie a jeszcze chcemy zahaczyć o Marmoladę (3250 m n.p.m.).

nowe krzesło w Arabbie

nowe krzesło w Arabbie

Korzystając z okazji, obracamy też na nowym, chyba sześcioosobowym krześle (09), no fajnie, można ominąć ruchliwy i zawsze niemiłosiernie zmuldzony odcinek trasy od górnych stacji gondoli i kolejki linowej. Jeździmy różnymi wariantami, trasy czarne, czerwone, wszystkie prowadzą do dolnej stacji. Jest piękny, słoneczny i mroźny poranek i jak to zwykle o poranku, innych narciarzy prawie nie ma, więc jazda dostarcza niesamowitych wrażeń. Niewiele brakowało, a zostalibyśmy na Porta Vescovo cały dzień. Ale Marmolada, to też wspaniała góra i wspaniałe trasy. A w zasadzie, jedna wspaniała trasa. Aby dostać się na Marmoladę, należy w Arabbie wsiąść do gondoli i wysiąść z niej na pośredniej stacji, a następnie wyciągami krzesełkowymi, poprzez Passo Padon i Passo Fedaia dotrzeć do Malgi Ciapeli (1460 m). Zjazd z Passo Fedaia do Malgi Ciapeli jest bardzo łagodny. Jedzie się z polanki na polankę, wśród wysokich sosen. Zwykle jest tu bardzo ciepło, czasami wręcz upalnie.

mapka 4 Arabba-Marmolada

mapka 4 Arabba-Marmolada

Marmolada to jedyna chyba prywatna góra i prywatne kolejki i jak byłem tu pierwszy raz, to trzeba było kupić sobie nowy, osobny karnet. Teraz, mając karnet Dolomiti Superski, można bez ograniczeń jeździć i po Marmoladzie.

ostatnie dni starego wagonika na Marmoladę (to już zdjęcie archiwalne)

ostatnie dni starego wagonika na Marmoladę (to już zdjęcie archiwalne)

Do niedawna, jeździły tu na trzech odcinkach, takie same wagoniki, jak stara kolejka na Kasprowy (zdjęcie powyżej). Obecnie jeżdżą już nowe, piękne, zabierające kilkakrotnie więcej pasażerów (zdjęcie poniżej), mimo tego w ładny, marcowy dzień, trzeba i tak postać w kolejce do kolejki, czasami nawet i godzinę.

nowa funiva na Marmoladę

nowa funiva na Marmoladę

Stojący na samym szczycie budynek stacji, też przeszedł gruntowną przebudowę. Do tej pory była to najbardziej obskurna stacja, jaką widziałem. Po wyjściu z wagonika szło się w dół, stromymi schodami, a ściany były wyłożone płytami pilśniowymi malowanymi na brązowo. W połowie schodów była duża (z reguły zadymiona) sala, gdzie, jeśli się miało drobne, to można było kupić sobie w automatach herbatę, kawę itp. Na samym dole, tuż przy wyjściu, przez wiele lat stały do połowy obsypane śniegiem (bo drzwi wyjściowe były zawsze uchylone), jakieś piętrowe łóżka, czy prycze. Teraz jest tu ładna restauracja i muzeum poświęcone I Wojnie Światowej, a i samo wyjście się zmieniło, zniknęły prycze, pojawiły się automatycznie otwierane drzwi… Wychodzimy na zewnątrz. Jest minus osiemnaście stopni! Na dole było chyba plus osiemnaście, a w słońcu to pewnie było ponad dwadzieścia.

marmoladowa "kupa"

marmoladowa „kupa”

Przed nami Gruppo del Sella jak na dłoni. Parę fotek i jedziemy w dół. Dawniej działały tu dwa orczyki i krzesło z Passo Fedaia, tak że można było wjechać prawie na sam szczyt nie tylko kolejką linową. Obecnie, zarówno orczyki, jak i krzesło są rozmontowane i niestety straszą szkieletami konstrukcji. Niemniej jednak, samej górze wyszło to na dobre. Dzięki takiemu rozwiązaniu, większość narciarzy zjeżdża tu tylko raz, co powoduje, że warunki na trasie są z reguły wyśmienite (dawniej, zazwyczaj na trasie było mnóstwo kamieni), tak że jak się trafi jeszcze na ładną pogodę, kiedy świeci słońce i nie ma mgły, a jeszcze jak niedawno popadał śnieg, to jest to wspaniały, długi zjazd o przewyższeniu ponad 1800 m! Śmiem twierdzić, że nie znajdzie się więcej miejsc o takiej różnicy poziomów. Marmolada jest przeważnie żelaznym punktem programu. Może to te kontrasty temperatur. Może to ten zjazd do Malgi Ciapeli, w przegrzanym słońcem, pachnącym igliwiem, marcowym powietrzu, a potem mróz na szczycie. Może chęć pojeżdżenia po twardym, zmrożonym śniegu. Nie wiem, ale miejsce przyciąga. Postanawiamy wracać. Trochę poniżej Passo Fedaia jest powrotne krzesło. Znowu przełęcz, długie krzesło transportowe i wreszcie pośrednia stacja gondoli na Porta Vescowo. Do zamknięcia kolejek, czyli do siedemnastej, robimy góra – dół, góra – dół. Po szesnastej, jesteśmy w zasadzie sami na stoku. Nikt normalny, nie wytrzymuje długo jazdy przez niekończące się góry i łańcuchy muld, które utworzyło marcowe słońce i tysiące narciarzy. To takie dożynki, ale ja je lubię.

.

Czwartek, 17 marca. Jedziemy do Cortiny d’Ampezzo. (Patrz: http://www.cortina.dolomiti.com     http://www.dolomiti.org ) To niestety ponad godzina jazdy, choć niewiele ponad 30 km, więc trzeba wyjechać koło pół do ósmej. Jedziemy drogą na Passo Falzarego (2105 m n.p.m.). Cała zaśnieżona. W nocy trochę znowu padało. Teraz jednak, świeci już piękne słońce. Po drodze omijamy ze trzy stojące samochody, chyba na letnich oponach. Po drugiej stronie przełęczy droga znacznie lepsza. Dziś chcemy pojeździć w rejonie Tofany, więc kierujemy się na parking pod kolejką PT25, czyli obok lodowiska olimpijskiego. ( 46.544886,12.131739 )

mapka 5 Cortina -Tofana

mapka 5 Cortina -Tofana

Ale można też postawić samochód w rejonie Pocol’u i dalej przemieszczać się już wyciągami. W Cortinie w 1956 była olimpiada zimowa i większość tras i wyciągów w rejonie Tofana pochodzi z tego okresu. Wjeżdżamy kolejką linową z tych lat, na Col Druscie (1778 m n.p.m.), by tam przesiąść się na nowoczesną, olbrzymią kolej na Ra Valles (2470 m n.p.m.). Dość mocno wieje. Wagon, pomimo że ogromny, kiwa się na boki. Na dodatek, w połowie drogi zatrzymuje się na kilka minut i czeka, aż wiatr ucichnie trochę. Ostatni odcinek znów prawie w pionie, gdyż na trasie nie ma podpór.

Dolna stacja kolejki na Tofanę 3130 m n.p.m. A wydawałoby się, że taki widok to może zdarzyć się tylko w Polsce...

Dolna stacja kolejki na Tofanę 3130 m n.p.m. A wydawałoby się, że taki widok to może zdarzyć się tylko w Polsce…

Dalej jest jeszcze jeden odcinek kolei na sam szczyt Tofany (szczyt ma 3244, stacja kolejki jest na 3130 m n.p.m.), ale tylko do celów widokowych i na dodatek zwykle w zimie nieczynny. Jeździmy trzema krzesłami w tym rejonie. Trasy przyjemne, długie, szerokie, śnieg perfekcyjny, można ciągnąć ile fabryka dała.

trasa wzdłuż krzesła PT30

trasa wzdłuż krzesła PT30

 

Niestety wiatr się wzmaga i obsługa informuje, że wyciągi zostaną zamknięte. Policja zamknęła również zjazd czarną trasą do rejonu Rumerlo, zaganiają wszystkich do kolejki linowej, która z uwagi na wiatr, więcej wisi niż jedzie. Nie wiemy dlaczego, ale tak długo zwlekamy, że policjant gdzieś w końcu sobie poszedł, więc my cichutko w dół. Już wiemy dlaczego nie pozwalali zjeżdżać na nartach. Pachnie lawiną. Śnieg jest ciężki, mokry, a nartostrada biegnie w poprzek olbrzymiego śnieżnego pola.

Gdzieś na trasie z Pomedes

Gdzieś na trasie z Pomedes

Zjechaliśmy pojedynczo (no powiedzmy, że pojedynczo) i w kilka minut byliśmy przy krześle PT21 i PT22. Jeździmy krzesłem na Pomedes ( zaledwie 2303 m n.p.m.), już w jego górnym odcinku. Spokojnie, ciepło, wręcz przytulnie. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć kilka sekund później. Nagłe zatrzymanie się wyciągu, też jeszcze nie było niepokojące, ale huraganowe uderzenie wiatru, niosącego twarde drobiny lodu poderwane z ziemi, które siekły w twarze z niesamowitą zaciekłością, było tak nagłe i zaskakujące, że nikt nie zdążył się w pierwszym momencie nawet zasłonić. Ponieważ wiatr wiał praktycznie w osi wyciągu, siedzenia krzesełek pochyliły się pod kątem prawie czterdziestu pięciu stopni, względem poziomu. Musiałem chwycić się za oparcie, aby nie zsunąć się z krzesła. Jedno krzesło niżej jechała Ala, która miała wówczas chyba z 10 lat, ale jej krzesło było trochę niżej i wiatr był tam już słabszy. Siedzieliśmy tak, a w około latały czyjeś deski snowbordowe, porwane sprzed restauracji, jakiś szyld reklamowy, pozostawiony niefrasobliwie kask… Wiatr ani się nie wzmagał, ani nie cichł. Wszystko ustało równie nagle, jak się zaczęło, po może maksymalnie czterech, może pięciu minutach. Wyciąg ruszył, ale już do końca dnia siadaliśmy na krzesełka z pewną dozą nieśmiałości. Atak wiatru, jednak więcej się już nie powtórzył. Wracaliśmy płaską, niebieską nartostradą przez Colfiere, biegnącą przez las i przez to usianą igliwiem zerwanym przez wiatr z drzew i czuliśmy się, jakbyśmy wracali z bieguna. Na koniec robimy czarną trasę wzdłuż wyciągu PT24. No, kawał góry. Stromo jak diabli, zwłaszcza w górnym odcinku, twardo, gładziutko, trzeba uważać. Cała trasa leży w cieniu lasu i pomimo późnego popołudnia, słońce tu nie dotarło, a i ludzi się tutaj zapędza niewielu, mają respekt przed pucharową, czarną trasą. Widać, że mają być tu za niedługo jakieś ważne zawody, bo przy bandach zgromadzono całe góry śniegu, aby w odpowiednim momencie rozłożyć go na trasie. Jazda super, powtarzamy raz i drugi. Musimy tu jeszcze wrócić.

Cortina nocą

Cortina nocą

Przed wyjazdem z Cortiny jeszcze mały spacer ulicami i jakieś zakupy (powyżej – Cortina nocą). Cortina jest przecież jedną z najsłynniejszych miejscowości narciarskich w Europie. Kawiarnie, restauracje, sklepy, ale wszystko raczej zwykłe, nie widziałem tam jakiejś znaczącej ilości Mercedesów i Porschów i bardziej lub mniej znanych aktorek w futrach. Sama miejscowość nie sprawia też wrażenia ośrodka narciarskiego, jakie ogląda się w folderach. Jedynym miejscem, gdzie czuje się powiew wielkiego świata, jest ulica Corso Italia, która przypomina swą funkcją nasze Krupówki. No, widziałem kilka bardziej malowniczych i bardziej “błyszczących” miejscowości. Choćby St. Moritz.

.

Piątek, 18 marca. Uparliśmy się na Cortinę. Chcemy pojeździć jeszcze w rejonie Falorii. Dalej jest wietrznie, choć słonecznie i ciepło. Zaparkowaliśmy samochody na parkingu przy Via Marconi ( 46.538466,12.139485 ) , jakieś 100 m od kolejki na Falorię. Sama kolejka jest podobna do tej, jaką jeździliśmy dnia poprzedniego na Tofanę. Stara, z lat pięćdziesiątych, zabierająca ze sto osób.

mapka 6 Cortina-Faloria

mapka 6 Cortina-Faloria

Najpierw jedzie się zupełnie poziomo, przecinką wśród drzew, tak że ich korony są znacznie powyżej wagonika. W pewnym momencie wjeżdża się na pośrednią stację w Mandres (1480 m n.p.m.) i przesiada się na niej do wagonika stojącego po drugiej stronie peronu, po chwili postoju kolejka rusza dalej i wówczas okazuje się, że na jednej linie są cztery wagoniki, a nie dwa jak zwykle. Taka techniczna atrakcja. Potem kolejka jedzie zupełnie pionowo, w odległości kilku metrów od pionowych skał Falorii. Wjeżdżamy na 2121 m n.p.m. Z tego miejsca nie ma nartostrady w dół. Trzeba wrócić wagonikiem, albo próbować zjechać nartostradą wzdłuż drogi wiodącej na Passo Tre Croci. O tej porze roku,  może to być jednak mało realne, z braku śniegu. Dlatego taniej (parking przy stacji Via Marconi jest płatny) i wygodniej jest zaparkować samochód na parkingu przy Rio Gere, przy drodze na Przełęcz Trzech Krzyży (ten, też jest już teraz płatny, ale zdecydowanie jest tańszy. A przynajmniej, tak mi się wydaje). No ale wówczas ominie nas ekscytująca jazda kolejką linową, z czterema wagonikami na jednej linie. Jeździmy wzdłuż wyciągów CF52, CF54, CF49, CF56. Trasy świetne, twarde, strome, w dolnych odcinkach biegnące przez lasy. Przemieszczamy się w kierunku Cristallo. Za drogą SS48 na Passo Tre Croci, obok parkingu w Rio Gere, jest nowe, piękne krzesło z osłonami przed wiatrem. I dobrze, bo słońce skryło się za chmurami i coraz bardziej wieje. Jak zamkną kolejkę na Falorię, to będziemy szli na piechotę… Wysiadamy na przełęczy Son Forca (2215 m n.p.m.).

żleb z Forcelli (Son Forca )

żleb z Forcelli (Son Forca )

Wyciąg CF58 jeździ tylko do mniej więcej połowy stoku. Po raz pierwszy odetchnąłem z ulgą, gdyż trasa narciarska wzdłuż tego wyciągu z Forcelli (2948 m n.p.m.), o różnicy poziomów ponad 700 m, wydawała się być tylko dla kaskaderów, zwłaszcza w jej górnym odcinku (zdjęcie obok). W pewnym miejscu żleb, którym jest poprowadzona, wydawał się być węższy, niż długość nart. Może właśnie dlatego wjazd do samej góry był niemożliwy, bo było zbyt mało śniegu, właśnie w tym żlebiku. Zjazd z połowy, nie robi większego wrażenia, co prawda wokół pionowe ściany skalne, ale ekspozycja normalna, a trasa dobrze przygotowana. Więcej wrażeń dostarcza jazda wyciągiem podobnym do starego, pojedynczego krzesła na Gąsienicowej, tylko bardziej się trzęsącego i sprawiającego wrażenie, że zaraz cały wyciąg się rozleci. Wrócimy tu jeszcze, może będzie więcej śniegu. Zjechaliśmy raz wzdłuż krzesła CF59. Katastrofa. Trasa nawet nie niebieska tylko zielona. Krzesło jak na Goryczkową, tylko że dwa razy wolniejsze. Wiatr nami majtał. Myślałem, że nigdy nie dojedziemy na górę. No cóż, jedyną sensowną trasą w tym rejonie, była ta na szczyt Forcelli, ta czarna wzdłuż CF58. Wracamy nibyczerwoną do Rio Gere. Potem Jeszcze parę razy na Falorii i kolejką w dół. Wiało, majtało, ale byliśmy i widzieliśmy. Po tych dwóch dniach zapamiętamy Cortinę jako groźną i wietrzną. Jakoś wolę Sellę, choć ta trasa z Forcelli… Albo te trasy na Falorii, nie mówiąc o Tofanie…

.

Sobota, 19 marca. W soboty zazwyczaj wraca się do domu, ale wówczas nie mieliśmy psa (pies przyplątał się do nas jakiś czas potem i tak już został), pogoda była piękna, więc postanowiliśmy pojeździć jeszcze na Kronplatz’u. To w zasadzie po drodze. Spać będziemy w Klagenfurcie. http://www.kronplatz.com/pl  Z tym, że taką wycieczkę dobrze jest zaplanować już pierwszego dnia i kupić karnety na siedem dni. Dokupywanie karnetu na kolejny dzień wypada nieco drożej.

 

.

.

Z La Villi, czy też Corvary, do pierwszych wyciągów na Kronplatz, znajdujących się w miejscowości Piculin (Piccolino koło San Martino), jest zaledwie piętnaście, dwadzieścia minut jazdy. Koło stacji gondoli jest wygodny parking, gdzie można zostawić samochód i wyciągami przez San Vigilio dojechać na sam szczyt Plan de Corones (2275 m n.p.m.). Można oczywiście pojechać dalej, do Brunico, gdzie jest olbrzymi wyasfaltowany parking, restauracje, wypożyczalnie sprzętu, gra głośna muzyka, no ale to jest ponad 30 km i około czterdziestu minut jazdy, pod warunkiem, że nie ma korków. A zwłaszcza w sobotnie poranki, korki się zdarzają.

Kronplatz

Kronplatz

Kronplatz, może naprawdę zaskoczyć każdego. Nas na pewno zaskoczył. Pomimo, że wokoło było zielono, wszystkie trasy narciarskie były naprawdę wyśmienicie przygotowane.

Niektórzy, zostali kompletnie powaleni... Foto by BG

Niektórzy, zostali kompletnie powaleni… Foto by BG

Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że czarne i czerwone trasy w kierunku Brunico, czyli 1, 2, 3 i 4, są więcej jak fantastyczne.

Patrz mapka: http://www.kronplatz.com/smartedit/documents/download/12_191_faltkarte_skipistenplan.jpg

Czegoś takiego dawno nie widziałem i nie czułem pod nartami. Długie, strome, twarde, no może nawet trochę zbyt twarde, szybkie, wymagające technicznie. Jazda niesamowita. Kto by pomyślał, że koło takiego nieciekawego (nieciekawego z punktu widzenia narciarza) miasteczka jak Brunico, jest taka góra z takimi trasami.

czasami trasy poprowadzone są przez lasy...

czasami trasy poprowadzone są przez lasy…

.

...a czasami po otwartych polanach. Gdzieś na czarnej 2B.

…a czasami po otwartych polanach. Gdzieś na czarnej 2B.

Jeździmy i nie możemy się najeździć, wszyscy zaczynają żałować, że dopiero teraz tu przyjechaliśmy. Czerwone 21, 22 i 23 też niczego sobie, długie, zaczynają się leniwie jako niebieskie 5 i 6, poprowadzone łąkami, wśród młodego lasu, by z każdą chwilą stawać się coraz bardziej strome, bardziej zmuldzone i coraz trudniejsze technicznie. Trasy w kierunku na Piccolino też niezłe, choć te położone są od południowej strony i dużo niżej, tak że są miękkie i wąskie, z braku śniegu.

czarna 45 z Piz de Plaies do Piculin. Ponad 500 m przewyższenia.

czarna 45 z Piz de Plaies do Piculin. Ponad 500 m przewyższenia.

W dolnym odcinku czarna 45 jest jedynie białym dywanikiem, wijącym się wśród zielonych pól, na których, o tej porze roku pasą się już krowy. Ale jest świetna. Kawał góry. Warto nią przejechać, zwłaszcza rano, jak jest twarda i gładka. Wszystkie trasy są tutaj długie, a wiele, zwłaszcza tych niebieskich, bardzo szerokich. Przyjemnie. Obok trudnych tras, wiele łatwych, dla dzieci i młodych matek, a ponieważ góra nie jest zbyt wysoka, jest zacisznie i ciepło, każdy znajdzie tam coś dla siebie.

pożegnalna fotka na Piz de Plaies 1620 m

pożegnalna fotka na Piz de Plaies 1620 m

.

Koło szesnastej wsiadamy w samochody i jedziemy do Klagenfurtu. Na terenie uniwersytetu jest tani i o dość dobrym standardzie hostel. Jadąc przez Lienz, mamy do przejechania 230 km, co zajmie nam około trzech godzin. W sam raz. http://www.hihostels.com/dba/hostels-Klagenfurt—Universitätsviertel-004007.en.htm#tabs=0 lub http://www.oejhv.at/index.php?id=61 Jego największą zaletą (tego hotelu), oprócz tego, że łatwo tam dojechać i że jest w odpowiedniej odległości, są całkowicie wyposażone kuchnie dostępne dla gości, tak że wieczorem można przygotować sobie kolacyjkę. Zwłaszcza jak się podróżuje z dziećmi, jest to wygodne. Pokoje są z łazienkami. W cenie noclegu jest też śniadanie w formie szwedzkiego stołu. Może nie jest jakieś specjalnie wyszukane, ale są świeże, chrupiące bułeczki, wędliny, dżemiki. W każdym razie, śniadanie jest nieporównywalnie lepsze jak w hotelach Formuła1 lub Etap. Nikt głodny od stołu nie odejdzie.

.

.

Kraków, lipiec 2013 – czerwiec 2014

.

z bliska żleb nie wygląda już tak groźnie... chociaż

z bliska żleb pod Forcellą nie wygląda już tak groźnie… chociaż…

.

Colfosco...

Colfosco…

.

śniegu tu nigdy nie brakuje...

śniegu tu nigdy nie brakuje…

.

gdzieś na Piz la Villa

gdzieś na Piz la Villa

.

12
lip
13

-Podróż XXI, XLVI, XLVII – Hintertux

Podróż XXI, XLVI, XLVII, XLVIII

.

Byliśmy na Hintertuxie

.

                                                                                                                                                                                                                                                                              Sobota, 21 kwietnia. Jedziemy na Hintertux. To jeden z najstarszych ośrodków narciarskich w Austrii. Na ten lodowiec jeździliśmy już wielokrotnie (ostatnio byłem tu trzy tygodnie temu), zwykle rodzinnie, z dziećmi i przeważnie na długi, listopadowy weekend. Zwykle mieszkaliśmy w Finkenbergu, gdzie chyba najbardziej polecałbym pensjonat Zellerhof. http://www.zellerhof.at/

Wynajęliśmy tam kiedyś, duży, jedenastoosobowy (a może nawet 15-osobowy) apartament, bardzo ładny, z olbrzymią kuchnią, połączoną z jadalnią, czterema sypialniami i dwoma łazienkami, pachnącą pościelą i całymi stosami białych ręczników. W piwnicach była sauna. To wszystko za 150,- eur za cały apartament, dziennie, ale poza sezonem. Ostatnio pisałem do nich w sprawie wynajęcia apartamentu na początku grudnia i cena się nie zmieniła.

Wówczas droga była trudniejsza, nie było tylu autostrad i dróg szybkiego ruchu. Droga z Bielska Białej do Cieszyna praktycznie nie istniała, gdyż była w przebudowie. O autostradzie A1 z Gliwic do Czech, nikomu się jeszcze nie śniło, a od granicy Czesko-Austiackiej do autostrady A1 jechało się wąskimi, lokalnymi drogami, przez tamtejsze wsie i miasteczka.

Tak więc przeważnie jeździliśmy autostradą A4 do Katowic, potem drogą 81 przez Mikołów, Żory, następnie 938 do Cieszyna, gdzie na granicy niejednokrotnie trzeba było nawet godzinę odpokutować. Granicę Czesko-Austriacką przekraczaliśmy w Znojmie, albo w Laa. Na pocieszenie, można było w strefie wolnocłowej kupić sobie parę butelek przedniej whisky, żonom perfumy, dzieciom słodycze, zjeść niewielki lunchszczyk w restauracyjce, zatankować też paliwo. Ceny na alkohol i perfumy, były wówczas przeważnie o mniej więcej połowę niższe jak w Polsce na te same artykuły. Nawet paliwo było tutaj tańsze, niż w głębi Austrii. Dawało to naprawdę sporo radości.

Niestety, te romantyczne czasy, kiedy to bywało, że nawet nocowaliśmy w Austrii, jadąc do znacznie bliżej położonego Alpbachu, dawno już minęły. Czas przejazdu skrócił się na tyle, że o nocowaniu w pensjonacie u Pani Raczew pod Wiedniem, nie ma co nawet myśleć, a miłe imprezy, jakie miały tam miejsce uległy zapomnieniu.

Teraz zwykle jeździmy przez Gliwice, A1 w kierunku na Ostravę. Więcej na temat przejezdności autostrady A1 pomiędzy Gliwicami a Ostrawą, kupowaniu winietek na Czechy i Austrię oraz możliwości zatankowania paliwa, na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/

Na wysokości miejscowości Oed ( 48.11719,14.73235 ), jeszcze przed Linzem jest Oldtimer, a w zasadzie Kingburger i stacja benzynowa z wyraźnie niższymi cenami za paliwo, niż na całej autostradzie. Tankowałem tam kilka razy diesla i byłem zadowolony, choć czuje się tam powiew atmosfery jak z filmów Quentina Tarantino… Zwłaszcza nocą…

Trasa liczy około 950 km, a czas przejazdu to około 10 godzin. No, z postojami to może 11 godzin

Tym razem wybrałem się z Markiem i Fredkiem. Zakładamy że będziemy jeździć trzy, cztery dni, w zależności od pogody. Jedziemy do miejscowości Juns, położonej już za Tuxem ale kilka kilometrów przed Hintertuxem (co wydaje się być jak najbardziej logiczne). Mamy tam zarezerwowane pokoje w hotelu Grunen Tor http://www.gruenentor-tux.at/  ( 47.138519,11.710042 ).

.

widok z sauny hotelu Grunen Tor, na Rastkogel. A może to Eggalm?

widok z sauny hotelu Grunen Tor, na Rastkogel. A może to Eggalm?

Mamy mieć też oczywiście śniadania i obiadokolacje. Na poddaszu są sauny, z pięknym widokiem na Rastkogel, czy też inny Eggalm. To wszystko za około 70,- euro od osoby za dzień. Taki mały wypasik. Zdecydowaliśmy się na ten hotel, gdyż słynie on z wybornego jedzenia, miłej atmosfery, oraz z tego względu, iż znajduje się niecałe 5 km od parkingu przy dolnej stacji gondoli na lodowiec, już za wszystkimi zakrętasami i serpentynami, a ich pokonanie, po nawet niewielkich opadach śniegu, może stwarzać czasem problem, kiedy to jacyś Holendrzy czy inni Belgowie próbują zakładać łańcuchy, stojąc na środku drogi. Co prawda takie sytuacje zdarzały się w listopadzie, a teraz jest kwiecień, sucho, ciepło, Holendrów chyba nie ma. No ale jednak – sicher is sicher, jak mawiają tubylcy.

jedzonko w Grunen Tor

jedzonko w Grunen Tor

.

O tej porze roku możemy jeździć tylko na lodowcu i jego okolicach, ale cały rejon składa się z kilku ośrodków (Penken, Rastkogel, Eggalm, Ahorn, czyli Zillertal3000 oraz Hoch Zillertal, Spieljoch i Zillertal Arena), położonych w jednej dolinie – Zillertal, tak że w sezonie można mieć do wyboru kilkaset kilometrów tras położonych na różnych wysokościach i o różnym stopniu trudności. Niestety, do każdego ośrodka trzeba dojechać samochodem (choć teoretycznie są one ze sobą połączone i dla tych co sobie chcą pozwiedzać a nie pojeździć, polecałbym przemieszczanie się nartostradami, wyciągami i skibusami, zwłaszcza skibusami) Nie są to duże odległości, ale drogi są tu kręte i często leży na nich śnieg. Więcej informacji na http://www.tux.at/ i tu http://www.hintertuxergletscher.at/ 

.

Niedziela, 22 kwietnia. Od rana sypie. I to solidnie. Sądząc po ilości śniegu na okolicznych dachach i drzewach, musiało sypać też przez całą noc. Drogi białe, leży na nich sporo śniegu. Wszędzie dookoła wiosna, a tu styczeń. Lodowca Hintertux nie widać. Żadna nowina, na Hintertuxie ciężko o dobrą pogodę, tu zawsze, mówiąc kolokwialnie, piździ i jest minus 200 C.

przed dolną stacją kolejki gondolowej na Hindertuxer Gletscher

Po wybornym i obfitym śniadaniu pojechaliśmy więc najpierw do pobliskiego kościoła w Finkenbergu (kiedyś, w czasie jednego z listopadowych pobytów, gospodyni z pensjonatu Zellerhof śpiewała w nim razem z lokalnym chórem), zjazd w dół był bezproblemowy ale w czasie drogi powrotnej musieliśmy omijać jakichś Holendrów stojących na środku drogi i zakładających łańcuchy. Miny mieli nie tęgie, widać że nie bardzo wiedzą jak to połączyć, żeby łańcuch był tam gdzie ma być i jeszcze dało się jechać. Kawałek dalej Belgowie, to samo. Oni tak zawsze, zobaczą trochę białego i od razu popłoch… Należy zaznaczyć, że śniegu leżało na drodze kilka centymetrów i zakładanie łańcuchów było raczej bez sensu.

Pojechaliśmy więc pod dolną stację gondoli ( 47.108122,11.675742 )  na piwo lub herbatkę, ot tak, dla zabicia czasu. Sądzimy że po południu pogoda się poprawi, chcemy więc kupić popołudniowe karnety, takie na dwa i pół dnia. Więcej informacji o karnetach na:

http://www.hintertuxergletscher.at/de/tickets-infos/preise-winter.html

Mamy wielką ochotę natychmiast wjechać na górę, ale wiemy że przy zerowej widoczności i tej wysokości, zapewne u większości z nas pojawią się objawy choroby wysokościowej, co zepsuje nam resztę dnia. Więc z rozsądku aklimatyzujemy się popijając piwko… Tak, no powiedzmy, że z rozsądku.

Marek i Fredek w knajpeczce przy dolnej stacji

I faktycznie, po dwunastej chmury się rozwiały i zobaczyliśmy szczyty. Pięknie. Na górze zimno. -180 C ! (jest koniec kwietnia!) Ale pięknie. Zdążyło nasypać sporo śniegu, więc jeździmy po świeżym.

Widok z Juns na Kl. Keserer i wyciąg Larmstange oraz Sommerbergalm

Zaczynamy od stoków na Sommerbergalm (2100 m). Patrz mapki tras:

http://www.hintertuxergletscher.at/de/skifahren/pistenplaene.html

i dość niezła, graniowa mapka: http://maps.tux.at/nefos_app/frontend/page/tux/de#overview,1323 tylko tam sobie trzeba wybrać region i zaklikać trasy i wyciągi.

Albo jeszcze taka, ciekawa mapka ale niestety są na niej same wyciągi. Muszę jeszcze popracować żeby były też trasy.

http://www.openstreetmap.org/?lat=47.0795&lon=11.6725&zoom=13&layers=M

Stoczki w sam raz na początek. Takie, raczej leniwe, raczej łagodne. Na mapkach trasy oznaczone są jako niebieskie i takie właśnie są. Można tu jeździć z dziećmi. Obecnie, jest tu orczyk na małym stoczku i wygodne, wyczepiane, 4-o osobowe krzesło z osłonami przed wiatrem.

Sommerbergalm

Po kilku zjazdach pchamy się Gletscherbusem na 3250 m. Na szczycie (Gefrorene Wand) faktycznie zimno, wieje wiatr ale świeci słońce. Tu zwykle wieje wiatr, takie miejsce…

Gefrorene Wand 3250 m n.p.m. Widok z tarasu nad stacją gondoli

Gefrorene Wand 3250 m n.p.m. Widok z tarasu nad stacją gondoli

Obok wyjścia ze stacji, jest wejście do podziemnej jaskini, a właściwie zespołu największych w Alpach, lodowych jaskiń udostępnionych do zwiedzania. Kto nie bardzo chce jeździć na nartach, może na półtorej godziny zapuścić się w podziemny świat. Koszt to 16,- euro. W cenie jest przewodnik, dostaje się też kask, ale można iść we własnym, narciarskim czy też snowboardowym, można iść też w butach narciarskich. Jest tam trochę metalowych schodów, ale spokojnie można je pokonać, nawet w butach narciarskich. Wejście do lodowych grot, znajduje się sporo poniżej górnej stacji gondoli. Zejście nie jest problemem, za to powrót, pod stromą górę, na wysokości 3200 m, powoduje lekką zadyszkę. Niektóre korytarze są wąskie i niskie, ale nie miałem tam, jakichś klaustrofobicznych objawów.

wśród lodu

wśród lodu

www-DSC_0586

czysty, żywy lód.

www-DSC_0596

niektóre korytarze są ciasne

Korytarze i sale są oświetlone i dość dobrze przewietrzane, tak że nawet osoby nieco bardziej wrażliwe, mogą pokusić się o taka przygodę. Dla wyjątkowych wielbicieli podziemnego świata, organizowane są nawet czterogodzinne wycieczki, niestety już za dużo większe pieniądze, bo aż 50,- euro od osoby, w pięcioosobowej grupie. Więcej na http://www.tux.at/en/glacier/glacier-experiences.html

 .

My jednak wolimy słyszeć w uszach świst wiatru, więc póki co, robimy trasy wzdłuż orczyków Gefrorene Wand (5, 4, 8 i 8a) i Olperer (9 i 9a) oraz 3-ką w dół, do Fernerhaus. Wszędzie wokoło nieskończone pola śnieżne, ciągniemy długimi skrętami w miękkim śniegu. Tu raczej ciężko się zgubić. Jadąc w dół i tak dojedziemy do Fernerhaus.

Widok ze szczytu, na trasy wzdłuż orczyka Olperer, po lewej widoczny wjazd na trasę nr 5

Widok ze szczytu, na trasy wzdłuż orczyka Olperer, po lewej widoczny wjazd na trasę nr 5

.

www-DSC_0625

tak samo, tylko z chmurkami…

Zapuściliśmy się też na „drugą” stronę, na trasy wzdłuż krzesła Schlegeis. Krzesło jest raczej starsze, wolne i dzisiaj niemiłosiernie na nim wieje, tak że całe się kiwa i sprawia wrażenie, że za chwile się urwie. Ale zjazd trasą ( czerwoną 5-ką ) wzdłuż niego, godny polecenia. Ten stoczek jest bardzo przyjemny, choć czasami lubi być oblodzony, ale to raczej o innej porze roku. Choć, miesiąc temu, w marcu – był. Czarna 5a w zasadzie jest zawsze zamknięta, choć jak jest wystarczającego dużo świeżego śniegu, to po prostu traktujemy przejazd nią, jak jazdę poza trasą.

widok na "drugą stronę" i krzesło Schlegeis

widok na „drugą stronę” i krzesło Schlegeis

Wracamy na „naszą” stronę. Po całonocnych i dopołudniowych opadach śniegu, trasy są miękkie i w niektórych miejscach zdążyły się potworzyć spore muldy, ale śniegu jest mnóstwo i jazda jest wspaniała. Szkoda że nie wziąłem swoich nowych K2 RICTOR , byłyby dobre na taki śnieg. Fredek, którego samochodem pojechaliśmy, marudził że ma małą „trumnę” i że się nie zmieści tyle nart, więc zabrałem swoje uniwersalne, sprawdzające się na każdym śniegu Salomony Equipe SC. I tak wykazałem więcej rozsądku, bo Marek wziął Atomicki D2 Race SL… Typowe slalomki na twardy i dobrze przygotowany stok. Potem się tłumaczył, że gdyby wiedział, że ja biorę salomonki, to on też by wziął, że nie wiedział i takie tam. Ale trzeba przyznać że dawał sobie radę na nich znakomicie.

Czas szybko mija i trzeba wracać, no ale zaczęliśmy jeździć dzisiaj dopiero koło południa. Wracamy jedyną możliwą trasą powrotną, czyli nr 2- Spannagelabfahrt i jej wariantem 2a – Morane.

Trasa 2-Spannagelabfahrt

Nie można się ociągać, gdyż aby wrócić na Sommerbergalm musimy zdążyć na poszóstne krzesło Sommerberg, które co prawda nieco dłużej jest czynne, no ale tylko – nieco. Oczywiście, tak z samego szczytu Gefrorene Wand jak i każdej pośredniej stacji gondoli można wrócić w dół kolejką, no ale to może dotyczyć matek z dziećmi na ręku i innych takich.

Wracamy na parking czerwoną, niby pozatrasową 1a – Schwarze Pfanne. Aby na nią wjechać, należy po powrocie na Sommerbergalm, wjechać krzesłem Tuxerjoch (które nie chodzi „nieco dłużej”, więc choćby z tego względu nie należy się ociągać) i potem jadąc w dół niebieską 17, trzymać się lewej strony trasy. Wjazd na Pfanne jest mniej więcej w połowie góry i jest oznaczony dość dużą, zieloną tablicą.

Jak widoczność jest dobra, to nie ma problemu. Jak ktoś nie trafi i zjedzie zbyt nisko, to albo musiałby podchodzić albo jak najszybciej zjechać do stacji gondoli, póki ta jeszcze zwozi narciarzy w dół, do parkingu. W środku zimy, pewnie można by też zjechać trasą nr 1 – Waldapfahrt, ale w listopadzie, bądź kwietniu może być trudno.

Skręcamy w lewo, na ukośnie biegnącą w poprzek zbocza ścieżkę. Z daleka wygląda jakby szła nieco pod górę i faktycznie trzeba się nieco rozpędzić wjeżdżając na nią, aby potem nie trzeba było mozolnie odpychać się kijami. Mijamy żebro grani i jesteśmy po drugiej stronie. Trasa jest jednak przygotowana i dobrze oznakowana. Trochę stoków, trochę wąskiej nartostrady, ale żadnych trudności, tak że bez przeszkód zjeżdżamy do parkingu. W samochód i do hotelu. Trzeba przyznać że mimo rozpoczęcia jeżdżenia w południe, był to udany dzień o czym świadczą zadowolone miny moich kolegów.

Marek i Fredek przed hotelem Grunen Tor, w tle lodowiec

Przed kolacją jeszcze sauna (do wyboru jest parowa i sucha), nic specjalnego ale przyjemnie się wygrzać. Sama kolacja to już temat na osobną opowieść. Poezja. W tego typu hotelikach czy też pensjonatach są zazwyczaj dwa dania do wyboru, na które trzeba się zdecydować wcześniej, np. podczas śniadania. Obiad składa się z zakąski, zupy, dania głównego i deseru, do tego bar sałatkowy, sery i wędliny bez ograniczeń. Herbata, napoje gazowane w cenie. Za wina trzeba zapłacić extra.

.

Poniedziałek, 23 kwietnia. Rano piękna pogoda, więc już przed dziewiątą (!) byliśmy na dolnej stacji gondoli Gletscherbus. Biorąc pod uwagę wyśmienitą kolację i równie wyśmienite i obfite śniadanie, jest zrozumiałym, iż nie było żadnych, ale to żadnych możliwości abyśmy dotarli tu nawet nieco wcześniej. Niestety, zanim zdążyliśmy wjechać na samą górę, pogoda zdążyła się popsuć. Wjechaliśmy więc gondolką Gefrorene Wand „tylko” na 3033 m. No, mówię wam, wszędzie dookoła kwiecień, a tu grudzień.

Marek i Fredek przed górną stacją gondoli Gefrorene Wand 3033…

Śniegu przybywa w oczach. Po paru godzinach jeździmy w puchu do kolan. Jeździmy brzegiem tras zjazdowych, bo wtedy widać tyczki i siatki, jest przynajmniej jakiś punkt odniesienia. Niektórzy jeżdżą, inni fikają koziołki… No, ale faktycznie, widoczność zerowa, błędnik reaguje obłędnie…

…i chwilę później

Zjeżdżamy więc na Sommerbergalm, gdzie jest ciepła, duża, dobra knajpa z płonącymi kominkami (teraz i w tej na Fernerhaus jest kominek, piękne toalety, ale wówczas była jakaś wymarła), co się przydaje, bo jesteśmy (mimo posiadania gorotexowej odzieży) nieco wilgotni. Zwłaszcza ci co fikali koziołki w zaspach. W czasie naszych listopadowych wyjazdów tutaj i na Fernerhaus dominował język polski, tak że zupełnie naturalnym było pytanie: „czy ten stolik będzie wolny?” Teraz tylko jedna z kelnerek okazuje się być Polką. Z uwagi na pogodę większość stolików jest zajęta, ale dominuje język niemiecki. Za tydzień będzie długi, majowy weekend i pewnie wówczas zjedzie tu więcej naszych rodaków.

Po południu, pogoda zaczyna się poprawiać. Coraz lepiej i dalej widać, zwłaszcza wyżej, więc znowu w górę. Jazda staje się naprawdę ekscytująca. Pół metra świeżego, zmrożonego śniegu, ludzi niewiele, pewnie pojechali do domu nie wierząc, że pogoda się poprawi, no bajka. Nad górami kłębią się jeszcze pojedyncze obłoki, więc raz jedziemy w pełnym słońcu, raz w cieniu.

Widok z 2-Spannagelabfahrt na dolinę

Widok z 2-Spannagelabfahrt na dolinę

Że ja nie wziąłem tych K2 RICTOR. Na trasach jest tyle śniegu że byłyby akurat. A poza trasami? Poza trasami istny raj. Cały rejon wzdłuż starego, ledwo jeżdżącego krzesła Larmstange, to jedna wielka pozatrasowa trasa. Ze skruchą muszę przyznać że jakoś nie wybraliśmy się tam, sam nie wiem dlaczego, chyba mieliśmy dość (oczywiście w sensie, dostatecznie dużo), głębokiego śniegu na samych trasach. Albo się starzejemy… Albo to przez te kolacyjki i śniadanka…

Znowu wracamy przez Schwarze Pfanne. Zanim zdążyliśmy dojechać do parkingu, pogoda znów się popsuła. W dolinach znowu zaczęły się kłębić chmury i mgły i jeszcze tylko nad szczytami widać było błękitne niebo.

Gdzieś tam pod chmurami i mgłami jest Tux i Juns

Cały czas mamy ujemne temperatury, na szczytach raczej bliżej -150 C, w dolinach tylko lekki mrozik. Tylko koło hotelu, po południu jest parę kresek powyżej zera.

Zbliżamy się już do parkingu

Tak że zjazd do samego parkingu jest bezproblemowy, zresztą przez ostanie dwa, trzy dni spadło w sumie chyba z metr świeżego śniegu.

Podczas kolacji z okien jadalni wychodzących na na północ, rozpościera się widok na oświetlone zachodzącym słońcem, nieśmiało odsłaniające się z mgieł, stoki, któregoś z nieczynnych już ośrodków nad Mayrhofen. Wydaje mi się, że jest to raczej Rastkogel, choć może też być to Eggalm. W każdym razie pogoda się poprawia a gospodyni twierdzi, że jutro będzie ładny dzień.

widok z okien naszego hoteliku

.  

a, to też widok z naszgo hoteliku, tyle że dwa lata później, w maju.

a, to też widok z naszgo hoteliku, tyle że dwa lata później, w maju.

                                                                                                                                                                                                                                                                         

Wtorek, 24 kwietnia. Istotnie rano widoki, jak z folderów reklamowych. Jest mroźno i słonecznie, śnieg porywany podmuchami wiatru mieni się i połyskuje, że aż oczy bolą. Wiatr jest momentami huraganowy, gondole pod jego ciosami zataczają się jak pijane, ale wszystkie wyciągi działają. Przy takim wietrze na Kasprowym, to nawet orczyki by wyłączyli, na szczęście na Kasprowym nie ma orczyków.

Gefrorene Wand w zawiei

Po wjechaniu na szczyt Gefrorene Wand, pokręciliśmy się trochę wzdłuż orczyków Gefrorene Wand i Olperer, a następnie trasami 8-Slalohang, 3-Tuxer Fernerhaus, 2-Spannagelabfahrt i 2-Morane dojechaliśmy do krzesła Larmstange. Chcemy dziś więcej pojeździć wzdłuż orczyków Kaserer 1 i 2. Problem w tym, że do tego miejsca można się dostać albo tak jak opisałem powyżej, albo poprzez „poziomy” odcinek trasy 11-Kaserer. Z górnej stacji orczyków Olperer nie ma możliwości tam dojechać.

Gdzieś trochę poniżej Fernerhaus

Trasy wzdłuż orczyków Kaserer, zwłaszcza niebieska 12-Hollscharte, wydawały mi się dotąd marne, ale myliłem się. Zarówno ta niebieska jak i czerwona 11-Kaserer okazały się przepiękne, szerokie, gładkie i o równym nachyleniu. Można było przemierzać śnieżne pola długimi skrętami, płynąc lekko w miękki śniegu. Ludzi tu też znacznie mniej, zaledwie kilka osób, tak że podczas większości zjazdów na stoku byłem sam. Bardzo przyjemne uczucie. Oczywiście nie są te trasy jakoś przesadnie strome, ale w końcu chodzi o przyjemność z jazdy a nie o bicie rekordów w kącie nachylenia.

Stok wzdłuż orczyka Keserer1 i 2

Stok wzdłuż orczyka Keserer1 i 2

Potem przenieśliśmy się na czerwoną 11a-Kaserereck i czarną 11b-Sonnenhang. Ta czarna to naprawdę czarna, kawał góry, bardzo stromy stok o jednakowym nachyleniu. Jest po czym pojechać. Tutaj można bić rekordy w nachyleniu stoku. Pogoda wspaniała, słońce, mięciutki, świeżo spadły śnieg, błękitne niebo usiane niewielkimi obłoczkami i nawet porywisty wiatr jakoś nie dawał się we znaki. Czy trzeba czegoś więcej?

A to orczyk Keserer2. Po jego lewej i prawej stronie, trasa 12-Hollscharte

A to orczyk Keserer2, Po jego lewej i prawej stronie, trasa 12-Hollscharte

Nad całym tym śnieżnym polem, góruje skalne żebro szczytu Kl. Kaserer, zakończone ostrym, wyglądającym jak stępka wielkiego okrętu, urwiskiem – to już Larmstange. Bardzo charakterystyczny kształt, widoczny nawet z Juns i oczywiście z Tuxu i Hintertuxu, pozwala łatwo zlokalizować tereny po których się jeździ. Z bliska wygląda groźnie, pionowa ściana od wschodu, od zachodu śnieżne kotły, co nie przeszkadza, że ktoś tam zjechał na nartach, zostawiając na świeżym śniegu ślady.

Larmstange 2686 m n.p.m.

Po całym dniu spędzonym pod pionowymi ścianami Kl. Kaserer, wracamy, jak zwykle przez Schwarze Pfanne. Tu, w dolinie jest zacisznie i ciepło, wiatr tu nie dociera. Dopiero teraz czuję, że koniec nosa albo i ucho mam trochę przymrożone. Ale gorąca sauna i kieliszeczek czegoś mocniejszego przed kolacją czynią cuda i wszystko wraca do normy.

.

Środa, 5 grudnia. Jak ten czas szybko leci. Nie wiedzieć kiedy minęło pół roku. To już zupełnie inny wyjazd. W tym roku postanowiliśmy rozpocząć sezon znacznie później niż zwykle, ale za to pojechać na cały tydzień. Wybraliśmy się więc w dwie rodziny, w sumie osiem osób i pojechaliśmy w sobotę, 1-szego grudnia do Finkenbergu.

Widok z Finkenbergu na Mayrhofen

Widok z Finkenbergu na Mayrhofen

Zwabieni dobrymi zdjęciami w internecie, zdecydowaliśmy się na wyglądający na bardzo wypasiony, apartament Fieg.  http://www.fieg.at/de/home.html Był w zasadzie dwa razy droższy niż np. Zellerhof, więc spodziewaliśmy bóg wie czego. Jednakże już na miejscu okazało się, że pani właścicielka jest jakby zdegustowana naszym przyjazdem. Przywitała nas z kwaśną miną i obwieściła że w cenie jest tylko jedno wejście do sauny, a każde następne jest płatne po 5,- euro od osoby (trzeba jednak przyznać że wystrój i funkcjonalność sauny robiły wrażenie), również okazało się że w ozdobnych piecach może palić jedynie właściciel, więc machnęliśmy ręką na te piece i nawet nie zapytaliśmy ile kosztuje to palenie. Same apartamenty okazały się dużo mniejsze i o wiele mniej atrakcyjne niż by to wynikało ze zdjęć w internecie. Ale generalnie nie było się do czego przyczepić. Średnia cena za osobę wyniosła prawie 34,- euro, więc dość dużo, biorąc pod uwagę że to bez śniadania, no ale z psem i z bułeczkami i z tą sauną. Strasznie drogo.

A to wszystko przez Maćka. Proponowałem żebyśmy pojechali do Zellerhof i wzięli tam ten duży apartament (Ahorn) za 18,- euro od osoby dziennie, z sauną bez ograniczeń w cenie ( http://www.zellerhof.at/ahorn.html ),  albo taki z Interhomu http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/mayrhofen+zillertal/at6290.580.1 , dobrze położony, za jedyne 12,- euro od osoby. Albo ewentualnie taki: http://www.interhome.pl/polski/austria/tyrol/mayrhofen+zillertal/at6290.700.1 po 13,- euro, ale aż w Hippach, więc się nie napierałem… Ale Maciek zaczął marudzić, że mało łazienek (bo, po dwie i po dwa osobne WC) i że we wspólnej kuchni będziemy sobie przeszkadzać (po dwudziestu latach wspólnych wyjazdów?!) i takie tam. Doszedłem więc do wniosku, że chłopak chce sprawdzić siłę swoich pieniędzy (jakiś napadziorek zrobił, czy co?) i zamówiłem najdroższy jaki był w okolicy… Więc, wybór padł na Fieg. Bez sensu.

Na pocieszenie okazało się, że w dniu poprzedzającym nasz wyjazd otwarto autostradę A1 pomiędzy Świekrlanami a Ostrawą. Okazało się, że jest prawie przejezdna, ale ponieważ „prawie” robi wielką różnicę, to jednak należy około 11 km przejechać po lokalnych drogach. No ale i tak byliśmy zadowoleni, gdyż przejazd przez Wodzisław to była wyjątkowa męczarnia (obecnie, już cała autostrada jest przejezdna). Więcej na http://mojenarty.wordpress.com/przejazd-przez-a1/ .

.

www-IMG_0486

Tux

Początek grudnia to czas adwentu, a więc radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. W Tyrolu, czuje się tę radość na każdym kroku. Wsie są udekorowane, na domach, drzewach i latarniach ulicznych wiszą setki kolorowych lampek, w oknach palą się adwentowe świece. Widziałem małe dzieci przebrane za aniołki (miały skrzydełka u ramion), biegnące po chrzęszczącym śniegu do pobliskiego kościoła, z którego było już słychać próby lokalnego chóru. Padający leniwie śnieg dopełniał całości, tak że każda wieś wyglądała jak jedna wielka bożonarodzeniowa szopka. To zupełnie co innego, niż ten sam czas w dużym, polskim mieście…

Autor, tuż przed wyjściem z zacisznej gondolki

Autor, tuż przed wyjściem z zacisznej gondolki. Foto by MF

Na samym Hintertuxie, jak to na Hintertuxie, było -21o C i wiał huraganowy wiatr, co dawało tzw. temperaturę odczuwalną w pobliżu -30o C. Ponadto, raz padał śnieg, a za chwile świeciło piękne słońce. Jak zwykle na Hintertuxie. W każdym razie neoprenowa maska była jak najbardziej pożądana. Na trasach leżała spora warstwa świeżego, miękkiego śniegu, niestety poza trasami było go jeszcze bardzo mało. Cały obszar wzdłuż krzesła Larmstange, razem z tym krzesłem był zamknięty. Wystawały tam ostre skałki i kosodrzewina. Pomimo tego znalazłem parę miejsc gdzie udało mi się jednak coś pojeździć poza trasami, na moich, ciągle nowych K2 RICTOR i muszę przyznać że są zajefajne. Skręca się na nich jak na krótkich slalomkach, w głębokim śniegu po prostu płyną a w zasadzie wypływają na powierzchnię, zupełnie nie czuje się ich długości (moje mają 175 cm) i szerokości, na trasie zachowują się lepiej niż gigantki. Na twardym też pojadą, choć na twarde to ja wolę Atomic’ka RACE D2 SL. Po takich doświadczeniach, jeszcze bardziej żałowałem że nie miałem ich podczas poprzedniego przyjazdu tutaj, w kwietniu, kiedy to warunki do jazdy poza trasami były wręcz znakomite.

to jeden z momentów kiedy mróz koszmarny, zmieniał się na mróz tylko okropny

to jeden z momentów kiedy mróz koszmarny, zmieniał się na mróz tylko okropny

I tym razem mogliśmy jeździć jedynie na lodowcu. Trasy na Penkenie, Eggalmie i Rastkoglu były jeszcze zamknięte.

.

Niedziela, 04 maja. Znowu jesteśmy na Hintertuxie. W zasadzie nie ma co pisać jak było. Zdjęcia pokażą wszystko.

wszędzie dookoła mgły i chmury, a tu niedziela...

wszędzie dookoła mgły i chmury, a tu niedziela…

.

żelazny punkt programu, zdjęcie na tle Gefrorene Wand

żelazny punkt programu, zdjęcie na tle Gefrorene Wand

.

ludzi mało, pogoda piękna...

ludzi mało, pogoda piękna…

.

w sumie widoczność dobra, a kłębiące się chmury, dodają tylko uroku

w sumie widoczność dobra, a kłębiące się chmury, dodają tylko uroku

Cały poprzedni dzień i całą noc mocno sypało. Jednakże, ranek przywitał nas pięknym słońcem, prawdziwie zimowym mrozem (termometry pokazywały -12C, co przekładało się na tzw. temperaturę odczuwalną wynoszącą -18C. W maju!), no i śniegiem po kolana… No dobrze, może do połowy łydki, ale i tak było pięknie.

www-DSC_0653a

Ola poza trasą. Jak widać ma Rossignole Soul 7

Jeździliśmy więc głównie poza trasami. Jak się okazuje, w terenie, K2 RICTOR nijak się mają do Rossignoli Soul 7, lub podobnych. Dopiero na takich nartach, można naprawdę pojeździć poza trasami. Oczywiście są to narty dedykowane do jeżdżenia po miękkim i na normalnej, twardej trasie nie będą sprawowały się dobrze, a RICTOR od biedy pojedzie i tu i tam.

DSC_0646_01

.

DSC_0647_01

.

DSC_0648_01

.

Takie rzeczy, to jednak tylko na Hintertuxie.

.

.

.

Tak, ten Hintertux jest naprawdę niezły, a że jest to jeden z najbliżej położonych lodowców (tylko Molltaler Gletscher jest o około 100 km bliżej, no ale nie można Hintertuxu porównywać z Molltalerem), to bez wątpienia jest to numer jeden w rankingach. Tylko ta pogoda. Chyba nie można planować przyjazdu tutaj z dużym wyprzedzeniem, raczej należy się zdecydować na wyjazd, jak prognozy pogody są pomyślne. Pogodę można śledzić na kilku portalach. Dość dobry jest

http://www.skionline.pl/pogoda/austria-tyrol-hintertux-lodowiec,osrodek,161.html

gdzie można z czternastodniowym wyprzedzeniem sprawdzić pogodę a na http://www.snow-forecast.com/resorts/Hintertux/6day/mid można na około 10 dni naprzód oglądać animacje satelitarne, które pozwalają śledzić rozwój i przemieszczanie się frontów atmosferycznych.

I jeszcze taki: http://pl.bergfex.com/hintertux/wetter/

Tak, ciągnie mnie tam znowu…

.

Kraków-Kotli, sierpień 2012 – maj 2014

.

.

mój ulubiony motyw, tym razem zdjęcie zrobione w maju

mój ulubiony motyw, tym razem zdjęcie zrobione w maju

.

tuż przed burzą śnieżną

tuż przed burzą śnieżną

.

białe, wydawałoby się, bezkresne pola śnieżne

białe, wydawałoby się, bezkresne pola śnieżne

.

widok na Gefrorene Wand i trasy wzdłuż orczyków o tej samej nazwie

widok na Gefrorene Wand i trasy wzdłuż orczyków o tej samej nazwie

.

widok na Hintertux

widok na Hintertux

.

widok na trasy narciarskie pod Gefrorene Wand i Larmstange

.

Gefrorene Wand i trasa 4 w listopadzie

Bartek – jak zawsze bodycarving

Jak zwykle nad Gefrorene Wand kłębią się chmury

Jak zwykle nad Gefrorene Wand kłębią się chmury

grzejemy się przy kominku na Sommerbergalm

grzejemy się przy kominku na Sommerbergalm

na szczycie Gefrorene Wand

na szczycie Gefrorene Wand. Foto by MF

grudniowy zmierzch na górnej stacji krzesła na Sommerbergalm

grudniowy zmierzch na górnej stacji krzesła na Sommerbergalm

28
cze
13

-Podróż XLV – Val di Sole

Podróż XLV

 

Byliśmy w Val di Sole

Folgarida, Marileva, Madonna di Campiglio, Pinzolo, Pejo, Tonale, Ponte di Legno

.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                             

Wtorek, 14 lutego. Janusz proponuje wyjazd do Val di Sole. Czemu nie? Ostatnio byliśmy tam dokładnie 12 lat temu. Wówczas mieszkaliśmy w Folgaridzie i mieliśmy możliwość pojeżdżenia jeszcze w Marilewie, Madonnie di Campiglio i Tonale. Wówczas nie było połączenia Madonny z Pinzolo a także Tonale z Ponte di Legno. Tym razem więc, liczymy na zwiedzenie właśnie tych dodatkowych ośrodków, no i Pejo, w którym wówczas nie było nowej, wielkiej kolejki na 3000 m, w zasadzie wówczas w ogóle nic nie było w Pejo. Ale żeby zrealizować taki plan, musimy znaleźć mieszkanie gdzieś w okolicach Dolasy lub Mezzany, tak żeby było blisko do gondoli wożących narciarzy poprzez Monte Vigo do Folgaridy i dalej do Madonny i Pinzolo ale żeby też można było podjechać samochodem do Tonale i Pejo. Zastanawiamy się też czy to ma być apartament, czy raczej hotel. Dość dobra, poglądowa mapka pokazująca wzajemne położenie poszczególnych ośrodków jest tu: http://www.skirama.it/html/skimap.asp?s=21&l=IT

i taka graniowa mapa ale z zaznaczonymi tylko ważniejszymi wyciągami, niemniej jednak dająca ogólny pogląd na to co gdzie się znajduje;

http://www.openstreetmap.org/?lat=46.2902927398682&lon=10.7396507263184&zoom=12

.                                                                                                                                                                   

Niedziela, 19 lutego. Po burzliwych naradach decydujemy się na apartament ze śniadaniem i sauną. Taki kompromis, między drogim hotelem a zwykłym apartamentem. Wybór pada na Gaia Residence Hotel w Mezzanie, tuż obok dolnej stacji gondoli w Marilevie 900 http://www.gaiaresidencehotel.it  W internecie wygląda dobrze, apartamenty niewielkie ale bierzemy te największe, 6-cio osobowe (ale dla 4 osób) z dwoma łazienkami i dwoma sypialniami, cena w miarę przystępna bo za cały apartament 6-cio osobowy ze śniadaniami dla czterech osób mamy zapłacić 650,- euro, to wypada po 23,- euro dziennie za osobę. Ze śniadaniem i sauną, może być. Poza tym strona jest po Polsku i sauny wyglądają nieźle.

Były co prawda propozycje aby wynająć apartamenty w Marilevie 1400, położone przy nartostradzie, niedrogie ale oglądaliśmy je już podczas naszego poprzedniego pobytu, kiedy to wydawały nam się jakimś koszmarem – całe miasto sześciennych kostek z całościennymi oknami, z tarasami, restauracjami, parkingami, basenami, sklepami, pocztą i kościołem, zabudowane tarasowo na zboczu, takie w stylu lat 50-tych. Tutaj można znaleźć trochę zdjęć i opis.

http://www.visittrentino.it/pl/a/residence-case-appartamenti-per-vacanze/valli-di-sole-pejo-e-rabbi/marilleva/appartamenti-marilleva-cav-sole-alto

albo tu:

http://www.neckermann.pl/wczasy/samochodem-AUTO/wlochy-IT/alpy-region-trentino-BZO/03455-apartamenty-sole-alto.html

http://www.govacanze.it/

Chociaż, fakt że rano można wyjść z mieszkania, ubrać narty i odjechać a po południu podjechać na nartach pod drzwi, powoduje że warto rozważyć i ten wariant.

Na drugim biegunie rozważań był uroczy i niezbyt drogi hotel Baita Velon, http://www.hotelbaitavelon.com ale położony już prawie w Tonale…

Więcej o samym ośrodku, ofertach zakwaterowania i terenach narciarskich tu:

http://www.valdisole.net

http://www.skirama.it

http://valdisole.it/

http://www.holiday-home.org/pl/desktopdefault.aspx/tabid-955/

http://www.vacando.pl/trentino-poudniowy-tyrol/trentino-poludniowy tyrol/wochy

                                                                                                                                                                      .                                                                                       

Sobota, 25 lutego. Bigluje narty…

.

Niedziela, 26 lutego. Bigluje narty…

.                                                                                                                                                      

Sobota, 03 marca. Wyjechaliśmy dość wcześnie, bo przed szóstą, w końcu do przejechania mamy prawie 1150 km. Jedziemy jak zwykle, najpierw A4 na kierunek Gliwice, potem A1, potem około 30 km męczarni przez Wodzisław (teraz można już przejechać praktycznie całą A1 – więcej tutaj ) do D1 po stronie Czeskiej. Dalej przez Olomouc, Brno na Mikulov i już po austriackiej stronie nowymi autostradami A5, S1, A22, S5, S33 do A1. Dalej na kierunek Innsbruck i przez Brenner aż za Bolzano, gdzie należy zjechać na zjeździe San Michele – Adige – Mezzolombardo na drogę SS43. Na komentarz zasługuje objazd właśnie owego Mezzolombardo. Mianowicie jest nowy tunel omijający centrum miasteczka, który co prawda powoduje że nadkładamy około 5 km drogi ale mimo wszystko skracamy czas przejazdu gdyż w centrum owego Mezzocośtam jest chyba z pięć skrzyżowań ze światłami i stoi się na każdych. Większość GPS-ów i mapy googla pokazują z uporem przejazd przez centrum miasteczka ale znaki drogowe proponują objazd przez tunel. Poniższa mapa pokazuje wszystkie te i inne niuanse oraz miejsca gdzie należy kupić winietki na Czechy i Austrię oraz gdzie ewentualnie zatankować paliwo.

 

Trzeba też pamiętać że za przejazd przez Brenner należy zapłacić extra 8,- euro, przynajmniej na razie tyle. Za przejazd włoskiego odcinka autostrady jedynie, kolejne 9,- euro. Jedynie bo od Brenneru jedzie się i jedzie i jedzie, cały czas w dół i w dół, chyba z godzinę.

Im dalej było od Krakowa tym ceny paliw stawały się wyższe. Ceny w Brnie i na granicy austriackiej były o 5-6% wyższe niż w Krakowie. Ale też pomiędzy Mikulovem a granicą można było znaleźć taką stację gdzie ceny były praktycznie takie jak w Krakowie. Wzdłuż całej austriackiej autostrady ceny były wyższe o 14%, za wyjątkiem oczywiście stacji na zjeździe do Oed gdzie ceny nie różniły się od tych krakowskich. Natomiast na stacjach we Włoszech ceny były aż o 26% wyższe. Dlatego zatankowaliśmy do pełna na jednej ze stacji tuż za Innsbruckiem płacąc prawie 1,60 euro za litr diesla. Lepsze 1,60 niż 1,757 euro po włoskiej stronie.

Koło siedemnastej jesteśmy na miejscu. Mezzana wita nas wiosenną aurą, jest słonecznie i ciepło, za ciepło, śniegu nigdzie nie widać.

Mezzana. Wytęż wzrok i powiedz, co na tym zdjęciu jest nie tak.

Trzeba przyznać że stronę internetową rezydencji robili profesjonaliści. Rzeczywistość jest bardziej siermiężna, ale w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Apartament przytulny z piękną kuchnią i stołem, przy którym wygodnie mieszczą się cztery osoby ( przy sześciu byłoby ciężko ), łazienki czyste, sypialnie wygodne. W budynku jest narciarnia, suszarnia, przed budynkiem parking na kilkadziesiąt aut i końcowy przystanek skibusa. Z okien widać dolną stację gondoli Marileva 900 – Marileva 1400. Pozostali goście to wyłącznie Polacy i kilku Czechów bądź Słowaków.

Gaia Residence Hotel w Mezzanie

Marek, który przyleciał tutaj z Warszawy samolotem (za niecałe 700,- zł w obie strony z transferem do hotelu z lotniska w Bolzano! No ale ja zabrałem mu drugie narty i trochę innych rzeczy…) zdążył przygotować wyśmienity obiad lub jak kto woli kolację, na którą część potrzebnych składników przywiózł z Polski a część zdążył kupić w pobliskim sklepie. Ja przywiozłem wino. Wyżerka była pierwsza klasa. Potem sauna. Choć do sauny nie powinno się chodzić z pełnym brzuszkiem, ale poszliśmy, tylko na chwilę i tylko do parowej. Do wieczora robiliśmy plany na następny dzień i dopasowywałem Markowi buty narciarskie… Tak, tak, swoje buty też sobie dopasowałem. Wycinam z miękkiego, samoprzylepnego filcu jaki można kupić w każdej Castoramie lub innym Leroy Merlin’ie, odpowiednie kształtki i przyklejam je na zewnętrznej powierzchni wewnętrznego bucika. Może to trochę skomplikowanie brzmi ale daje dobre efekty. Taką usługę oferują też niektóre sklepy sportowe ( jak na przykład Windsport – http://windsport.pl/ ) tylko że za kilkaset złotych no i oczywiście nie za pomocą filcu z Castoramy, ale osiągany efekt jest podobny. Pewnie jeszcze o tym kiedyś opowiem. Na razie dopasowujemy te buty a w międzyczasie dokonujemy degustacji lokalnych spirytualiów… Dopasowujący musi mieć cały czas dopływ niewielkich ilości świeżego etanolu (C2H5OH – jakby się ktoś pytał co to jest etanol), o co zadbać musi właściciel dopasowywanych butów.

.

Niedziela, 04 marca. Od rana leje rzęsisty, ciepły deszcz. Konsternacja. Nasze plany z poprzedniego wieczoru legły w gruzach, a tyle żeśmy się naustalali. No tak. Nie sprawdziłem przed wyjazdem prognozy pogody. Po co sprawdzać skoro jedziemy do Val di Sole. Przecież gdzie jak gdzie, ale w Val di Sole powinno wyłącznie świecić słońce.

A można to było zrobić na http://www.snow-forecast.com/resorts/Folgarida/6day/mid

Jesteśmy już zbyt wygodni, żeby jeździć w deszczu. Poszliśmy więc do pobliskiego kościoła. Warto pójść, nawet po to żeby posłuchać jak pięknie śpiewają lokalne chóry albo żeby popodglądać takie codzienne życie tutejszych górali. Kiedyś zauważyłem że podczas deszczu (tak naprawdę, to najczęściej jestem w kościele, jak pada, jak nie pada to raczej jestem na nartach) wszyscy zostawili swoje parasole przed kościołem a potem każdy wziął własny, mam wrażenie że jednak u nas nikt by się nie zdobył na takie rozwiązanie.

Mezzana

Potem pospacerowaliśmy po miasteczku i odwiedzili kilka sklepów sportowych, wybór mały, ceny wysokie, w końcu poszliśmy pod stację gondoli. Ci narciarze, którzy właśnie wychodzili z budynku twierdzili że nawet wyżej pada i ciężko jeździć. Co tu robić? Co tu robić w takiej sytuacji? Panie Premierze! Czy na mojej ukochanej Sellarondzie też pada? Niemożliwe.

Tonale. Gondola na Passo Paradiso ( 2585 m )

Po obiedzie jedziemy do Tonale. Tak bez nart. Na spacer. Z każdym kilometrem robi nam się bardziej głupio. Już w połowie drogi zaczyna się robić biało a żeby pokonać ostanie serpentyny włączam pełne 4×4. Oczywiście włączam bo mam. Janusz nie ma i też jedzie. Na drodze leży spora warstwa śniegu.

Z daleka widzimy charakterystyczne kilkunastopiętrowe wieżowce. Kto je tu postawił? I po co? W ogóle Tonale jest brzydkie. Ale w Tonale jest zima. Zaczynamy żałować że nie przyjechaliśmy tu od razu rano z nartami. Ale widoczność praktycznie zerowa. Góry toną w chmurach. No cóż, i tak bywa.

Postanawiamy wobec tego poprawić sobie humory i po powrocie idziemy do sauny. Tylko że chyba wszyscy też postanowili sobie poprawić w ten sposób humor bo w saunie aż gęsto od ludzi. Okazuje się że do sauny przychodzą jeszcze goście z dwóch sąsiednich budynków a sauna malutka, jak zresztą wszystko tutaj, więc szybko na podłodze powstają kałuże, ktoś wytarł się w mój ręcznik, który na chwilę zostawiłem na wieszaku, a może spadł do kałuży, w każdym razie wygląda jak ścierka… No, nie. To już lepiej dopasowywać Markowi buty…

.

Poniedziałek, 05 marca. Pogoda lepsza. Nie pada ale gór też nie widać. Postanawiamy jechać do Tonale, gdyż przewidujemy że im wyżej, tym raczej jak by co, to będzie padał śnieg a nie deszcz. Ale opady ustały, droga czarna, mokra. Chcemy pojeździć dziś w Tonale i w Ponte di Legno. Ten rejon nosi nazwę Adamello. http://adamelloski.com

Kupujemy karnety na 5 dni. Rodzajów karnetów jest co najmniej pięć i warto przed przyjazdem tutaj, przeanalizować jakie będą dla nas odpowiednie. Jedne karnety, te najtańsze, są ważne tylko na dolinę w której je kupujemy, drugie są ważne na tą dolinę i np. Pejo oraz mają opcję jednego lub dwóch dni w Madonnie di Campiglio. Są też takie, które są ważne np. w Marilevie i Folgaridzie i jeden lub trzy dni w dowolnym innym ośrodku, czyli Tonale, Pejo, Pinzolo. Tylko trzeba pamiętać, że nie kupimy np. w Tonale karnetów wyłącznie albo głownie np. na Folgaridę-Marilewę.

Z tej strony można sobie ściągnąć pdf-a z wariantami karnetów i ich cenami:

http://valdisole.it/en/val-di-sole-dinverno/sci-alpino/prezzi-skipass

Są też takie tygodnie, kiedy to karnety są dużo tańsze albo za darmo albo za cenę karnetu tańszego można dostać taki na wszystkie ośrodki. Na przykład w okolicach 17 do 25 marca ( w różnych latach będą te daty się nieco zmieniać, gdyż okresy te zaczynają się i kończą w soboty ) mamy promocję pt. „March Specjal” kiedy to karnet na 6 dni z nielimitowanym dostępem do wyciągów w Folgaridzie, Marilevie, Pejo i Madonnie dostaniemy za darmo wynajmując hotel czy apartament. Albo od 24 kwietnia dostaniemy karnet na wszystko ( Superskirama ) w cenie mieszkania, tylko czy jeszcze będzie śnieg?

Niestety, nie wszystkie hotele i apartamenty uczestniczą w takiej promocji i trzeba już na etapie szukania mieszkania sprawdzać czy będzie można skorzystać ze zniżek.

My kupujemy Superskirama, na wszystko, bez ograniczeń, a co, jak szaleć to szaleć.

Oczywiście wbrew zdrowemu rozsądkowi i logice na początek jedziemy na lodowiec. Podczas naszego poprzedniego pobytu z centrum Tonale na Passo Paradiso ( 2585 m ) jeździła wielka funiva, teraz jest gondola. Dla rozgrzewki dajemy w dół czarną 37. Patrz mapka poniżej, albo mapka w 3D: http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-passo-del-tonale

mapka Tonale i Ponte di Legno

Trasa niezła, jest po czym pojechać, śnieg bardzo dobry, tylko widoczność taka sobie. Raz widać, za chwilę nic nie widać.

Znowu w górę, potem krzesłem na Chiacciaio Presena (2730 m ). Jest tu bar w którym można dostać coś do picia, pod warunkiem ze jest otwarty, a nie zawsze jest otwarty. Wjeżdżamy orczykiem na 3016 m n.p.m. Mleko. Piękny zjazd. To naprawdę stromy i szeroki lodowiec, ale przy tej widoczności ciężko się zachwycać. Z czarnej 41 i niżej z Passo Paradiso odchodzą dwie, dobre freeride’owe trasy, jednak przy tej widoczności nie mamy co myśleć o ich zrobieniu. Zresztą wszyscy mamy slalomki, chociaż moje K2 Rictor leżą w „trumnie” na samochodzie. Obracamy jeszcze raz i jeszcze ale ja już czuję że dochodzę do kresu swojej wytrzymałości na jeżdżenie we mgle i należy jak najszybciej jechać w dół. Więc w dół, od razu na czerwoną 38 w kierunku na Ponte di Legno tam jest niżej, widoczność lepsza. Zresztą ten lodowiec i w ogóle Tonale poznaliśmy dość dokładnie owe dwanaście lat temu a w Ponte di Legno jeszcze nie byliśmy.

Widok na lodowiec w Tonale. Zdjęcie archiwalne, z naszego poprzedniego pobytu, wówczas było słońce.

Trasa z Passo Paradiso. Zdjęcie archiwalne z widoczną, nieistniejącą już kolejką.

Czerwona 38-ka przechodzi w niebieską 18-tkę a potem w czerwoną 17-tkę. Bardzo długi i w sumie łagodny zjazd. Miejscami spore braki śniegu. Jest początek marca! Po drodze mijamy pośrednią stację gigantycznie długiej powrotnej gondoli wożącej narciarzy z Ponte di Legno do Tonale i w przeciwnym kierunku też, jeśli ktoś chciałby. Wjeżdżamy krzesłem 10 i czarnymi 13, 14 dojeżdżamy do dolnej stacji owej długiej gondoli ale my jeszcze nie mamy zamiaru wracać. Śnieg dobry widoczność też, te czarne trasy bardzo fajne.

Orczyk w Ponte di Legno

Jeździmy. Krzesłami 6 i 7 a potem orczykiem 8 wyjeżdżamy na najwyższy punkt w tym ośrodku. Zaledwie 2120 m n.p.m. Widoczność tutaj gorsza ale to tylko na samej górze. Robimy całą czarną 14-tkę od góry do dołu. Ma ona 862 m przewyższenia. Nieźle. Potem przemieszczamy się w kierunku zachodnim aż do krzesła 1 i trasy 1 koło Temu, tak że do małego lunchszczyku objeżdżone mieliśmy w zasadzie wszystko. Niestety nic dobrego nie udało nam się tutaj dostać do jedzenia. Trafiliśmy do małego baru na górnej stacji wyciągu 6, oznaczonego na mapce jako 16 (ten bar jest tak oznaczony). Herbatka, jakaś kanapka. Wszystko. Za to alkoholi, pełen wybór. No ale my tu przyjechaliśmy jeździć a nie pić.

Wszystkie trasy naprawdę bardzo dobre, poprowadzone przez lasy, szerokimi przecinkami wzdłuż linii spadku stoku. Śnieg też bardzo dobry. W zasadzie był to firn, albo coś firnopodobnego, bo chyba z dużą domieszką sztucznego… Naprawdę bardzo fajne miejsce.

Wracamy tą długa gondolą, która jedzie chyba z pół godziny albo i lepiej.

W Tonale zdecydowanie gorsza widoczność. Z górnej stacji gondoli (11-12) zjeżdżamy niebieską 18-tką do dolnej stacji krzesła 13. Potem krzesło 14 i jesteśmy na 2525 m n.p.m. Oczywiście nic nie widać. Ale tu przynajmniej jest zima. Na górze śniegu po pachy. Z tego miejsca jest kolejna dobra trasa freeride’owa no ale znowu, przy tej widoczności nie do zrobienia. Zjeżdżamy raz czerwoną 20-ką, raz 22-ką. Kiepsko, w dolnych odcinkach są obie miejscami wywiane ze śniegu, wystaje trawa a i jakiś kamyczek też się zdarzył.

Przemieszczamy się na wschód, poprzez trasy 21, 24 i 25. Wydaje się że 24 jest graniczna, dalej to już jedna wielka dyskoteka, muzyka wali z głośników, po trasach jeżdżą bardzo, bardzo początkujący narciarze, zwłaszcza dzieci. Tumult i zgiełk. A i trasy są tu wyłącznie niebieskie a nawet zielonkawe, co prawda na mapkach niektóre oznaczona jako czerwone albo nawet czarne ale wydaje mi się że to tylko aby dać więcej radości tym uczącym się narciarzom i deskarzom. Żeby mogli potem przy soczku (ci młodsi) lub przy piwie (ci starsi) opowiadać, że jechali „czarną” trasą…

Na uwagę zasługują jeszcze trasy wzdłuż wyciągów 25 i 26, no ale żeby do nich dojechać, trzeba się przedrzeć przez ten cały cyrk z niebiesko-zielonymi trasami.

Trzeba tu jeszcze kiedyś przyjechać pod koniec stycznia albo w lutym, może będzie więcej śniegu i jeśli będzie dobra pogoda to zrobić te freeride’owe trasy, może jak zdrowie pozwoli wleźć na turach trasą A pod Chiacciaio Pisgane… No, w każdym razie jest to niezłe miejsce i przez 3-4 dni nudzić się tu nie będziemy, pod warunkiem że pogoda dopisze.

.                                                                                                                                                    

Wtorek, 06 marca. Pogoda zdecydowanie się poprawia. Na niebie jeszcze sporo chmur ale też coraz częściej widać promienie słońca. Postanawiamy pojeździć zwłaszcza w Marilevie i po zachodniej stronie Madonny, czyli w okolicach Pradalago i Cinque Laghi.

Pomimo że do dolnej stacji gondoli biegnie od naszego hotelu wygodna ścieżka, wsiadamy do skibusa. Skibusy rano i po południu jeżdżą co kilka minut. Skibus jedzie przez całą Mezzanę, zbiera ludzi i po zatoczeniu olbrzymiej pętli podjeżdża pod gondolę. Okazuje się że parking pod gondolą jest płatny a tak naprawdę to nie bardzo jest w ogóle gdzie zaparkować bo miejsc parkingowych jest mało, tak że rozwiązanie z tym skibusem jest jak najbardziej optymalne.

mapka tras w Folgaridzie, Marilevie, Madonnie i Pinzolo

W Marilevie 1400 słońce. Nareszcie. Przesiadamy się na krzesło 16 i z Orti dajemy w dół czarną 26. Tak dla rozgrzewki. Trasa piękna. Twarda, nawet może trochę za twarda, wąska, ale dobrze przygotowana, wijąca się pośród drzew, taka wymagająca. Powtarzamy, tylko tym razem wjeżdżamy na sam szczyt Dos de la Pesa (2155 m ) i w dół. No, w końcu coś można pojechać. Znowu krzesłami 16 i 17 do góry. Potem czerwoną 20-ką do Malgi Panciny gdzie wsiadamy na krzesło 7 jadące na Monte Vigo ( 2179 m ). Z Monte Vigo możemy już zjechać w kierunku Madonny ale postanawiamy jeszcze póki co, zjechać z powrotem do Marilevy 1400 czerwoną 11 i 23. W zasadzie ten górny odcinek ( 11 ) taki dość łagodny, natomiast dolny ( 23 ) wąski i wyglądający bardziej na nartostradę niż stok do jeżdżenia.

Trasa 10 z Monte Vigo w kierunku Madonny

Wracamy znowu na Monte Vigo, tym razem gondolą 20 i krzesłem 7. Potem czerwoną 10-tką, krzesłem 20 i czerwoną 13-tką, niebieską 7-ką, 10-tką i 1-ką aż do stadionu w Madonnie, znajdującego się przy dolnej stacji krzesła 14 i jeszcze dalej aż do dolnej stacji gondoli 13. Trasy chyba nie widziały ratraka od kilku dni. Jest jeszcze wcześnie a śnieg taki skotłowany jakby to była czwarta po południu. No cóż. Specjalnie wybraliśmy taką mało ekscytującą trasę, gdyż chcieliśmy się przekonać jak szybko jesteśmy w stanie tutaj dotrzeć. Okazuje się że na tyle szybko, ze spokojnie możemy myśleć o zrobieniu Pinzolo poruszając się cały czas na nartach. Ponadto ta trasa, tak naprawdę, wcale nie jest mało ekscytująca. Jest niebieska, łagodna ale cały czas dość dobrze w dół, tak że można jechać długimi skrętami z całkiem sporą prędkością. Tutaj jeszcze taka mapka w 3D Madonny i okolicy.

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-madonna-di-campiglio

na Cinque Laghi

Wsiadamy do gondoli 13 i wjeżdżamy na Cinque Laghi. Piękne miejsce. O tej porze roku wszystkie te jeziora są chyba pod śniegiem bo żadnego nie widać. Jezior nie ma ale i tak pięknie.

Przed nami Dolomiti di Brenta

Leżymy na leżakach, coś tam pijemy, coś tam gryziemy, przed nami ściana gór, to Dolomiti di Brenta, patrząc na południe, widzimy gdzieś tam we mgle Pinzolo, patrząc w kierunku północno-wschodnim, widzimy Madonne i widoczne z daleka Passo Groste ( 2444 m ).

góry wyglądają groźnie ale malowniczo

No, naprawdę pięknie. Tak jakoś urokliwie, pomimo widocznych jak na dłoni skalnych ścian spowitych w szare i granatowe chmury.

Byliśmy tu owe dwanaście lat temu. Restauracja, na której tle i wówczas robiliśmy zdjęcia nie zmieniła się, to dobrze.

Przed restauracją Cinque Laghi w marcu 2000 r. Tylko nielicznych udaje się zidentyfikować.

i obecnie… Od prawej: Janusz, Dorota, Marek i ja oraz Karolina J. z chłopakiem

Wówczas wjeżdżaliśmy tu kolejką linową, chyba była żółta, a może czerwona. Tak, na pewno żółta. Teraz jest nowa gondola.

Jedziemy w dół. Najpierw czarną, potem czerwoną 37 a na końcu niebieską 1-ką. Chcemy zobaczyć jak dojechać do stacji gondoli jadącej do rejonu Pinzolo. Ma ona zresztą też nr 13 bo to już numeracja z Pinzolo. Trasy fajne, choć miękkie i raczej dawno nie przygotowywane, przynajmniej takie sprawiają wrażenie.

Okazuje się że mapki, które są rozdawane przy kasach zawierają trochę błędów. Z tych mapek wynika że do tej stacji gondoli na Pinzolo należy podjechać z czerwonej 2-ki poprowadzonej z górnej stacji krzesła 15. Ale tak nie jest. Aby wygodnie dojechać do stacji gondoli jadącej na Pizolo, lepiej jechać niebieską 1-ką z Cinque Laghi. Stacja tej gondoli znajduje się kilkadziesiąt metrów powyżej skrzyżowania niebieskiej 1-ki z czerwoną 2-ką. Prezentowana powyżej mapka ma skorygowane błędy i dodane strzałki w którym kierunku jest w dół, gdyż nie zawsze z mapki wynika to jednoznacznie.

widok na Madonnę di Capiglio z gondoli 16 jadącej na Pradalago

Niebieską 1-ką oraz kawałkiem czerwonej 2-ki dojeżdżamy do Patascoss i wjeżdżamy na czarną 3-kę. To kawał góry, jest po czym pojechać. Szkoda że jest tak koszmarnie miękko. Trasa zakończona jest tzw stadionem, gdzie zazwyczaj kończą się rozgrywane tutaj zawody. Ten stadion i dolna stacja gondoli 13 jadącej na Cinque Laghi to samo centrum Madonny. W samej Madonnie byliśmy dwanaście lat temu, wieczorem, pooglądać. Faktycznie wówczas byliśmy zafascynowani nieco: sklepami z wykwintną porcelaną (właściwie to wówczas zdecydowałem aby wykupić całoroczne ubezpieczenie OC dla siebie i rodziny, widząc jak moja córka ociera się o wazon z metką na której były w zasadzie same zera…), sklepami z odzieżą i to niekoniecznie narciarską, sklepami z pamiątkami i innymi bibelotami, w ogóle wydawało się nam wówczas że gdzie jak gdzie ale właśnie tu wszystko zapewne jest najdroższe bo przecież to tu przyjeżdżają znani aktorzy, piosenkarze i inni celebryci (choć żadnego nie widzieliśmy ani wówczas ani teraz), no ale później pojechaliśmy do St. Moritz i dopiero nam się oczy otwarły ile może kosztować kurtka albo okulary.

Obracamy jeszcze kilka razy na trasach wzdłuż gondoli 13 i krzeseł 14 i 15. Potem jadąc niebieską 1-ką wjeżdżamy do małego tuneliku powyżej restauracji w Patascoss i dalej aż do dolnej stacji gondoli 16 jeżdżącej na Pradalago. To w zasadzie nartostrada ale jedzie się nią bardzo przyjemnie. Robimy różne warianty tras wokół wyciągów 16 i 17.

Okazuje się że z górnej stacji krzesła 17 jest przejazd do górnej stacji krzesła 19. Ten przejazd nie jest zaznaczony na mapkach. Niby nic wielkiego ale to połączenie pozwala w drodze powrotnej ominąć wyciąg 19 a tym samym, w razie czego, zaoszczędzić dziesięć, piętnaście minut. Trzeba pamiętać że do Mezzany nie ma nartostrady i w Marilevie 1400 musimy wsiąść do gondoli i zjechać nią na dół. A gondola jeździ najdalej do 17-tej.

Jeździmy różnymi wariantami tras wzdłuż wyciągów 17 i 19. Wracamy przez Pradalago niebieską 12, potem czerwonymi 16, 14 i 15 do krzesła 6.

na Monte Vigo

Potem z Monte Vigo do Marilevy 1400. Jednakże wobec faktu że krzesło 18 jeszcze działa, nie pozostaje nam nic innego jak wjechać nim na Dos de la Pesa i zjechać czarnymi 35, 25 i 26 do Marilevy. Moim zdaniem dużo ciekawsze, niż ta czerwona 23 z Malgi Panciny.

.                                                                                                                                                                    

Środa, 07 marca. Pogoda piękna, więc postanawiamy pojechać do Pinzolo. Nęci nas to Pinzolo ogromnie bo tak naprawdę to wszędzie w okolicach Madonny byliśmy już a w Pinzolo nie.

http://www.pinzolo.com/

http://www.visittrentino.it/pl/localita/pinzolo

http://www.skirama.it/PL/narty-pinzolo/

Podobnie jak w dniu poprzednim, jedziemy z hotelu skibusem, potem oczywiście rozgrzewka na czarnych z Dos de la Pesa i szybko na Monte Vigo i tak jak w dniu wczorajszym – czerwona 10-tka, krzesło 20 i potem długi zjazd czerwoną 13-tka, niebieskimi; 7-ką, 10-ką i 1-ką. Potem gondola 13 na Cinque Laghi i niebieska 1-ka (no może przeplatana czerwono-czarną 37) do dolnej stacji gondoli jadącej do Pinzolo.

Gondola (oznaczona na mapkach jako 11, 12 i 13) jedzie i jedzie, chyba ze trzydzieści minut. Po drodze są dwie stacje pośrednie, ale nie trzeba wysiadać z kabiny. Te wszystkie trzy odcinki mają 4,7 km długości. Dla porównania, kolej linowa na Kasprowy ma 4291,59 m długości i pokonuje ten dystans w zaledwie 12 minut. O!

Dobra mapka wszystkich tras w tej okolicy jest powyżej ale tu jeszcze taka w 3D samego Pinzolo:

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-pinzolo

Clump na Pinzolo

W końcu dojeżdżamy do Puza Daifo, gdzie przesiadamy się na krzesło 9, potem zjazd niebieską 11-ką i czerwoną 5-ką do dolnej stacji krzesła 3, którym wjeżdżamy na najwyższy szczyt w Pinzolo – Doss del Sabion (2100 m).

Pinzolo. gdzieś na niebieskiej 11-tce.. Karolina J, Janusz, Marek, Kasia K, Beata i Dorota

a to gdzieś na trasie 16-cie z Dos de la Sabion. Mareczek i ja

Powtarzamy zjazd do krzesła 3.

Jedziemy czerwoną 4-ką, 16-tka i 5-ką. Zjazd wspaniały. Trasy o orientacji północnej, poprowadzone wzdłuż linii spadku stoku, śnieg wyśmienity, nie za twardo, nie za miękko, słońce, ludzi niewiele.

Dojeżdżamy do górnej stacji krzesła 5

Przenosimy się na trasy wzdłuż krzesła 5, też bardzo dobre, bardzo twarde, co nas dziwi bo cały ośrodek położony jest dość nisko, a te trasy mają zachodnią orientację. Czarną 17-tką i czerwoną 18-ką zjeżdżamy do Tulot. W dolnym odcinku już miękko. Ale trasa godna polecenia. Na samej stacji koszmarny upał. No ale Tulot leży na wysokości około 800 m n.p.m. Kupujemy więc coś zimnego do picia i do góry. Gondolą 10, potem trochę jeździmy wzdłuż krzesła 5, w końcu po raz kolejny krzesłem 3 wjeżdżamy na szczyt D.d.Sabion.

Jest jeszcze dość wcześnie, więc testujemy trasy 1 i 2 w kierunku Pra Rodont (1508 m), gdzie zresztą zostajemy coś zjeść. Trasy te mają przewyższenie prawie 600 m! To dużo jak na taki mały ośrodek i w końcu tylko fragment stoku. Cały zjazd ze szczytu D.d.Sabion do Tulot ma różnicę poziomów prawie 1300 m, to bardzo dużo. Nawet w Alpbachu nie ma trasy o takim przewyższeniu. Restauracja znajdująca się na polanie Pra Rodont jest duża ale ludzi jeszcze więcej bo obok jest słoneczna polana z niewielkim orczykiem (7) i całą chmarą dzieci i innych początkujących narciarzy. Można tu przyjechać bezpośrednio z Pinzolo gondolą nr 1.

W sumie zjedliśmy tu niewyszukaną ale smaczną, bo pieczoną przy nas (i w dodatku w piecu opalanym drewnem) pizze, wypiliśmy herbatkę i byliśmy gotowi zwiedzać dalej ten ośrodek.

Robimy te same trasy w rożnych wariantach, przejeżdżając wszystkie czynne trasy i chyba jedną nieczynną też, gdyż równoległa do czerwonej 5-ki, w końcowym odcinku usiana była kamieniami. Na szczęście udało się przejechać bokiem, po małym lasku, nie niszcząc nart.

Na Dos de la Sabion

Ze szczytu Doss del Sabion wystartowaliśmy w drogę powrotną po 15:00 – czerwoną 4-ką i 16-ką dojechaliśmy do wyciągu 8, potem czerwoną 12-ką. Piękna trasa. Szkoda że nie mieliśmy już czasu aby ja powtórzyć. Potem trzy-odcinkowa gondola do Patascoss. Z gondoli, kierujemy się w dół i w lewo niebieską 1-ką, do wlotu tunelu, który znajduje się powyżej knajpy. Potem do dolnej stacji gondoli 16 (Pradalago) jadącej na Pradalago. Na tej trasie pogubić się nie można, bo nie ma żadnych rozjazdów. Jak się trafi w ten tunel, to już jakby się było w domu. Z górnej stacji tej gondoli możemy zjechać niebieską 7-ką do krótkiego krzesła 19 lub do dolnej stacji krzesła 17 (tak jak pisałem wcześniej z górnej stacji krzesła 17 jest przejazd do górnej stacji krzesła 19, co nie jest zaznaczone na mapkach). Dalej trasami 12, 14 i 15 dojedziemy do dolnej stacji krzesła 6 a potem w dół 11-ką i 23-ką do Marilevy 1400, gdzie wsiadamy do gondoli jadącej do Mezzany (Marileva 900). Całość zajęła nam ponad półtorej godziny ale też nie spieszyliśmy się bardzo, niemniej jednak pod gondolą do Mezzany byliśmy na 12 minut przed jej zamknięciem… Chociaż tak naprawdę to jeśli ludzie stoją w kolejce do zjazdu, to ta gondola kursuje aż zwiezie wszystkich.

Tak, to Pinzolo naprawdę świetne. Taki wydawałoby się mały i nisko położony ośrodek, A tu proszę, proszę stoki o przewyższeniu ponad 1 km, trasy bardzo dobrze przygotowane i jeszcze zadbali żeby przez cały dzień było włączone słońce… No, no…

.                                                                                                                                                   

Czwartek, 08 marca. Dzisiaj chcemy pojeździć we wschodniej części Madonny, zwłaszcza wjechać na Passo Groste (2444 m). Oczywiście na początek czarne trasy z Dos de la Pesa. Jak i w dniach poprzednich, tak i dzisiaj bardzo dobrze przygotowane, choć twarde. Znajdujemy też chwilkę aby przejechać niebieskie trasy na polance wzdłuż orczyka 19. Bardzo ładna polanka.

Po przejechaniu Przez Monte Vigo, kierujemy się do dolnej stacji krzesła 17 jeżdżącego na Pradalago, gdyż tam jest wiszący wiadukt nad szosą prowadzącą do Madonny, którym można się przeprawić na przeciwległe zbocza. Oczywiście po drodze robimy małe pętelki i wypady na boki. Za wiaduktem wsiadamy do gondoli 6, która wywozi nas na samo Passo Groste.

Passo Groste

Passo Groste z daleka wygląda groźnie, gdyż jest niewielką kotlinką czy raczej siodełkiem pośród plątaniny pionowych zerw i przepaści otaczających go gór. Ale na miejscu okazuje się że trasy są tu raczej łagodne, szerokie, choć silne podmuchy wiatru przypominają że jesteśmy jednak na najwyższym punkcie w okolicy. Tylko w Tonale i Pejo wjeżdża się wyżej (nawet znacznie wyżej).

Jeździmy wzdłuż krzeseł 8 i 10. W zasadzie nie ma różnicy pomiędzy czerwonymi 20 i 18 a niebieskimi 17 i 19. Trasy przyjemne, szerokie, śnieg dobry. Niestety pogoda zaczyna się coś psuć. Nad widocznymi w oddali stokami z Pradalago i z Monte Vigo zaczyna kłębić się coraz więcej chmur.

Trasy na Passo Groste. W dali Pradalago i gdzieś w chmurach Monte Vigo

Zjeżdżamy też do pośredniej stacji gondoli znajdującej się w miejscu oznaczonym na mapie jako Boch. Chwilę musimy poczekać, gdyż większość gondolek, mimo że południe już minęło, jest zajęta. Planowaliśmy zjazd niebieską 24 aż do samego dołu i wjechanie na Monte Spinale (2101 m) krzesłami 3 i 4 ale są komunikaty o problemach ze śniegiem na tej trasie a wszyscy mamy raczej nowe no i raczej drogie narty, więc na Monte Spinale wjeżdżamy wyciągiem 5. Chcemy zrobić czarną 25-tkę, gdyż owe dwanaście lat temu była zamknięta. Niestety, teraz też jest zamknięta. Ciekawe czy kiedykolwiek bywa otwarta. Pocieszamy się więc jazdą na czarnej 28 i czerwonej 27 oraz na małym łączniku 29. Trasy bardzo dobre, niestety widoczność pogarsza się z każdą minutą a ponadto jak tylko słońce zaszło za chmurami zrobiło się zimno.

Chmury nad Passo Groste

Zatrzymujemy się więc na mały popas w restauracji na polanie Montagnoli. Restauracja dość duża, ale taka „rodzinna”, jedzonko bardzo dobre. Wziąłem lazanię. Bardzo dobra, choć nie tak dobra jak ta na Passo Pordoi na Sellarondzie w restauracji „Maria”. Tam to podają poemat a nie lazanię. Po wyjściu z knajpy już niczego nie widać, ale zdobywamy się jeszcze na kolejny wyjazd na Monte Spinale. Tu jeszcze gorzej. Zjeżdżamy więc przez niebieską 30 i 32 do krzesła 17 na Pradalago.

Jakby jaśniej. Nawet coś słoneczko prześwituje. Wjeżdżamy znanymi trasami na Monte Vigo i proszę, na Monte Vigo świeci słońce. Chmury gdzieś odpłynęły, widać dobrze Pradalago i Cinque Laghi i Marilevę i Folgaridę, tylko jeszcze Passo Groste i Monte Spinale pod chmurkami.

Malga (Pastwiska) Panciana 1886 m n.p.m.

Ponieważ mamy jeszcze trochę czasu, odwiedzamy mały wyciąg 13, idący w bok od czerwonej 11-tki z Monte Vigo. Łagodne niebieskie trasy ale przyjemnie. W ogóle okolice Pastwiska Panciana są słoneczne i spokojne, więc jeździ tu sporo rodzin z dziećmi i sporo innych początkujących narciarzy. My do końca dnia jeździmy na czarnych z Dos de la Pesa, choć po południu już dobrze rozjeżdżone.

.                                                                                                                                                                    

Piątek, 09 marca. Na dzisiaj zostawiliśmy sobie Folgaridę wraz z najważniejszą trasą w okolicy, czyli Folgaridą Negrą. Właśnie ta trasa była chyba powodem, dla którego podczas poprzedniego przyjazdu tutaj, zdecydowaliśmy się mieszkać właśnie w Folgaridzie. Trasa ta jest z kilku powodów „naj”. Ma chyba największe (największe we Włoszech? W Alpach? Na całym świecie?) maksymalne nachylenie stoku i wynosi ono aż 58%, średnie nachylenie zaś 36%, jej długość to 1850 m a szerokość zaledwie 35 m, różnica poziomów wynosi 550 m. Trasa poprowadzona jest przez las i powstała w 1967 roku. Niewątpliwie zaliczana jest ona do trudnych, nawet dla dobrze jeżdżących narciarzy. Ja tam nie pamiętam żeby było na niej trudno. Dziewięcioletnie dzieci pomykały po niej bez problemu, no ale było mięciutko. Gdyby był lód to pewnie byłoby gorzej. No zobaczymy jak będzie tym razem.

Jak ktoś lubi oglądać trasy w 3D to tu może to zrobić, poniżej link do mapki 3D Folgaridy i Marilevy:

http://www.visittrentino.it/en/servizi_multimedia/piste-3d/pista-3d-folgarida-marilleva

Znowu, jak w poprzednich dniach jedziemy gondolą do Marilevy1400 a potem wyciągami na Dos de la Pesa i w dół. Trzeba przyznać, że te czarne trasy (25 i 26) codziennie rano były przygotowane perfekcyjnie, czego nie można niestety było powiedzieć o większości tras wokół Madonny. Potem wjeżdżamy na Monte Vigo i tym razem kierujemy się w lewo. Na początek czerwona 9 i 32 do pośredniej stacji gondoli jadącej z Dolasy. No, naprawdę kawał góry, różnica poziomów to aż 809 m, trasa dobrze przygotowana. Bardzo przyjemny zjazd, więc trochę żeśmy na niej pojeździli.

Dla porządku trzeba dodać że trasa nr 36 z Malgi Panciny do pośredniej stacji gondoli z Dolasy jest zamknięta raczej na stałe.

Widok na Passo Groste i Monte Spinale z krzesła 3 koło Monte Spolverino

Potem trochę pokręciliśmy się pomiędzy Monte Spolverino a Malghet Aut, przypominając sobie jak to było podczas poprzedniego pobytu. Okazało się że od tamtego czasu dobudowali wyciąg 3. Dawniej na Mt. Spolverino można było wrócić poprzez niebieską 13-tkę i stare krzesło 4. Trasy 8, 5 i 4 bardzo przyjemne, Wzdłuż krzesła 8 jest polanka z małymi orczykami, ciepło, zacisznie, dzikie tłumy matek z dziećmi, gra muzyka, dzieci wrzeszczą, matki na nie krzyczą jeszcze głośniej we wszystkich możliwych językach. Uciekliśmy stamtąd czym prędzej. I oto jest, stoimy u wrót Folgaridy Negry oznaczonej na mapkach jako czarna 1-ka. Ale nie. Jeszcze nie.

Czerwona 3-ka w Folgaridzie

Najpierw czerwona 3-ka do centrum Folgaridy. Fajna trasa, niestety tylko początek znajdujący się w lesie odpowiednio twardy, dalej mamałyga. Nie da się po czymś takim jeździć. No ale trudno się dziwić, żar leje się z nieba. Wracamy gondolą nr 2. Gondola jedzie nad sporą częścią miejscowości, więc wypatrujemy gdzie wówczas mieszkaliśmy ale jakoś żadne miejsce nie wydaje się być znajomym.

Przed wjazdem na Folgaridę Negrę

No to na Fogaridę Negrę. Praktycznie leży na niej wyłącznie sztuczny śnieg, który na twardej podbudowie tworzy kilkucentymetrową warstewkę sypkiego jak cukier proszku. Nie jest źle. W porównaniu do tamtej mamałygi to tu narzekać nie można. Podobno jak ktoś przejedzie całą trasę bez zatrzymywania to może być z siebie dumny.

Folgarida Negra

Ja robię zdjęcia więc muszę się zatrzymywać, ale reszta chyba faktycznie zjechała bez zatrzymywania się, gdyż od razu zniknęli mi z oczu.

Powtarzamy raz i drugi ale jakoś nie czujemy się powaleni na kolana. Istotnie trasa trudna technicznie i właśnie wymuszająca taki a nie inny tor jazdy, ale spokojnie można ją w tych warunkach przejechać na jeden raz, ale czy o to chodzi? Wtedy, owe dwanaście lat temu wydawała mi się szersza, tak znacznie szersza i chyba łagodniejsza.

Dla porządku przejechaliśmy jeszcze ze dwa razy niebieską 2-kę. Mamałyga.

W drodze powrotnej zahaczmy jeszcze o trasy z Mt. Vigo i Mt. Spolverino a potem do zamknięcia wyciągów jeździmy po „naszej” stronie czyli z Dos d.l. Pesa do Marilevy1400.

.                                                                                                                                                                                                                                                                               

Sobota, 10 marca. Odczuwamy spory niedosyt jeżdżenia. Ten deszcz w poprzednią niedzielę i kiepski śnieg w okolicach Madonny, powodują że decydujemy się pojechać jeszcze do Pejo.

Być tutaj i nie zobaczyć Pejo… Z tym Pejo jest pewien problem, raz piszą go przez „i” innym razem przez „j”, nie mam pojęcia jak ma być poprawnie. Chyba raczej przez „j”… Google reagują zarówno na „pejo” jak i „peio”.

http://www.visittrentino.it/pl/localita/peio

http://www.skirama.it/PL/narty-peio/

http://www.valdisole.net/IT/Comune-Peio/?s=8

http://www.ski.it/pejo.html

Do Pejo, mamy dosłownie mniej jak dwadzieścia minut jazdy, tak że już po chwili jesteśmy na parkingu w Pejo Fontanino (Fonti), zakładamy buty narciarskie i biegniemy do dolnej stacji gondoli. Kupujemy nowe karnety, tylko na Pejo, niestety tylko na cztery godziny bo przecież mamy dziś wracać do Krakowa. W czasie naszej wizyty w Pejo, taki czterogodzinny karnet kosztował niecałe 30,- euro, a całodzienny tylko o 5,- euro więcej. Karnety mamy do 14-tej. Z tej strony można ściągnąć pdfa z aktualnymi cenami.

http://www.ski.it/listino_prezzi2.html

Zresztą po doświadczeniach z Folgaridy i Madonny nie mamy nadziei na jakieś lepsze jeżdżenie w Pejo. Na parkingu jest bardzo ciepło, jakby to był lipiec a nie początek marca, śniegu nie widać, wszędzie zielono.

Pejo

Nowa gondola wywozi nas na 2000 m n.p.m. na zalaną słońcem polankę. Dalej ciepło, ale śniegu sporo. Decydujemy się na zjazd do dolnej stacji gondoli, gdyż chcemy przetestować tą czerwoną 1-kę, póki jest jeszcze wcześnie i śnieg nie zmiękł zupełnie. Trasa fajna ale raczej fioletowa, taka nartostrada, nie ma po czym pojechać, zwłaszcza w tych warunkach. Okazuje się że krzesło 6 działa, więc robimy małą pętelkę na nim. Stok dla uczących się. Wracamy na górę. Czarna 3-ka nieczynna.

Kolejka linowa w Pejo

Jedziemy więc wielką kolejką linową (zabiera 100 osób, ale wygląda jakby brała 200) na 3000 m n.p.m. A tak dokładnie, to na 2991 m n.p.m. Kolejka została zbudowana dopiero w 2010 r. Kolejka wjeżdża na górę w niecałe pięć minut.

Na górze całkiem sympatyczna zima. Jest lekki mrozik i piękne słońce.

Na czerwonej 12-tce w Pejo

Jedziemy czerwoną 12-ką a potem 13-tką. No! Bomba. Piękna górka, śnieg naturalny, dobrze wyratrakowany, ludzi praktycznie brak. Nareszcie coś do pojeżdżenia. Trasa wiedzie spod szczytu szerokim żlebem lub wąską dolinką, jak kto woli, do wyboru. Pomimo że na górze wiał dość silny wiatr na trasie jest zacisznie. Zjeżdżamy z powrotem do kolejki. Trasa ma przewyższenie 990 m. A jak zjechać do dolnej stacji wyciągu 2 lub 4 to nawet sporo ponad 1000 m. Jest po czy pojechać.

Cała trasa aż do Doss dei Cembri

Za kolejnym razem tak właśnie robimy, jadąc 5-ką, 4-ką i 11-tką, niestety 11-ka już bardzo miękka.

Skupiamy się więc na tej czerwonej 12-tce i 13-tce. Góra, dół, góra, dół. Zgraliśmy się z kolejką. Jedziemy tyle samo w dól co kolejka, tak że od razu wsiadamy i do góry. Trasa ta jest skierowana na wschód a ten dolny odcinek (13-ka) na południe. Ale nawet ten dolny odcinek jest cały czas dość twardy. Można? Można! No ale może te ponad 2000 m n.p.m. robi swoje, w Madonnie dolne stacje wyciągów są na wysokości mniej jak 1500 m n.p.m. a w Folgaridzie nawet na 1300 m n.p.m.

Monte Vioz

i grupa narciarzy pnących się mozolnie w górę. Ale za to będzie piękna jazda…

Pomimo że mamy mało czasu robimy mały odpoczynek w kanjpce na Doss dei Cembri, popijamy jakiś soczek, patrząc jak grupa narciarzy wchodzi na turach na Monte Vioz a może do Rifugio Vioz znajdującego się na wysokości 3535 m.

Nie da się ukryć, jesteśmy zaskoczeni tym Pejo. Zwłaszcza wyśmienitym śniegiem.

Całości dopełnia fakt, że w Pejo są sauny i baseny termalne. Trochę więcej informacji można znaleźć tutaj: http://www.termepejo.it/

Niestety z braku czasu nie zwiedziliśmy tych term, chociaż gdybyśmy wiedzieli że są, to podjechalibyśmy pewnie któregoś popołudnia. W ogóle to bardzo malownicze miejsce. Można by tu przyjechać nie tyle na jeżdżenie góra – dół, góra – dół ale też tak, żeby popatrzeć na zadymkę za oknem. Musi tu być pięknie po dużych opadach śniegu, kiedy rano wyjdzie słońce…

To Pejo, to może być też dobre miejsce na spędzenie kilku dni w lecie, tak żeby coś powędrować z psem po górach… Tylko że tu Park Narodowy Stelvio, więc nie wiadomo czy psa wpuszczą.

Ale na razie tuż przed 14-tą wchodzimy po raz ostatni do kolejki, tak że koniec, końców dopiero grubo po 14-tej ruszamy z parkingu do Krakowa. Przez korki na Brennerze i ciągnące sie kilometrami ograniczenia prędkości, dopiero przed 21-szą jesteśmy w Oed, gdzie tankujemy tanie paliwo i zjadamy po bardzo dobrym i szybkim hamburgerze (jeśli hamburger może być dobry, choć te faktycznie były dobre, co zgodnie wszyscy przyznawali). Do domu dojechaliśmy koło drugiej w nocy. I tak nieźle.

.

.

.

Kraków, październik 2012

.

szaro, buro, słupy wysokiego napięcia, po prostu Tonale

Mt. Vigo, widok od strony Malgi Panciana

gdzieś na Pinzolo

widok z Pinzolo gdzieś na kierunek lodowca w Tonale

ja i Janusz na Mt. Vigo. Ale to nie to, o czym myślicie. Znam go tyle lat, to byłoby niemożliwe…

pod Cinque Laghi

to też na Cinque Laghi, tylko że w 2000 r…

Folgarida Negra

Passo Groste widziane z górnej stacji kolejki w Pejo

okolice Mt. Spolverino, w dali Passo Groste




Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.